W sierpniu 1986r., niecałe pół roku po wydaniu Master of Puppets, na łamach magazynu Thrasher (nota bene dla skateboardzistów) ukazał się wywiad z Jamesem i Kirkiem. Pytania zadawał im Pushead, choć i oni sami trochę gadali między sobą. Ta dłuższa rozmowa dotyczyła formowania się zespołu (szczegóły przyjęcia Cliffa, odejścia Kirka z Exodusu, pozbycie się Dave’a) nowej ówcześnie płyty, bycia bezdomnym (chłopaki nie mieli wtedy stałego miejsca zamieszkania), doświadczeń z życia w trasie, imidżu, dobrych i złych skutków rosnącej popularności, ucieczki Kirka od narkotyków i jego komiksowego hobby, jeździe na desce, przesłania (a może jego braku) Metalliki dla świata i in. Poza tłumaczeniem w środku również skany oryginalnego artykułu.

Wywiad przeprowadzono z Jamesem i Kirkiem oglądając odcinki „Hokuto No Ken” – to była szalona sesja, o tak! Moc!
(kliknij na skany, aby otworzyć powiększenie)
Kto dołączył do zespołu pierwszy, Kirk czy Cliff?
JH: Cliff. Zobaczyliśmy jak gra .. To chyba [Brian] Slagel zorganizował ten gig w LA, była druga w nocy, poniedziałek, występ w Whiskey [a Go Go]. Pojawiło się może ze 20 osób. Grała Trauma, Violation i jeszcze jeden zespół. Wszyscy się tam zjawiliśmy, zobaczyliśmy grę Cliffa i stwierdziliśmy, „Yeah, to nasz człowiek!”.
Czy on miał jakiekolwiek pojęcie, kim wy byliście?
JH: Nie. Tak więc zaczęliśmy wpadać do S.F. grać występy raz na jakiś czas. Scene była tu znacznie lepsza, po prostu ogólna atmosfera. Ludzie potrafili wkręcić się w to, co robiliśmy, w przeciwieństwie do L.A., gdzie po prostu szli się pokazać na mieście, pozować z drinkami i fajkami. Zaczęliśmy go męczyć jak cholera, gdy wpadli do LA kręcić wideo i wtedy też poszliśmy mu tam truć. W końcu powiedział, „Yeah, cool.” Sprawy nie miały się najlepiej również w jego kapeli. Dostrzegał kierunek, w którym zmierzali, bardziej jakby w popowym stylu. I powiedział, „Dobra, dołączę do zespołu, jeżeli wy przeprowadzicie się tutaj.” Cóż, pewnie, cholera, chcieliśmy tego, mieliśmy dość L.A.
Czy Dave Mustaine był nadal w zepole w tamtym czasie?
JH: No.
Kiedy pozbyliście się Dave’a i znaleźliście Kirka?
JH: To zaszło, gdy skumał się z Johnnym Z., Johnathanem Zazulą, [z]Megaforce… stukniętym managerem. Wysłał nam $1500 z Jersey i powiedział, „Zabierajcie się tutaj.” Odparliśmy OK.
Dlaczego chciał was tam widzieć? Żeby grać, czy nagrywać?
JH: Nagrywać. Zamierzaliśmy zrobić wypad z domu na trochę i sprawdzić, jaka tam była scena. Teraz, gdy o tym myślę – to była naprawdę szalone, że tak zrobiliśmy. Tak nagle po prostu przeprowadzić się do S.F., bez miejsca, by się zatrzymać, bez niczego. W końcu wylądowaliśmy u Marka Whitakera. To było fajne.
KH: Mark nam koniec końców pomógł z nagraniem „Kill’em All” i „Ride The Lightning”. Był również naszym dźwiękowcem.
JH: Taa, pojechał z nami do Jersey. Zwyczajnie wrzuciliśmy cały nasz syf itd. do przyczepy i ruszyliśmy w drogę…
Kirk nie był jeszcze w zespole, gdy pojechaliście na wschód?
JH: Mhm.
KH: Było tak, że w drodze do Nowego Jorku mieli problemy z Davem.
JH: Mark Whittaker był wtedy również managerem Exodusu. I ciągle nagrywał taśmy z występów na żywo z Kirkiem.
Zatem Kirk, co sprawiło, że przeszedłeś z Exodusu do Metalliki?
KH: W tamtym czasie Exodus miał problemy z personelem, mieliśmy takiego basistę, który nie pasował zbytnio do kierunku, który obraliśmy. Zespół nie robił prób i byliśmy prawdziwym w okresie rozkładu. Zaczynałem mieć tego dosyć. To naprawdę zabawne, bo jednego dnia siedziałem na klopie i zadzwonił do mnie Whittaker. Zadzwonił i zapytał mnie, czy byłbym zainteresowany lotem do Nowego Jorku, by sprawdzić się z zespołem, bo mieli problemy z Davem.
Znałeś ten zespół?
KH: Tak, widziałem Metallikę dwukrotnie, a potem graliśmy z nimi w the Stone. Jak to się zwało, the Night of the Banging Head, czy coś.
JH: The Ear Spankers, czy cokolwiek to było [śmiech]. Było wtedy świetnie.
KH: Okazja zapukała do mych drzwi, więc pomyślałem, co innego mam robić, jeśli tego nie obadać? Więc Mark sfedexował mi taśmę, a ja usiadłem z tą taśmą na parę dni. A potem zacząłem odbierać więcej telefonów od Whittakera, który mówił. „Więc, piszesz się na to?”. Powiedziałem, „Jasne, pewnie”, a on na to, „Cóż, zespół chce, abyś wpadł do Nowego Jorku na wspólne przesłuchanie.” Więc myślałem i myślałem o tym, jakoś przez dwie sekundy, i odparłem, że pewnie, pojadę zobaczyć, z czym to się je.
Był przez to jakiś zgrzyt z pozostałymi ludźmi z Exodusu?
KH: Z początku, ale rozumieli. Gdyby do któregokolwiek z nich ktoś tak podszedł, zrobiliby to samo.
JH: To był bardzo dziwny czas, nagła podróż U-haulem do Nowego Jorku. Było nas pięciu, na tyle samochodu mieliśmy materac, spaliśmy na zmianę. Wsiadaj na tył. Bach. Zamknięty. Nigdy wcześniej nie byliśmy poza Kalifornią i dopiero wydostając się z niej zrozumieliśmy, że mamy prawdziwe problemy z podejściem Dave’a. Naprawdę nie radził sobie z byciem daleko od domu, czy coś. Robiło się wariacko i docierało do nas, że tak dłużej nie może być, więc zaczęliśmy rozglądać się za czymś nowym. Nie było tak, że robiliśmy przesłuchanie dla Kirka. Przyszedł, podłączył się, pograł, i tyle. Nie mam pojęcia, co by było, gdyby nam nie przypadł do gustu. Nie mieliśmy pieniędzy, by go odesłać. Ledwo znaleźliśmy wystarczająco, żeby opłacić powrót Dave’owi. Poleciał autobusem. (śmiech) 'O której mam samolot?’ Proszę, Dave, bilet na autobus, masz godzinę, nara. Godzinę później przyleciał Kirk. Dave prawie spóźnił się na autobus. To by dopiero było!
