Tworząc swoją playlistę zastanawiałem się, jak tym razem do niej podejść. Czy mają to być raczej nowości, rzeczy, które inspirują mnie w konkretnej chwili, a może „żelazne punkty” dobre na każdą okazję? Wszak mając do dyspozycji tylko 5 miejsc na liście, ciężko jest zawrzeć w nich cały swój muzyczny świat, chociażby ten kształtujący się przez ostatnie parę miesięcy. Wybrałem więc parę rzeczy bardziej aktualnych ze względu na ostatnie wydarzenia, parę osobistych faworytów, a to wszystko doprawione zostało szczyptą klasyki. W efekcie powstał dość duży rozstrzał stylistyczny, ale w końcu sztukę możemy podzielić jedynie na dobrą i złą, a gatunki zostawmy tym nadgorliwym. I cieszmy się muzyką.
1. Metallica – Escape
Pierwszy utwór to wybór z jednej strony oczywisty (bo Metallica), ale z drugiej nie do końca. „Escape” to piosenka niedoceniana i nielubiana przez zespół, która przepadła gdzieś pomiędzy innymi klasykami na moim ulubionym obok „…And Justice for All” albumie Metalliki, czyli „Ride the Lightning”. Stworzona na doczepkę, jako próba napisania przebojowego singla, okazała się (pozornie) pomysłem zupełnie chybionym i kompletnie nie w stylu grupy. Dla mnie jednak jest to jedna z tych perełek, które odkrywa się przy okazji słuchania pełnych albumów, co do pewnego momentu było jedyną słuszną formą słuchania muzyki i oddaniem szacunku artyście, by podejść do jego dzieła w sposób, który jest zgodny z jego konceptem. W tej chwili ze względu na zalew informacji i bodźców ze wszystkich stron, a także szalonym tempie życia nieczęsto mamy okazję usiąść w ręku z książeczką i oddać się muzyce tak jak Pan Bóg (a może Belzebub) przykazał. Wracając jednak do zawartości muzycznej, oprócz tego, że utwór stylistycznie odstaje od ówczesnej twórczości zespołu, jest to naprawdę dobra kompozycja z buntowniczym tekstem Hetfielda i chwytliwym refrenem. Co ciekawe, Metallica wykonała „Escape” tylko raz, na Orion Festiwal 2012, podczas prezentacji „Ride the Lightning” w całości. Nawet wtedy James nie ukrywał swojej niechęci do tego kawałka. Żeby tylko wszyscy mieli takie „wpadki”…
2. Johnny Cash – Rusty Cage
„Facet w czerni”, czyli legenda amerykańskiej muzyki (krócej napisać tak, niż country/folku/rock’n’rolla/rockabilly/bluesa/gospel), u schyłku swojego życia przeżył renesans swojej popularności. Kochany i znienawidzony producent Rick Rubin, założyciel American Recordings, zaprosił Casha do swojej wytwórni i pod swoim czujnym okiem stworzył z nim serię płyt, które weszły do kanonu. Rubinowi udało się sportretować chyba najpełniejszy obraz artysty, a pierwszy album, który został nagrany u Casha w salonie, dokumentując tylko jego z gitarą, zdobył nagrodę Grammy. Na drugim pojawili się już goście i do tego znakomici – między innymi Tom Petty z Heartbreakers, Flea, Mick Fleetwood i Lindsey Buckingham. Cash nie bał się odważnych coverów piosenek z zupełnie innych gatunków, odzierając je z pierwotnej aranżacji jedynie do podstawowego motywu zagranego na gitarze akustycznej. I tak na przykład „Rusty Cage” Soundgarden przeistoczył się z agresywnego, ciężkiego numeru w korzenny blues. Tak jak w przypadku coveru „Hurt” Nine Inch Nails, ciężko powiedzieć, która wersja jest lepsza.
