Kilka dni po śmierci Gary’ego Moore’a, Kirk zadzwonił do magazynu Rolling Stone ze swojego domu na Hawajach, aby porozmawiać o swoim idolu. Jego wspomnienie o nim przeczytacie wewnątrz (m.in. o tym, jakim wielkim przypadkiem go poznał, jak odkrył jego muzykę i jaki wpływ na niego wywarła.. wiedzieliście np., że twórczość Gary’ego inspirowała Master of Puppets i The Unforgiven?).

Kirk Hammett:
Gary Moore zdecydowanie jest na liście pięciu gitarzystów, którzy wpłynęli na mnie, razem z Jimim Hendrixem, Eddiem Van Halenem, Steviem Rayem Vayghanem i Michaelem Schenkerem. Jego wpływ jest silny do tego stopnia, że otwierający solówkę w „Master of Puppets” lick jest wariacją zagrywki używanej często przez Gary’ego. Pamiętam pierwszy raz, gdy usłyszałem bluesowy album i jak mnie to totalnie rozwaliło – nie tylko poprzez [usłyszaną] grę, ale przez jej brzmienie również, jego dźwięk. I pamiętam, jak byłem tak zainspirowany, że napisałem parę riffów opartych po prostu na jego brzmieniu i klimacie. I te riffy trafiły do „The Unforgiven” na Black Albumie.
Po raz pierwszy usłyszałem o nim w późnych latach ’70. Byłem wtedy wielkim fanem Thin Lizzy. Widziałem ich na trasie Dangerous i niedługo potem usłyszałem, że wyszedł nowy album zwany Black Rose. Usłyszałem „Waiting For An Alibi” w stacji radiowej w college’u i byłem pod wrażeniem, ponieważ z miejsca wiedziałem, że mieli innego gitarzystę. Tego solo nie grał ani Brian Robertson, ani Scott Gorham. To było… coś innego. Poszedłem do sklepu z płytami i sięgnąłem po Black Rose, spojrzałem na okładkę, odwróciłem i zobaczyłem gitarzystę zwanego Gary Moore.
On mnie po prostu niszczył od pierwszego razu, gdy go usłyszałem. To było jak Jimi Hendrix lub Stevie Ray Vaughan. Miał bardzo wyraziste brzmienie i bardzo wyraźny sposób podejścia do gry. Niedługo później pojawił się z G-Force, który był zespołem heavy-rockowym. Był sobie ten instrumentalny kawałek na tym [pierwszym]albumie G-Force, który mnie rozpieprzył i w tamtym momencie po prostu podjąłem świadomą decyzję, by słuchać go regularnie.
Gary wywarł na mnie również wielki wpływ pod względem wizualnym. Za każdym razem, gdy widziałem jego zdjęcie jak gra solo, wyraz jego twarzy oddawał to, że czuje je głęboko. Pamiętam, jak widziałem go po raz pierwszy na scenie z Thin Lizzy w solówce, wiadomo, jak stał wygięty do tyłu. Grał na Gibson Les Paul Goldtop i naciągał tą jedną strunę w cholerę jasną i miał tą minę na twarzy. Pomyślałem, 'Wow’. Chodzi mi o to, że musiał to być naprawdę instensywny moment, bo wyglądało to tak rock’n’rollowo i tak super, i tak gitarowo-prowadząco.
Jego brzmienie nie było nazbyt przetworzone. Było bardzo, bardzo podstawowe. To zasadniczo była gitara, wzmacniacz, fuzz box i jego ręce. Pamiętam, jak widziałem go w Kopenhadze w 1984, albo 1985r. Nagrywaliśmy Master of Puppets. Grał na Stracie, który jest znany z czystego, na swój sposób cienkiego brzmienia. Ale to, jakie on uzyskiwał z tego Strata było tak grube i tak pełne, i po prostu tak surowe. To było zanim dostępne były te wszystkie gitarowe procesory, które najtańsze brzmienie gitary potrafią zmienić, jakby była najdroższa, więc niejako wydedukowałem, że większość jego brzmienie tkwiło w jego dłoniach.
Technika Gary’ego była bardzo nowoczesna, ale jego gitarowy styl był mocno oparty na bluesie. Jego wyraz był mocno, mocno zakorzeniony w bluesie. Grał długie, podtrzymane nuty sparowane z naprawdę superszybko kostkowanymi i miał wspaniały styl legato. Jego podejście ucieleśniało, co starałem się osiągnąć. Spędziłem mnóstwo czasu słuchając Gary’ego Moore’a po graniu koncertów, wracałem do pokoju w hotelu i po prostu wrzucałem albumy Gary’ego Moore’a, albo oglądałem wideo z Garym Moorem.
Powód, dla którego ne był bardziej popularny tu w Ameryce jest dla mnie niepojęty, ponieważ był niesamowity. Był rówieśnikiem z takim np. Georgem Harrisonem, był równieśnikiem Alberta Kinga i był równieśnikiem B.B. Kinga. Zwyczajnie był zdumiewającym gitarzystą i mógł kumplować się z niemal każdym. Powiedzmy, dla przykładu, że byłby w Whitesnake. Jestem pewien, że wtedy rozpoznawano by go bardziej, niż to miało miejsce.
Poznałem go po raz pierwszy półtora roku temu. Byłem w pokoju w hotelu w Niemczech i wybierałem się na siłownię. Wszedłem do windy na piątym piętrze, a ona zatrzymała się na czwartym i oto wszedł Gary Moore. Po prostu nie mogłem w to uwierzyć. Przedstawiłem się i miałem szansę powiedzieć mu, jak wielką inspiracją był dla mnie. Byłem nieco wystraszony, ponieważ słyszałem raz, że się nieźle wkurzył na jakiegoś współczesnego gitarzystę, który go bezczelnie kopiował. Nie mógł jednak być dla mnie bardziej łaskawy i wspominając to jestem bardzo szczęśliwy, że miałem tą sposobność [go poznać].