KH: Dziwne, bo również po raz pierwszy byłem poza Kalifornią, a na dodatek ledwie ich znałem. Znałem jedynie Marka. Podchodziłem do tego z dużą rezerwą, bo istniało prawdopodobieństwo, że mnie nie polubią. Leciałem z całym swoim sprzętem, na dodatek za to płaciłem.
JH: Używałeś też sprzętu Dave’a. Nie miał jak zabrać tego od razu.
KH: Taa, skorzystałem z kilku jego głośników.
Graliście z Venom?
JH: Tak, wielka rzecz, te koncerty Venom. Da da da!
KH: Było ok. 1000 osób. Jeden z wielkich podziemnych występów.
Jak reagowano na wasze poczynania w kontekście tego, co robił wtedy Venom?
KH: Było dobrze, podobało się. Wciąż byliśmy bardziej częścią podziemia.
JH: Jeden z pierwszych większych gigów.
KH: Johnny Z wciskał nas w wiele nowojorskich gazet…
JH: Miał też sklep z płytami – Johnny Z’s Rock and Roll Heaven – sprzedawał nasze demo i album.
Sporo ludzi myślało, że pochodzicie ze Wschodniego Wybrzeża, bo demo było dostępne właśnie stamtąd.
JH: Wkurzyło to nas…
Mieliście adres w S.F., ludzie słyszeli, że jesteście z L.A… Można było się pogubić.
JH: Tak. A fanklub był w Oregon.
KH: Billboard nadal sądzi, że jesteśmy duńską kapelą.
Gdy wyjechaliście do Nowego Jorku, nagraliście „Kill’em All”, zaskakując wszystkich.
KH: Sounds Magazine dał nam pół gwiazdki. (śmiech)
Założę się, że dziś przyznaliby cztery.
KH: Tak, dostaliśmy pięć za „Master of Puppets”.
JH: Mieliśmy to gdzieś.
KH: WIedzieliśmy, że cokolwiek byśmy robili, niektórzy ludzie traktowaliby to ostrożnie, ponieważ to było wtedy tak odmienne.
Uważaliście siebie wówczas za zespół heavy-metalowy?
JH: Tak. Żaden z nas nie siedział w punku, za wyjątkiem może The Ramones czy Pistols. Nie byliśmy wielkimi fanami punku.
KH: Mało ludzi o tym wie, ale gdy zaczynaliśmy, nie interesowaliśmy się szczególnie punkiem. Motorhead i The Ramones.
Skąd pomysł, by grać riffy tak szybko?
JH: Motorhead.
Ale byliście jeszcze szybsi od nich.
JH: Po prostu ciągle ćwiczyliśmy, kawałki stawały się coraz szybsze, energia się kumulowała, brzmiało bardziej dynamicznie.
KH: Gdy coś piszemy, od momentu tworzenia aż do znalezienia się na albumie wszystko nabiera tempa. Od wydania albumu po czas, gdy gramy to na żywo, muzyka staje się jeszcze szybsza. Tak działo się na początku. Pisaliśmy z myślą, że takie tempo już pozostanie, ale ono naturalnie rosło.
JH: Zawsze jest szybciej, przeróżne akcje dzieją się na koncertach. Alkohol, wariaci, ogólne poruszenie.
KH: Adrenalina.
Stworzyliście więc nową formę metalu, zdaje się nazywaną speed-metalem, jakoś tak.
KH: Nienawidzę tego określenia. Nienawidzę tych wszystkich etykietek.
Etykietki to jedyny sposó, by ludzie mogli sobie grupować różne rzeczy. Niektórzy nie znoszą heavy metalu, bo zaliczyć można do niego kapele w stylu The Journey.
JH: Jeśli ktoś ma złą opinię o heavy metalu, to na pewno nie będzie obojętny. 'Metallica to heavy metal? W takim razie już ich nienawidzę” – a ten ktoś nawet nie wie, jak brzmimy.
Ile czasu minęło, zanim „Kill’em All” zaczął na dobre się sprzedawać?
JH: Aż wyszedł „Master of Puppets”. (śmiech)
KH: Sprzedaż była stabilna. Żadne wielkie liczby, ale jednak…
JH: Wszystkie nasze albumy sprzedają się stabilnie. W momencie premiery kupują je wszyscy nasi wierni fani. Potem ten poziom się utrzymuje.
Po waszych pierwszych sukcesach zaczęły powstawać nowe zespoły, wskazując was jako inspirację. Jak się z tym czuliście?
JH: Było fajnie. Jeśli inspirujesz ludzi, to znaczy, że robisz coś właściwie. Jesteś oryginalny. Wiele zespołów, np. Van Halen czy Black Sabbath, było naśladowane krótko po tym, jak sami zaczęli.
Mówi się, że Metallica w pewnym sensie przełamała stagnację w amerykańskim heavy metalu.
KH: Tak, chyba stanowiliśmy inspirację.
To był wasz cel, czy zdarzyło się tak po prostu?
KH: Nie planowaliśmy tego. Uznaliśmy, że to jest cool, że możemy sprowokować wiele rzeczy na scenie metal. Otworzyliśmy wiele kanałów komunikacji.
Na „Kill’em All” po raz pierwszy usłyszeliśmy coś, co można nazwać opatentowanym riffem „chunka-chunka”. Skąd on się wziął?
JH: Zawsze siedziałem w riffowej muzyce. Diamond Head, Sabbath…
KH: Ciężkie motywy – z jednego w drugi, bez pieprzenia pomiędzy nimi. Jak dobrze zmontowany film, od sceny do sceny.
JH: Wiele riffów to dzieło przypadku. Wygłupiasz się na gitarze i… przynieś szybko magnetofon!
KH: Tak, wygłupiasz się i na tym budujesz.
Zalecilibyście to innym?
JH: Nie! To my tak robimy. Nie róbcie tak! (śmiech)… To sprawdza się w naszym przypadku, nie umiemy po prostu siąść i „OK, musimy pisać, do roboty”.
Najpierw tworzycie muzykę czy teksty?
JH: Oba najpierw. Pierwsze powstają tytuły utworów i riffy.
KH: Najpierw podstawowa koncepcja utworu.
Skąd wziął się punkowy element na „Kill’em All”? Nagle pojawiły się zdjęcia z wami w koszulkach GBH i Discharge…
KH: Graliśmy muzykę, której nie grał żaden inny zespół, aż któregoś dnia usłyszeliśmy kapelę punkową grającą tak szybko, jak my. Spodobało nam się.
Nie mieliście pojęcia, że istnieje scena punk?
JH: Niezabardzo. Punkowcy przychodzili na nasze występy i pytali, czy znamy ten czy tamten zespół. „Nie. Daj taśmę, posłuchamy.” W ten sposób zaczęliśmy w to wchodzić.
Który z tych zespołów był pierwszy?
KH: U mnie – Discharge.
JH: Discharge albo GBH.
Czy to zmieniło sposób w jaki tworzyliście muzykę?
KH: Zmieniło sposób, w jaki gramy.
Otworzyło wam umysł?
JH: Właśnie tak. Zaczęliśmy podchodzić do muzyki na różne sposóby, zamiast „Pograjmy teraz metal”.
KH: Słuchając punku zaczęliśmy sprawdzać inną muzykę – z trudem przyznaję, ale np. The Police…
JH: Kirk słucha The Police. (śmiech)
Dlaczego „z trudem” – wstydzisz się tego?