3. Eagles of Death Metal – Silverlake (K.S.O.F.M)
Ostatnia płyta królów rockowych żartów, czyli Eagles of Death Metal, którą recenzowałem tutaj, pozytywnie mnie zaskoczyła. Będąc fanem właściwie od początku, wreszcie zostałem porwany przez tę gitarową energię, której brakowało na ich płytach od czasu debiutu. „Zipper Down” nie jest nadzwyczajnym albumem, ale jest na nim parę wyróżniających się momentów. Do takich zaliczyć można „Silverlake (K.S.O.F.M.)”, które jest doskonałym przykładem absurdalnego poczucia humoru Josha Homme’a i Jesse Hughesa tworzących zespół. Utwór opowiada o perypetiach osobnika, który za wszelką cenę chce zaimponować dziewczynie i dostać się „po znajomości” na imprezę w modnym klubie. Pomimo wszelkich sposobów biedaczek zostaje odprawiony z kwitkiem. Od strony muzycznej, pomimo, że w dalszym ciągu jest rock and roll, słychać zdecydowanie wpływy Homme’a. Jego charakterystyczne zagrywki oraz chórki przewijają się przez cały utwór. Na szczęście psychodelię swoim prostym, klasycznym sposobem grania równoważy Hughes i w efekcie dostajemy bardzo zgrabną, uzależniającą kompozycję. Bardzo długo czekałem na koncert Eagles of Death Metal w naszym kraju, ale dosłownie 2 tygodnie wcześniej, po wydarzeniach we Francji zespół odwołał resztę trasy. Zgodnie z zapowiedziami, nie mogą się już doczekać, by ją dokończyć, a ja nie mogę się doczekać usłyszenia między innymi tego kawałka na koncercie.
4. Velvet Revolver – Fall to Pieces
Slash z Mylesem Kennedy? Meh. Reaktywacja Gunsów z coraz gorzej wyglądającym i śpiewającym Axlem? Panie, daj Pan spokój… Ostatnie największe osiągnięcie towarzystwa z Guns N’ Roses, a do tego wokalisty Scotta Weilanda to debiut Velvet Revolver. Czy naprawdę minęło już od tego momentu 11 lat?! „Contraband” na chwilę przywrócił wiarę w rocka i był jednym z ostatnich wielkich rockowych „strzałów”. Płyta sprzedała się w ponad 4 mln egzemplarzy i trafiła w swój czas – zarówno instrumentaliści, jak i skończony w Stone Temple Pilots wokalista przeżyli drugą młodość. Nie trwała ona długo, bo kolejny owoc ich współpracy okazał się niestrawny, lecz pozostawili po sobie, jak się zdaje, ponadczasowy album. Powróciłem do niego właściwie przypadkiem i stwierdziłem, że są na nim naprawdę bardzo mocne numery łączące cechy obu genialnych zespołów, jakimi w swoim czasie były GnR i STP. Bardzo dobrym przykładem jest jeden ze spokojniejszych na płycie – „Fall to Pieces”. Delikatne akordy, moc w refrenie, charakterystyczna zagrywka Slasha z gatunku z tych niezapomnianych, świetna linia melodyczna, jeden z najlepszych głosów rocka i piękny, sentymentalny tekst. To piosenka z gatunku tych, które się nie starzeją i dalej chwyta za gardło tak samo, jak 11 lat temu.
5. Sinead O’Connor – Black Boys on Mopeds
Moja fascynacja tą irlandzką wokalistką zbiegła się z informacjami, że próbowała popełnić samobójstwo po serii niepokojących wpisów na swoim facebookowym profilu. Jak widać pozostała tak samo wrażliwą osobą, jak podczas nagrywania swojej przełomowej płyty „I Do Not Want What I Haven’t Got” z 1990 r. Młoda dziewczyna z ogoloną głową śpiewająca niezwykle dojrzałe teksty w jednej chwili stała się symbolem wczesnych lat 90-tych za sprawą ogranego do bólu „Nothing Compares 2 U”. Album skrywa jednak o wiele więcej niż ta piosenka i warto przyjrzeć mu się bliżej. Ciekawie wypada na pewno „I Am Stretched On Your Grave”, czyli stary irlandzki poemat śpiewany na tle triphopowego podkładu, w którego drugiej części pojawia się tradycyjny motyw zagrany na skrzypcach. Mocnymi punktami są także te najbardziej intymne, delikatne akustyczne utwory, nad którymi góruje wielki głos Sinead. „Three Babies”, „Last Day of Our Acquaintance” czy właśnie „Black Boys on Mopeds”, który opowiada o sytuacji politycznej w Anglii za rządów Margaret Tatcher i zabójstwie dwóch chłopców na tle rasistowskim. Piękne, proste, poruszające utwory, a o tym, z jak wielkim głosem i talentem mieliśmy do czynienia można przekonać się na koncertowym DVD „Year of the Horse”. Dobrze zapowiadająca się kariera została zaprzepaszczona przez podarcie na scenie zdjęcia papieża, co było protestem przeciwko pedofilii w Kościele. Wtedy nikt w to nie wierzył, bo nie mówiło się o tym głośno, ale czas pokazał, że jednak artyści są i powinni być głosem swojego pokolenia. Szkoda, że akurat wtedy niezrozumianym.