Mamy końcówkę lipca i większość naszych czytelników rozciera teraz siniaki po zabójczych jarocińskich czy woodstockowych koncertach, odsypia nocki spędzone w namiocie, delektuje przyzwoitym obiadem, wspomina ze łzami cudowne chwile (o ile przynajmniej kilka z nich pamięta) i, oczywiście, szykuje na Światowe Dni Młodzieży. Jako kurację na tę tradycyjną, pofestiwalową depresję, mam dla was playlistę poprzetykaną koncertowymi wspomnieniami, życzeniami i po prostu konkretną muzyką.
Materia- 'Place of Find part I’
W tym roku Jurek Owsiak postanowił zrobić dobrze fanom metalcore’u i jako jednego z headlinerów Przystnaku Woodstock sprowadził Bring Me the Horizon. Panowie jednak już od jakiegoś czasu idą bardziej w kierunku alternatywnego rocka i fani konkretnego, łamiącego kręgosłupy nowoczesnego metalu musieli poszukać dla siebie czegoś innego. Nic lepiej w tej (nomen omen) materii nie sprawdziło się lepiej niż nasi rodzimi koncertowi zabójcy. W trakcie, gdy pod sceną na BMTH było mokro od łez (i nie tylko 😉 ) piętnastoletnich fanek Oliego, pod małą sceną zbierać można było z ziemi co najwyżej szczęki. I zwłoki. W secie Materii nie zabrakło zarówno najbardziej morderczych ciosów, takich jak 'Vandals’ czy 'Shayba’, jak i nieco spokojniejszych kompozycji (przynajmniej jak na standardy chłopaków) takich jak kapitalne 'B17′,czy właśnie 'Place of Find part I’. Partię łojąco-sieczące niewątpliwie spełniają swoją funkcję należycie, jednak prawdziwy urok tego kawałka objawia się wraz z wejściem sekcji bardziej melodyjnej oraz kapitalnej,solówki utrzymanej w tradycyjnej szkole gitarowego rzemiosła. Posłuchajcie sami!
Prophets of Rage-’Prophets of Rage’
Miało być też o koncertowych marzeniach, dlatego też w dzisiejszej playliście pojawia się właśnie Prophets of Rage. Gdy niedawno w internetach pojawiły się wzmianki o nowym materiale studyjnym ogłoszone przez Toma Morello oraz wymowne hasła „Make America Rage Again”, po umyśle powoli rozpływały mi się wizje wymarzonego od dzieciństwa koncertu ekipy Zack’a. Niestety, okazało się, że na nową trasę RATM nie mamy co liczyć, o płycie już nie mówiąc, a nowy materiał pojawi się, co prawda, ale pod szyldem Prophets of Rage. Moja mentalna erekcja w tym momencie znacznie osłabła, jednak jako prawdziwy fan kapeli postanowiłem obczaić, co też takiego moje ukochane lewaki przyniosły tym razem. I nie zawiodłem się ani troszkę. Kawałek to co prawda tylko przearanżowany numer Public Enemy, ale ma to, za czym tęskniłem najbardziej: bujający, miażdżące czaszkę groove funkujacej gitary Morello i basu Commerforda. B-Real i Chuck D nie są wprawdzie we dwójkę nawet w połowie tak wkurwieni jak Zack de la Roche, ale ich zwrotki fajnie współgrają z wiecznie świeżymi instrumentalami 3/4 Rage’ów. I choć w głębi duszy nadal liczę na wielki powrót Wściekłości w pełnym składzie, to Prophets of Rage na razie się zaopiekuje sierotkami po starym RATMie.
Cult of Luna & Julie Christmas- 'The Wreck of S.S. Needle’
Żeby pozostać w temacie koncertów, zdarzyło mi się w tym roku odwiedzić także Opener Festival. Byłem, co prawda, tylko jeden dzień, by dobrać się wreszcie do kolejnego z moich koncertowych marzeń, czyli do Red Hot Chili Peppers, jednak udało mi się już poczynić pewne uwagi co do samego klimatu imprezy. O ile line up miał w sobie kilka naprawdę mocnych ciosów, o tyle sam festiwal był niesamowicie grzeczny, dopieszczony i do granic możliwości wygodny. Dobrze świadczy z resztą o tym fakt, że znajdziecie tam kilkanaście butików, a zaledwie jeden sklep z płytami muzycznymi. Po powrocie z niego potrzebowałem ów brak surowości i niepokoju w jakiś sposób uzupełnić. I oto pojawia się przede mną kolaboracja post-metalowych łoicieli z Cult of Luna i królowej muzycznej niewygody w postaci Julii Christmas. „Mariner”, bo tak owe dziecko zostało ochrzczone, to gęsta, niepokojąca substancja napierająca na twoje granice muzycznego spokoju i spokojnie je naginająca przy pomocy tłustych, sludge’owych przesterów i hipnotyzujących post rockowych pasaży. Wokale Julii Christmas wspaniale przegryzają się z warstwą instrumentów, składając się w opętańcze pieśni spoza strefy muzycznego komfortu. Idealnym przykładem takowej jest właśnie 'The Wreck of S.S. Needle’, wypełniony szeptami, wysokimi wokalizami i sprawnym budowaniem klimatu ścianą gitarowego hałasu. Na muzyczną autodegradację idealne!
Hańba!- 'Narutowicz’
Skoro dotknęliśmy już dwóch najpopularniejszych festiwali muzycznych w naszym kraju, to czas może na nasze lokalne królestwo miłośników alternatywy i undergroundu, czyli Off Festiwal. Tegoroczna edycja kusi niesamowicie takimi nazwami jak Clutch, Napalm Death czy Multoid Man, a osobiście nie odmówiłbym także GZA czy Yung Leanowi. Ale tym razem nie o kapeli z tegorocznego składu, ale o sensacji na polskiej scenie muzycznej, która właśnie dzięki OFFowi zaistniała dla trochę szerszej publiczności. Mowa tu o Hańbie, która w tym roku wydała swój debiutancki album (jeżeli jeszcze nie słuchaliście,natychmiast nadróbcie tą stratę!) i coraz bardziej rozwija swoje skrzydła. Metodę na siebie znaleźli dosyć oryginalną, ponieważ grają muzykę stylizowaną lirycznie i nastrojowo na dwudziestolecie międzywojenne, z tym że z iście punkową agresja i wściekłością. Sami mówią, że bawią się bardziej w odgrywanie postaci z epoki niż na prezentowaniu samych siebie. I być może właśnie przez to osiągają coś,co licznym zastępom nudnych, pseudopatriotycznych kapel do tej pory w większości nie wychodziło. Są autentyczni. Fakt, że w ich instrumentarium znajdziemy prędzej mandolinę i grzebień niż gitarę elektryczna tylko dodaje im szczerości w tym co robią, a przy okazji ich kompozycje są po prostu kapitalne. Chwytliwe, proste, momentami nawet nieco taneczne, ale zawsze udane.