KH: Nie wstydzę, po prostu wielu ludzi tego nie zrozumie. Chodzi mi o to, że zaczęliśmy słuchać muzyki innej niż heavy metal, poszerzaliśmy nasze horyzonty muzyczne.
Wcześniej skupialiście się na zespołach metalowych?
JH: Scena metal była wtedy tak mała, że każdy walczył właśnie o metal. Prawie nie było zespołów, musieliśmy więc odcisnąć własny ślad.
Słuchaliście, co punkowcy mieli do powiedzenia, czy tylko samych riffów?
KH: Wszystkiego. Wszystko było pomocne.
JH: To otworzyło wiele spraw. Dało nam, tak mi się wydaje, więcej ciężkich tematów do opisania.
KH: Było w tym więcej autentyczności, jeśli chodzi o Jamesa.
Oczywista zmiana w tym, o czym chcieliście mówić, zaszła między „Kill’em All” a „Fight Fire With Fire”.
JH: Tak. Do tego materiał z „Kill’em All” został napisany bardzo wcześnie. Mieliśmy mnóstwo czasu, by poznać nowe rzeczy.
„Kill’em All” był dość surowy i agresywny. „Ride the Lightning” okazał się być bardziej wypolerowany.
JH: Dlatego, że mieliśmy więcej czasu w studio. Nie mieliśmy jakiegokolwiek doświadczenia nagrywając pierwszy album. Nasz tak zwany producent siedział sobie tam zabawiając się kutasem, odhaczając kolejne utwory w notatniku, rzucając tekstem „Jak skończymy nagrywanie, możemy przejść się do klubu. Kawa już gotowa?” Nie miał nic do powiedzenia o żadnym z utworów. Pewnie nawet nie odważyłby się cokolwiek powiedzieć, bo usłyszałby od nas „Spieprzaj, to nasz utwór”. Ale jeśli mowa o produkcji, pomocy z brzmieniem, to nie pomógł. Stąd też na początku nauczyliśmy się, kim jest producent.
Wy go wybraliście?
KH: Wybrała go wytwórnia i nasz ówczesny manager, Kevin Seed.
Kubeł zimnej wody jeśli chodzi o produkcję.
JH: Tak, brutalna prawda. Przy następnym albumie postanowiliśmy działać samodzielnie.
Mieliście taką możliwość?
KH: Tak, mieliśmy dobrego inżyniera dźwięku.
JH: Musieliśmy trzymać się budżetu. Był spory, ale nie na tyle, żeby wybrać sobie takie studio i producenta, jakich chcieliśmy. Powiedzieliśmy sobie, że skoro praktycznie sami zrobiliśmy poprzedni album, więc teraz trzeba wybrać najlepsze studio i najlepszego zatrudnionego w nim dźwiękowca.
KH: …Który znał się na brzmieniu, to było bardzo istotne.
Skąd wzięła się Elektra?
JH: Z tej samej ulicy.
KH: Zmieniliśmy managera. Nowy management stwierdził, że musimy mieć za sobą jedną z głównych wytwórni.
I wiedział, jak to zrobić?
KH: W branży miał reputację osoby, która wie co robi. W każdym razie uważał, że powinniśmy mieć umowę z prawdziwego zdarzenia, więc rozniosła się informacja, że Metallica szuka dużego kontraktu. Trzy czy cztery wytwórnie chciały, byśmy z nimi taki kontrakt podpisali.
JH: Pusmort, czy inny syf. (śmiech)
KH: Przyjrzeliśmy się każdej z nich i wychodziło na to, że Elektra była lepsza. Choć pozostałe miały lepszą sytuację finansową, Elektra była znana z pozwalania swoim zespołom na całkowitą wolność artystyczną. Mieli wcześniej takie zespoły, jak The Doors, Velvet Underground, The Stooges… dość liberalna wytwórnia. Mieli opinię chętnych do eksperymentowania.
JH: W tamtym czasie masa zespołów podpisywała kontrakty, była przechwytywana przez wielie wytwórnie. Każda z nich miała podejście „Metal to nowa rzecz, idźmy w to, gdzie są pieniądze.” Nadal tak jest. Elektra miała tylko Motley Crue i Dokken, a pozostałe miały znacznie więcej. Bylibyśmy więc trzeci na liście zespołów metalowych Elektry, więc spodziewaliśmy się wsparcia.
Słyszeliście opinie o „podziemnej kapeli, która sprzedała się dla wielkiej wytwórni”?
KH: Tak, docierało to do nas.
Jak to na was wpływało?
KH: W ogóle nie wpływało. Mieliśmy to gdzieś. Trzymaliśmy się swojej ścieżki.
JH: Czasem przy okazji koncertu podchodzi ktoś do nas i mówi, „Załatw mi wejście za kulisy i takie tam”. „Wybacz, stary, nie mam jak, jest ciężko”, i słyszysz odpowiedź, „Och, teraz to jest wielką gwiazdą rocka”. Nie chodzi o gwiazdorzenie, po prostu… z czasem widzisz, kto naprawdę jest przyjacielem.
KH: Mówimy o oportunistach. Ktoś sobie myśli, że jeśli zna tego kolesia z Metalliki, to może coś dobrego sobie załatwić: wpisanie na listę gości, wejście za kulisy, spędzenie z nim czasu. Chcą skorzystać z okazji i gdy im to powiesz, to słyszysz przewidywalną odpowiedź: „Wow, to gwiazdor, nie ma na nic czasu. Jest zbyt wielki dla przyjaciów, nie zna swoich kumpli…”. Ale gdyby naprawdę cię znali, nie mówiliby takich rzeczy, zrozumieliby to.
JH: Albo gadka typu „Są teraz popularni, nie lubię ich”.
Na nowym nagraniu macie… kim jest Fleming Rasmussen?
KH: Inżynier dźwięku, który pomógł nam z produkcją. Nie pisze muzyki. Nie mieszał się w ogóle w konstrukcję utworów.
Nowy album „MASTER OF PUPPETS” jest już wydany i w tym tempie zbliża się do statusu złotej płyty, co o tym myślicie?
JH: Powieszę sobie jeden w mym magazynie.
KH: Dam jeden egzemplarz mamie.
Mógłbyś go sprzedać i kupić sobie apartament. Dziwne to jest, oto jesteście, na najlepszej drodze do sukcesu, tak? Jesteście w udanej trasie, macie dobrze sprzedający się album, wszystko układa się pomyślnie a wy nie macie nawet gdzie mieszkać.
JH: Nie, nie mamy.
Zmieni się to kiedykolwiek?
JH: Nie wiem.
KH: Potrzebne jest mi miejsce gdzie będę mógł trzymać swoje komiksy, podczas gdy jestem w trasie.
JH: Mamy trochę gratów, ja mam swoje łóżko i całą resztę, tyle tylko, że stoi w mojej graciarni. To jest do dupy. Mam adres, na który dostaję pocztę.
I wy jesteście na zasiłkach i innych ulgach?
KH: Taa, mamy księgowych. Teraz mogę kupić komiksy, na które czekałem odkąd byłem małym dzieciakiem. Teraz mogę poświęcać więcej czasu mojemu hobby. Gdy byłem młodszy, komiksy bardzo mnie interesowały i nigdy nie miąłem wystarczająco dużo pieniędzy, aby kupić sobie pierwszy numer Fantastycznej Czwórki, który z powodu pieniędzy, sprawiłem sobie dopiero dzisiaj.
