Jak wiemy, James Marshall – założyciel Marshall Amplification, znany również jako Jim i Ojciec Głośności, lub Pan Głośności (co ciekawe, ówcześnie perkusista i właściciel sklepu z bębnami) – zmarł wczoraj w wieku 88 lat. Słowa żałoby płynęły z całej społeczności metalowej, której bez „marshalli” być może by nie było. To ile znaczy dla Metalliki możemy sądzić choćby po fakcie uwzględnienia ich w tekście legendarnego „Whiplash” („Here on stage the Marshall noise is piercing through your ears„), ale zapytany o wzmacniacze tej marki przez New York Times Kirk Hammett, mówi nam o nich więcej.

[wywiad był telefoniczny, tłumaczenie wyedytowanego zapisu]
Gdy kupiłem swój pierwszy wzmacniacz Marshalla, to bardzo dodawało siły. Nikt nigdy nie zapomni swojego pierwszego Marshalla, jeżeli jest się gitarzystą dążącym do potężnego brzmienia. Tzn., nikt nigdy nie zapomina swojego pierwszego wzmacniacza Marshalla. Pamieam, że gdy miałem 17 lat i nabyłem marshallowego heada i załączyłem go i podłączyłem do niego swoją gitarę, pomyślałem, „Ah, w końcu jest, w końcu mam to brzmienie, które słyszałem na wszystkich swoich ulubionych albumach w ostatnich czterech, pięciu, ośmiu latach.„
To było coś umacniającego. Gdy po raz pierwszy uderzyłem w akordy, czuło się, że to jest o wiele większe ode mnie samego, fizycznie. Poważnie. To było fizycznie większe niż ja sam, ale miałem nad tym kontrolę za pośrednictwem opuszków palców. Nie cierpię używać takich sformułowań, ale miało się wrażenie sonicznej borni w rękach.
Wzmacniacze Marshalla miały klarowność, kopa, dół i taki typ przesteru, którego nie było póki Jim Marshall go nie wynalazł. Były wzmacniacze, które były podobne. The Fender Bassman, który był basowym wzmazniaczem, a gitarzyści odkryli, że jest naprawdę świetny, ponieważ miał mocne, pełne brzmienie i miał sporo głośności. Plotka głosiła, że Jim Marshall wziął za szablon heada Bassmana i jeszcze bardziej go wzmocnił, ulepszył i podgłośnił.
Po tym jak podłączyłem go po raz pierwszy w głowie pojawiła mi się cała gama nowych możliwości. Dźwiękowe wariacje i dźwiękowe możliwości stały się dla mnie nieskończone. Jeszcze do niedawna taszczyłem ze sobą całą flotę Marshalli do studia. Znany jestem jako gość od Randalli i Mesa Boogie, ale zawsze miałem wśród nich Marshalla kiedykolwiek nagrywałem, ponieważ świetnie sprawdza się w blues rocku, heavy metalu, punku. To po prostu niezbędny składnik, niczym sól i pieprz.
W tamtym momencie byłem pod wpływem gitarzystów lat ’60. Eric Clapton, Jeff Beck, Jimi Hendrix. I wielu gości z lat ’70, zwłaszcza Ronniego Montrose, Pata Traversa, chłopaków z Thin Lizzy, Michaela Schenkera z UFO – wszyscy oni używali Marshalli. I wpatrywałem się w okładki albumów, albo zdjęcia opublikowane w magazynach i gapiłem się równie bardzo na sprzęt co na samych muzyków. Jedna rzecz, która mnie ujmowała, to to jak czadowo wyglądały paki Marshalli ustawione jedna na drugiej. Po chwili sformułowanie 'mieć ścianę Marshalli’ równało się posiadaniu masywnego tsunami dźwięku i stało się symbolem agresywnej muzyki. Posiadanie stosu Marshalli i Les Paula było w pewnym momencie kombinacją ostateczną.
Powiedziałbym, że mam jakieś 30 wzmacniaczy Marshalla. Przez chwilę kolekcjonowałem Marshalle, bo chciałem spróbować każdego wzmacniacza z każdego roku, ale przestałem po chwili, bo był problem z ich składowaniem.