Ale czy cena nie wzrosła od tamtych czasów?
KH: Taa, jak się nad tym zastanowić, to cena jest w zasadzie taka sama – to, co wówczas było warte ćwierć dolara, teraz jest warte całego dolara, dystans wciąż jest ten sam.
Traktujesz ich kupowanie jako inwestycję?
KH: Pewnie, komiksy są dobrą inwestycją, kupuję niektóre komiksy jako inwestycję, lecz nie traktuję tego hobby jako sposobu pozyskiwania pieniędzy. Nie lubię tego, to jest zabawa w maklera. Nie kupuję komiksów z powodu ich wartości, lecz z powodu pewnego sentymentu i z punktu postrzegania ich jako kolekcjoner.
JH: Mam dwa egzemplarze Denisa Rozrabiaki, które ON mi dał. Mam zamiar zachować je na zawsze.
Co jest powodem tego, że interesujesz się komiksami, japońskimi zabawkami i horrorami?
KH: Powodem, dla którego kupuję zabawki itd. jest to, że daje mi to radość. Przyznaję, że w pewnym momencie wydawałem dużo pieniędzy na narkotyki.
Dlaczego?
JH: Taa, dlaczego?
KH: Bo myślałem że branie narkotyków będzie fajne…
JH: Dlaczego?
KH: Aż nagle prochy nie okazały się być fajnymi…
JH: Dlaczego?
KH: To była wielka iluzja. Myślałem, że narkotyki dadzą mi pewien rodzaj radości…
JH: Dlaczego?
KH: Lecz nie dały… zamknij się, James … przestały dawać mi radość. Mniej więcej w tym samym czasie kupowałem komiksy i zabawki, one dawały mi znacznie więcej, szukam dobrego słowa… zabawy. Nie niszczę sobie zdrowia i przynajmniej mam teraz, co pokazać.
JH: Myślisz, że komiksy uratowały Cię przed narkotykami? Koleś, spiderman mnie uratował.(śmieje się)
KH: Rozmawiałem z moimi przyjaciółmi, którzy zarobili dużo pieniędzy i pytali się, ‘Gdzie podziały się wszystkie moje pieniądze?’, odpowiedź zawsze brzmiała, ‘Cóż, wszystko poszło na prochy, gorzałę i inne takie’. Zadałem, więc sobie to samo pytanie i teraz mam, co pokazać, wydałem moje pieniądze na zabawki i komiksy, mam z nich ubaw i czuję się zdrowo. Wciąż mam z nich wiele frajdy.
JH: A co z komiksami o narkotykach?
KH: Te są najlepsze.
Co myślicie o wzrastającym w siłę trendzie wśród starszych ludzi, którzy angażują się w coś, co większość ludzi określiłaby jako domenę małych dzieci?
KH: Wielu ludzi łączy komiksy i zabawki z młodością. Starają się kojarzyć fakty, gdy byłem młodszy bawiłem się zabawkami, sprawiały mi wiele radości. Lecz, dlaczego ktoś mówi, że powinno się z tym skończyć tylko, dlatego że jest się starszym? Nie ma żadnego powodu, dla którego powinno się to skończyć. Mam na myśli to, że może się to wydawać czymś niedojrzałym, lecz jak by się nad tym zastanowić to, co jest niedojrzałego w chęci dobrej zabawy? Ludzie wciąż chodzą do kina aby się zabawić. To jest tylko kolejna forma zabawy.
Czy powiedziałbyś, że masz uzależniające hobby?
KH: Próba uzyskania tego, co jest nieuchwytne jest prawdziwym wysiłkiem, jak wówczas, gdy widzi się coś w jakimś magazynie i mówi 'Wow, chciałbym to mieć…’
Kiedy gracie na żywo, to robicie to lepiej, ponieważ macie inne cele, które chcecie w ten sposób osiągnąć?
KH: Bycie w zespole muzycznym jest czymś kompletnie innym. Muzyka jest na pierwszym miejscu i w pewnym sensie myślę o niej przyszłościowo. Nie wchodzę do studia myśląc, cóż, musimy nagrać kilka wspaniałych utworów, abym mógł kupić sobie kilka wspaniałych komiksów. To spaja całość, ponieważ jestem bardziej władny umysłowo i mam zdrowsze nastawienie wobec stylu życia, ogólnie. Oczywiście, jeżeli moje hobby polegałoby na tym, aby kompletnie się sponiewierać i wysadzać sobie mózg każdej nocy, to sam zniszczyłbym sobie życie. Jeżeli moim hobby jest zbieranie komiksów i mieć nad sobą kontrolę, być zdrowym … komiksy mnie inspirują. Jest wiele pomysłów, które mogę odnaleźć w komiksach i które mogę interpretować poprzez muzykę. W ogólnej ocenie lepiej jest móc trzeźwo myśleć i lepiej łączyć się ze swoją muzyką. To jest naprawdę skomplikowane, nigdy wcześniej nie patrzałem na to w ten sposób.
Ucieczka?
KH: Taa, można to nazwać ucieczką. Trudno jest powiedzieć czy na prawdę potrzebuję ucieczki. Nie oglądałem dużo telewizji. Nie siedziałem przykuty do telewizora, byłem raczej molem książkowym. Wiesz, są dzieciaki oglądające telewizję i czytające komiksy. Była to dla mnie taka sama ucieczka jak telewizja dla innych dzieciaków. Każdy potrzebuje takiej rozrywki. Zbierałem komiksy przez długi czas, wtedy kupiłem gitarę, gra na niej stała się dla mnie obsesją. Odłożyłem komiksy i zacząłem grać na gitarze, i to dużo.
Teraz te dwa hobby się połączyły …
KH: Taa, połączyły się, ponieważ, podczas gdy grałem na gitarze mogłem wejść do sklepu z komiksami i zobaczyć komiksy, które miałem i pomyśleć 'wow, miałem ten komiks’ i powoli zdałem sobie sprawę z tego, że nadal tego pragnąłem, więc powróciłem do zbierania komiksów i tego, co lubię najbardziej, czyli komiksów horrorów. Famous Monsters i w szczególności całego tego gatunku. Gdy byłem młodszy, byłem wielkim fanem Walta Disney’a.
Jest coś nowego co Ci się podoba czy może lubisz tylko to co powstało wcześniej?
KH: Wiele nowych rzeczy też jest dobrych. W komiksach jest więcej przemocy…
To dobrze czy źle?
KH: Myślę, że to jest wspaniale. Pochłania mnie to. Dzięki temu komiksy są ciekawsze, ponieważ kiedyś gdy czytałem komiksy, istniało coś takiego jak kod komiksu, co jest ekwiwalentem systemu PG w filmach. Komiksy ogólnodostępne były bardziej pobłażliwe a te z podziemia są na poziomie kategorii wiekowej +17 w filmach. Powiedzmy sobie prawdę, w większości przypadków film na poziomie +17 jest lepszy niż film na poziomie PG. Jest teraz wiele dobrych komiksów, takich jak: Mr. Monster, Teenage Mutant Ninja Turtles. A także te różniące się od nich jak np. Dark Knight, który stawia Batmana w zupełnie innym świetle. Batman nie jest już młody, przechodzi na emeryturę i odwala mu, ponieważ jego zadanie powstrzymywania przestępców doprowadza go do szaleństwa. Jest to jakby oświadczenie ponieważ on staje się tym co zwykł ścigać … można by to porównać do utworu takiego jak „Sanitarium”…
Metallica gra szybsze, surowe, lecz wypolerowane brzmienie, które większość ludzi określa jako brutalne. Uważacie że taki teraz jest świat? Macie zamiar krzyczeć na ludzi 'Patrz co się dzieje’?
KH: Taa, myślę, że coś udowodniliśmy. Ludzie mogą się to tego odwoływać ponieważ jest to lekkie zniekształcenie obrazu świata jakim jest w rzeczywistości. Mam na myśli to że, prawdę mówiąc, świat nie jest taki fajny. Jest chory. Jest w nim pełno paskudnych rzeczy i nie ważne jak bardzo będziemy się starać uciec, to i tak musisz obudzić się w zmierzyć z tym że świat jest pojebany i nieprzyjemny.
Czy jest to coś co chcecie powiedzieć ludziom swoją muzyką?
JH: W żadnym wypadku. Nie chcę mówić ludziom co mają robić ponieważ nie lubię jak ktoś mówi mi co mam robić …
Jesteście na takim etapie kiedy to niektórzy ludzie biorą dosłownie to co mówicie, mogą to nawet źle zrozumieć.
JH: Taa, wiele razy.
KH: Zdarzało się w przeszłości tak, że ludzie źle nas rozumieli.
JH: I to właśnie tworzy zespołowi złą reputację. Ten cały chłam wokół niego.
KH: Gdy ktoś Cię źle rozumie dzieje się coś złego, np. ludzie cierpią, wówczas są inni ludzie którzy szybko potrafią rzucić oskarżenia, nawet jeśli jest to winą tej osoby. Ktoś źle nas rozumie i sprowadza szkodę na innych ludzi z byle powodu. I jest pozamiatane, ponieważ wiele razy to ta osoba, nie my, mówi bzdury.
JH: Wszyscy Ci dziwni ludzie próbują zbudować coś w tym wielkim symbolu pomiędzy muzyką, której słuchają a jej słowami, dlaczego … teksty, które piszę, piszę w zasadzie dla siebie. Nie mówię ludziom jak mają myśleć. Jak np. 'Jeśli nie myślisz w taki sam sposób jak ja, to nie jesteś prawdziwym fanem Metalliki’ lub coś w tym stylu.
Wygłosiłeś opinię …
JH: Moją opinię.
Czy cały zespół zgadza się z twoją opinią?
KH: Ja tak. Czuję, że wszyscy obstajemy za tym, co on ma do powiedzenia. Jeżeli by tak nie było, wiedziałby o tym wcześniej. Jak dotąd tak się nie stało, więc jesteśmy za tym co James ma do powiedzenia.
JH: Dużo rozmawiamy na różne tematy, o różnych koncepcjach…
Cieszycie się z sukcesu, który jest owocem tego, co robicie?
JH: Robimy to po swojemu, zawsze chcieliśmy robić to w swój sposób, cieszy mnie to. Nie musieliśmy dostosowywać się do pewnych określonych standardów, wytwórni płytowych lub czegokolwiek innego, co chciało tego od nas. Oni nie uformowali nas na swój sposób, zrobiliśmy to po swojemu i to jest dobre. Zwykłem przypominać sobie takie sytuacje i reagować na nie 'O mój Boże, Widziałem nas w Cyrku lub w Hit Parader [amerykańskie czasopismo muzyczne – przyp. red] lub widziałem nas w tamtym magazynie, cholera, nie podoba mi się to.’
Dlaczego Ci się to nie podoba?
JH: Ponieważ to jest coś powszechnego, ludzie widzą Cię w magazynie 'O, wow kolejny zespół który daje czadu’. My robimy to po swojemu. W wywiadach mówimy to co chcemy powiedzieć i nic nie jest przekręcane.
Myślicie, że dojdziecie do momentu, w którym będziecie musieli napisać hit radiowy, lub będziecie musieli nagrać klip?
KH: Jeżeli tak się stanie, to stanie się to przypadkowo.
JH: Nie. Nie obawiamy się tego. Jeśli jest się zbyt przezornym, wówczas można zrujnować sobie życie.
KH: Nie sądzę abyśmy żałowali czegokolwiek, co zrobiliśmy.
Miałem okazję jechać z wami autobusem, macie wokół siebie tylu ludzi tyle sprzętu i nie musicie nawet z nimi rozmawiać, ponieważ ufacie, że zrobią to czy tamto. Dojeżdżacie do celu, bierzecie z szafy swoje deskorolki i zaczynacie jeździć. Jest to dla was niczym odskocznia?
JH: Nie ma nic innego do roboty. Nasi ludzie podłączają sprzęt…
KH: Z tymi wszystkimi ludźmi chodzi o to, że my z nimi pracujemy. Oni nie pracuję dla nas, pracują z nami. Jesteśmy jak wielka rodzina.
JH: Wszyscy razem podróżujemy.
KH: Jesteśmy jak gang. Oni mają swoją robotę, my mamy naszą. My nie zaczynamy pracować, o 7:30, więc czekamy, jeździmy na deskorolkach…
Czy bycie w trasie jest nudne?
KH: Wiele razy.
JH: Zależy od tego gdzie jesteś, lecz jeżeli masz deskorolkę, to nuda już Ci nie grozi.
Więc z powodu nudy zaczęliście jeździć, na deskorolkach?
KH: Wydawało się to być dobrym pomysłem.
JH: Jest to dla nas rodzaj odskoczni od tych gorączkowych przygotowań.
Macie kłopoty, gdy jeździcie na deskorolkach?
KH: Taa, miałem kłopoty przez ochronę, ale i tak jeździłem.
Oni zdają sobie sprawę z tego, że jesteście zespołem czy może myślą, że jesteście technicznymi?
JH: Nie ma mowy, w życiu. Myślą, że jesteśmy gówniarzami przychodzącymi na koncert.
KH: Idę na kolejne piętro i jeżdżę. Jebać to.
Więc lubicie jeździć na deskach?
JH: Jak cholera.
KH: Wypolerowane podłogi są niezłe.
JH: Cóż, najlepiej jest wtedy, gdy nie są ma żadnych siedzeń. Wiele miejsc, w których gramy ma teraz siedzenia.
Jak się w to wciągnęliście?
JH: Chcieliśmy coś robić podczas trasy, ponieważ dużo czasu spędzaliśmy nic nie robiąc. Nie piję już tak dużo jak zwykłem, rozluźnia mnie to.
To dobrze czy źle?
JH: Wydaje mi się, że to dobrze.
Kiedyś nawet nabawiłeś się kontuzji, nie?
JH: Przez kilka koncertów miałem zabandażowaną kostkę. Przez jakiś tydzień. Była skręcona…
Odkąd rozpoczęliście tę trasę z Ozzym, macie małą grupę ludzi, z którymi jeździcie na deskach, czyż nie?
KH: Taa, niektórzy ludzie z załogi Ozzy’iego i jego zespołu.
JH: Taa, gitarzysta Jake i jego techniczni też z nami teraz jeżdżą. Zobaczyli nas z naszymi deskami i przyznali 'tak jest kurwa, to jest dobry pomysł.’
A management nie robi wam problemów, ponieważ jesteście cenni?
JH: Powiedzieliśmy im ‘hey, myślimy o tym aby wziąć ze sobą deski w trasę’… myślałem że odpowiedzą 'nie ma mowy, nie możecie’. A odpowiedzieli 'cóż, jak coś sobie złamiesz, to nadal będziesz musiał grać.’
KH: Taa, 'Złamiesz sobie na deskorolce nogę to będziesz grał na scenie ze złamaną nogą’.
Byliście znani z podziwu dla Misfits.
KH: Cześć Glenn [Glenn Danzig; założyciel Misfits – przyp. red.]. O tak!
Zamierzacie mieć cover jednej z ich piosenek, takie są ploty…
KH: Tak. To jest prawda. Są świetni.
Co nakierowało was na Misfits? Ma to jakiś związek z punkiem?
JH: Cliff nam ich pokazał.
JH: Wszyscy jego przyjaciele byli ich fanami, Cliff przekopiował sobie część ich muzyki od swoich przyjaciół.
KH: Zaczęliśmy ich słuchać i tak już zostało. Lubię Misfits. Polubiłem ich utwory a gdy zobaczyłem ich zdjęcie pomyślałem 'Wow, to jest niezłe’. Ich wizerunek bardzo przypominał mi to, co widziałem w starszych komiksach horrorach.
James, co Cię interesuje, poza telewizją?
JH: Komedie na żywo. Lubię Bobcat’a (Bob Goldthwait) i Sama Kinnisona.
KH: Cliff lubi Dawn of the Dead, i inne tego typu.
Dlaczego nie macie żadnych kostiumów?
JH: Taa, jeszcze się ich nie dorobiliśmy. Ozzy powiedział, że nie moglibyśmy ich nosić. Mamy nasze czerwone, białe i niebieskie błyszczące stroje. (śmieje się)
Gdzie macie makijaż?
KH: Zardzewiał i odpadł, ponieważ za dużo się pocimy.
Za „Master of Puppets” kryje się duża idea, czy to dlatego na scenie macie krzyże?
JH: Taa, wydaje mi się, że fajnie to wygląda, jest to coś nowego.
KH: To pomaga w promocji idei albumu.
Co jest ideą nowego albumu?
KH: Manipulacja. Różne formy manipulacji, co może objawiać się w wielu aspektach o których moglibyśmy rozmawiać godzinami.
Dlaczego nazwaliście album „MASTER OF PUPPETS”? Czujecie że ktoś wami manipuluje lub może waszymi przyjaciółmi?
JH: Nie, zauważam, że dzieje się tak z wieloma ludźmi. Niektóre ze spraw… cóż „Master of Puppets” ma dużo do czynienia z narkotykami. O tym jak wszystko wokół się zmienia, nie kontrolujesz tego co robisz lecz jesteś kontrolowany. Tak jak wtedy, gdy udałem się na imprezę w San Francisco, było pełno gnojków dających sobie w żyłę i wciągających, była też pewna dziewczyna, która była naprawdę dziwna.
Przeraża cię to?
JH: I to bardzo.
Czy stajecie się powoli zespołem anty – narkotykowym?
JH: Nie, ponieważ nie chcemy mówić komukolwiek, co ma robić. Jeżeli komuś to się podoba, to jest fajnie, nie mieliby nic przeciwko tematowi, o którym mówimy. Byłem na takiej imprezie, po której odleciałem i teraz jestem paranoikiem.
KH: Podczas trasy cały czas wdajemy się w różne wybryki z narkotykami.
JH: Tak było podczas ostatniego koncertu…
KH: Taa, ktoś przedawkował podczas gigu w L.A.
JH: Trzech ludzi zmarło.
Lecz nie byliście za to odpowiedzialni…
JH: ‘Oczywiście, że byliśmy’, wszystkie mamy tak mówią.
KH: P.M.R.C. [Parents Music Resource Center – przyp. red.], jeszcze o tym nic nie wie, lecz gdyby o tym wiedzieli, podnieśliby raban jak cholera.
JH: „Leper Messiah” traktuje o tym jak ludzie kłaniają się telewizyjnym kapłanom i wysyłają im swoje pieniądze… jesteśmy świadomi tego że tego typu rzeczy się dzieją.
Co czujecie grając na żywo?
KH: To jest spora zabawa. Wychodzę i napierdalam tym, co mam, wiesz, czerpię radość z tego, co robię a jeżeli inni ludzie też to czują, to jest fajnie.
Nawet, jeżeli co dzień gracie tę samą piosenkę?
KH: Taa, nie nudzi nam się to.
JH: Za każdym razem to uczucie się zmienia, zmieniają się ludzie. Fajnie jest też wygłupiać się z tymi ludźmi. Wielu siedzi i nie wie, co się dzieje… wówczas trzeba do nich podejść i rzucić w nich piwem. Wtedy zaskakują 'O mój Boże, tracisz nad sobą kontrolę’. Niektórzy ludzie, którzy przychodzą na koncerty są tacy ułomni. Tylko siedzą, płacą ciężkie pieniądze, aby być przy barierkach pod sceną 'Taaaak!’ i już siadają. Koleś, co jest do kurwy?
Denerwujesz się przed wyjściem na scenę?
JH: Za każdym razem się denerwuję. Zanim wejdę na scenę, czuję jakbym miał za chwilę wyrzygać wnętrzności. Tak właściwie to nie jestem zdenerwowany, to jest rodzaj ekscytacji. Tak jakby 'O mój Boże, zapomnę, zapomnę tekst, zapomnę jak to mam zagrać…’.
KH: Taa, powiedziałbym, że to adrenalina się wzbiera, wiele z tego jest negatywną energią.
Cóż, powiedzmy, że gracie dla 20, 000 ludzi…
JH: Nawet o tym nie myślę. Nie myślę, 'O Boże, jak wielu ich tam dziś będzie?’ Po prostu wychodzę i gram.
KH: Gdy wychodzisz na scenę i napierdalasz tym, co masz, doznajesz zastrzyku adrenaliny. Adrenalina zaczyna krążyć a wraz z nią odrobina podenerwowania. Adrenalina przejmuje nad tobą kontrolę, gdy wychodzisz na scenę i zaczynasz grać i czerpać z tego radochę. Wtedy zapominasz o tym zdenerwowaniu. Choć wcześniej jest nerwowo…
Dokucza Ci to że ludzie siedzą? Powinni jakoś reagować?
JH: Nie bardzo, lubię ich obserwować. Trochę trudno jest rozkręcić młyn gdy wokół jest pełno krzeseł. Ludzie bawią się na swój własny sposób. Ja bawię się na swój własny sposób, więc może oni mnie naśladują. Wiesz, czasami trzeba się wyluzować. Często po prostu siedzą bawiąc się na swój własny sposób a ja nie zdaję sobie sprawy z tego że oni tak właśnie się bawią. Lecz my nie mamy zamiaru robić czegoś w stylu 'OK, ludzie, wszystkie zapalniczki do góry’.
Macie jakąś radę, którą możecie przekazać ludziom?
KH: Bądźcie szczerzy ze sobą.
JH: Szczerze. Nabierzcie oryginalności i strzeżcie się pewnych spraw, w których moglibyście utknąć, takich jak management lub wytwórnie płytowe.
KH: Miejcie baczność na to, że jest to biznes i musicie mieć biznesowe podejście, ponieważ ludzie was wyruchają za każdą nadarzającą się okazją.
Lubicie jak ktoś się wami posługuje?
JH: Nienawidzę tej strony biznesu. Udaję się na wszystkie nasze zebrania zespołu i zasypiam.
KH: Ja też, mam dla tych spotkań pełno pogardy. Wciąż musisz być skupiony, czy Ci się to podoba czy nie. W zespole musi być ktoś, kto jest świadomy tego, co może się stać i co się cały czas dzieje. Łatwo można się na tym przejechać. Tak łatwo.
Czy jest coś jeszcze co James i Kirk mają do powiedzenia?
KH: Nie okłamujcie się. Nie próbujcie być kimś, kim nie jesteście.
JH: Hey, mam ponad dwa metry wzrostu!
KH: Właśnie, że nie.
JH: Ludzie muszę być pewni tego, co robią, jeśli tak nie będzie, wówczas inni będą po nich deptać. Liczy się wiara w siebie.
Ciężko jest wam czasami zrozumieć, że ktoś się wami posługuje?
JH: Wkurzam się czasami słuchając bootlegerów. Prawie trzasnąłem jednego z nich, wtedy zrozumiałem, że, cholera, mogłem zostać aresztowany i nie mógłbym zagrać koncertu. Taa, trzeba myśleć z wyprzedzeniem… przynajmniej jednej godziny.
Tłumaczenie: TommiK & weaver
JH: Cliff. Zobaczyliśmy jak gra .. To chyba [Brian]
Slagel zorganizował ten gig w LA, była druga w nocy,
poniedziałek, występ w Whiskey [a Go Go]. Pojawiło się
może ze 20 osób. Grała Trauma, Violation i jeszcze
jeden zespół. Wszyscy się tam zjawiliśmy, zobaczyliśmy
grę Cliffa i stwierdziliśmy, „Yeah, to nasz człowiek!”.
Czy on miał jakiekolwiek pojęcie, kim wy byliście?
JH: Nie. Tak więc zaczęliśmy wpadać do S.F. grać
występy raz na jakiś czas. Scene była tu znacznie
lepsza, po prostu ogólna atmosfera. Ludzie potrafili
wkręcić się w to, co robiliśmy, w przeciwieństwie do
L.A., gdzie po prostu szli się pokazać na mieście,
pozować z drinkami i fajkami. Zaczęliśmy go męczyć jak
cholera, gdy wpadli do LA kręcić wideo i wtedy też
poszliśmy mu tam truć. W końcu powiedział, „Yeah,
cool.” Sprawy nie miały się najlepiej również w jego
kapeli. Dostrzegał kierunek, w którym zmierzali,
bardziej jakby w popowym stylu. I powiedział, „Dobra,
dołączę do zespołu, jeżeli wy przeprowadzicie się
tutaj.” Cóż, pewnie, cholera, chcieliśmy tego, mieliśmy
dość L.A.
Czy Dave Mustaine był nadal w zepole w tamtym czasie?
JH: No.
Kiedy pozbyliście się Dave’a i znaleźliście Kirka?
JH: To zaszło, gdy skumał się z Johnnym Z., Johnathanem
Zazulą, [z]Megaforce… stukniętym managerem. Wysłał
nam $1500 z Jersey i powiedział, „Zabierajcie się
tutaj.” Odparliśmy OK.
Dlaczego chciał was tam widzieć? Żeby grać, czy
nagrywać?
JH: Nagrywać. Zamierzaliśmy zrobić wypad z domu na
trochę i sprawdzić, jaka tam była scena. Teraz, gdy o
tym myślę – to była naprawdę szalone, że tak
zrobiliśmy. Tak nagle po prostu przeprowadzić się do
S.F., bez miejsca, by się zatrzymać, bez niczego. W
końcu wylądowaliśmy u Marka Whitakera. To było fajne.
KH: Mark nam koniec końców pomógł z nagraniem „Kill’em
All” i „Ride The Lightning”. Był również naszym
dźwiękowcem.
JH: Taa, pojechał z nami do Jersey. Zwyczajnie
wrzuciliśmy cały nasz syf itd. do przyczepy i
ruszyliśmy w drogę…
Kirk nie był jeszcze w zespole, gdy pojechaliście na
wschód?
JH: Mhm.
KH: Było tak, że w drodze do Nowego Jorku mieli
problemy z Davem.
JH: Mark Whittaker był wtedy również managerem Exodusu.
I ciągle nagrywał taśmy z występów na żywo z Kirkiem.
Zatem Kirk, co sprawiło, że przeszedłeś z Exodusu do
Metalliki?
KH: W tamtym czasie Exodus miał problemy z personelem,
mieliśmy takiego basistę, który nie pasował zbytnio do
kierunku, który obraliśmy. Zespół nie robił prób i
byliśmy prawdziwym w okresie rozkładu. Zaczynałem mieć
tego dosyć. To naprawdę zabawne, bo jednego dnia
siedziałem na klopie i zadzwonił do mnie Whittaker.
Zadzwonił i zapytał mnie, czy byłbym zainteresowany
lotem do Nowego Jorku, by sprawdzić się z zespołem, bo
mieli problemy z Davem.
Znałeś ten zespół?
KH: Tak, widziałem Metallikę dwukrotnie, a potem
graliśmy z nimi w the Stone. Jak to się zwało, the
Night of the Banging Head, czy coś.
JH: The Ear Spankers, czy cokolwiek to było [śmiech].
Było wtedy świetnie.
KH: Okazja zapukała do mych drzwi, więc pomyślałem, co
innego mam robić, jeśli tego nie obadać? Więc Mark
sfedexował mi taśmę, a ja usiadłem z tą taśmą na parę
dni. A potem zacząłem odbierać więcej telefonów od
Whittakera, który mówił. „Więc, piszesz się na to?”.
Powiedziałem, „Jasne, pewnie”, a on na to, „Cóż, zespół
chce, abyś wpadł do Nowego Jorku na wspólne
przesłuchanie.” Więc myślałem i myślałem o tym, jakoś
przez dwie sekundy, i odparłem, że pewnie, pojadę
zobaczyć, z czym to się je.
Był przez to jakiś zgrzyt z pozostałymi ludźmi z
Exodusu?
KH: Z początku, ale rozumieli. Gdyby do któregokolwiek
z nich ktoś tak podszedł, zrobiliby to samo.
JH: To był bardzo dziwny czas, nagła podróż U-haulem do
Nowego Jorku. Było nas pięciu, na tyle samochodu
mieliśmy materac, spaliśmy na zmianę. Wsiadaj na tył.
Bach. Zamknięty. Nigdy wcześniej nie byliśmy poza
Kalifornią i dopiero wydostając się z niej
zrozumieliśmy, że mamy prawdziwe problemy z podejściem
Dave’a. Naprawdę nie radził sobie z byciem daleko od
domu, czy coś. Robiło się wariacko i docierało do nas,
że tak dłużej nie może być, więc zaczęliśmy rozglądać
się za czymś nowym. Nie było tak, że robiliśmy
przesłuchanie dla Kirka. Przyszedł, podłączył się,
pograł, i tyle. Nie mam pojęcia, co by było, gdyby nam
nie przypadł do gustu. Nie mieliśmy pieniędzy, by go
odesłać. Ledwo znaleźliśmy wystarczająco, żeby opłacić
powrót Dave’owi. Poleciał autobusem. (śmiech) 'O której
mam samolot?’ Proszę, Dave, bilet na autobus, masz
godzinę, nara. Godzinę później przyleciał Kirk. Dave
prawie spóźnił się na autobus. To by dopiero było!
KH:Dziwne, bo również po raz pierwszy byłem poza
Kalifornią, a na dodatek ledwie ich znałem. Znałem
jedynie Marka. Podchodziłem do tego z dużą rezerwą, bo
istniało prawdopodobieństwo, że mnie nie polubią.
Leciałem z całym swoim sprzętem, na dodatek za to
płaciłem.
JH: Używałeś też sprzętu Dave’a. Nie miał jak zabrać
tego od razu.
KH: Taa, skorzystałem z kilku jego głośników.
Graliście z Venom?
JH: Tak, wielka rzecz, te koncerty Venom. Da da da!
KH: Było ok. 1000 osób. Jeden z wielkich podziemnych
występów.
Jak reagowano na wasze poczynania w kontekście tego, co
robił wtedy Venom?
KH: Było dobrze, podobało się. Wciąż byliśmy bardziej
częścią podziemia.
JH: Jeden z pierwszych większych gigów.
KH: Johnny Z wciskał nas w wiele nowojorskich gazet…
JH: Miał też sklep z płytami – Johnny Z’s Rock and Roll
Heaven – sprzedawał nasze demo i album.
Sporo ludzi myślało, że pochodzicie ze Wschodniego
Wybrzeża, bo demo było dostępne właśnie stamtąd.
JH: Wkurzyło to nas…
Mieliście adres w S.F., ludzie słyszeli, że jesteście z
L.A… Można było się pogubić.
JH: Tak. A fanklub był w Oregon.
KH: Billboard nadal sądzi, że jesteśmy duńską kapelą.
Gdy wyjechaliście do Nowego Jorku, nagraliście „Kill’em
All”, zaskakując wszystkich.
KH: Sounds Magazine dał nam pół gwiazdki. (śmiech)
Założę się, że dziś przyznaliby cztery.
KH: Tak, dostaliśmy pięć za „Master of Puppets”.
JH: Mieliśmy to gdzieś.
KH: WIedzieliśmy, że cokolwiek byśmy robili, niektórzy
ludzie traktowaliby to ostrożnie, ponieważ to było
wtedy tak odmienne.
Uważaliście siebie wówczas za zespół heavy-metalowy?
JH: Tak. Żaden z nas nie siedział w punku, za wyjątkiem
może The Ramones czy Pistols. Nie byliśmy wielkimi
fanami punku.
KH: Mało ludzi o tym wie, ale gdy zaczynaliśmy, nie
interesowaliśmy się szczególnie punkiem. Motorhead i
The Ramones.
Skąd pomysł, by grać riffy tak szybko?
JH: Motorhead.
Ale byliście jeszcze szybsi od nich.
JH: Po prostu ciągle ćwiczyliśmy, kawałki stawały się
coraz szybsze, energia się kumulowała, brzmiało
bardziej dynamicznie.
KH: Gdy coś piszemy, od momentu tworzenia aż do
znalezienia się na albumie wszystko nabiera tempa. Od
wydania albumu po czas, gdy gramy to na żywo, muzyka
staje się jeszcze szybsza. Tak działo się na początku.
Pisaliśmy z myślą, że takie tempo już pozostanie, ale
ono naturalnie rosło.
JH: Zawsze jest szybciej, przeróżne akcje dzieją się na
koncertach. Alkohol, wariaci, ogólne poruszenie.
KH: Adrenalina.
Stworzyliście więc nową formę metalu, zdaje się
nazywaną speed-metalem, jakoś tak.
KH: Nienawidzę tego określenia. Nienawidzę tych
wszystkich etykietek.
Etykietki to jedyny sposó, by ludzie mogli sobie
grupować różne rzeczy. Niektórzy nie znoszą heavy
metalu, bo zaliczyć można do niego kapele w stylu The
Journey.
JH: Jeśli ktoś ma złą opinię o heavy metalu, to na
pewno nie będzie obojętny. 'Metallica to heavy metal? W
takim razie już ich nienawidzę” – a ten ktoś nawet nie
wie, jak brzmimy.
Ile czasu minęło, zanim „Kill’em All” zaczął na dobre
się sprzedawać?
JH: Aż wyszedł „Master of Puppets”. (śmiech)
KH: Sprzedaż była stabilna. Żadne wielkie liczby, ale
jednak…
JH: Wszystkie nasze albumy sprzedają się stabilnie. W
momencie premiery kupują je wszyscy nasi wierni fani.
Potem ten poziom się utrzymuje.
Po waszych pierwszych sukcesach zaczęły powstawać nowe
zespoły, wskazując was jako inspirację. Jak się z tym
czuliście?
JH: Było fajnie. Jeśli inspirujesz ludzi, to znaczy, że
robisz coś właściwie. Jesteś oryginalny. Wiele
zespołów, np. Van Halen czy Black Sabbath, było
naśladowane krótko po tym, jak sami zaczęli.
Mówi się, że Metallica w pewnym sensie przełamała
stagnację w amerykańskim heavy metalu.
KH: Tak, chyba stanowiliśmy inspirację.
To był wasz cel, czy zdarzyło się tak po prostu?
KH: Nie planowaliśmy tego. Uznaliśmy, że to jest cool,
że możemy sprowokować wiele rzeczy na scenie metal.
Otworzyliśmy wiele kanałów komunikacji.
Na „Kill’em All” po raz pierwszy usłyszeliśmy coś, co
można nazwać opatentowanym riffem „chunka-chunka”. Skąd
on się wziął?
JH: Zawsze siedziałem w riffowej muzyce. Diamond Head,
Sabbath…
KH: Ciężkie motywy – z jednego w drugi, bez pieprzenia
pomiędzy nimi. Jak dobrze zmontowany film, od sceny do
sceny.
JH: Wiele riffów to dzieło przypadku. Wygłupiasz się na
gitarze i… przynieś szybko magnetofon!
KH: Tak, wygłupiasz się i na tym budujesz.
Zalecilibyście to innym?
JH: Nie! To my tak robimy. Nie róbcie tak! (śmiech)…
To sprawdza się w naszym przypadku, nie umiemy po
prostu siąść i „OK, musimy pisać, do roboty”.
Najpierw tworzycie muzykę czy teksty?
JH: Oba najpierw. Pierwsze powstają tytuły utworów i
riffy.
KH: Najpierw podstawowa koncepcja utworu.
Skąd wziął się punkowy element na „Kill’em All”? Nagle
pojawiły się zdjęcia z wami w koszulkach GBH i
Discharge…
KH: Graliśmy muzykę, której nie grał żaden inny zespół,
aż któregoś dnia usłyszeliśmy kapelę punkową grającą
tak szybko, jak my. Spodobało nam się.
Nie mieliście pojęcia, że istnieje scena punk?
JH: Niezabardzo. Punkowcy przychodzili na nasze
występy i pytali, czy znamy ten czy tamten zespół.
„Nie. Daj taśmę, posłuchamy.” W ten sposób zaczęliśmy w
to wchodzić.
Który z tych zespołów był pierwszy?
KH: U mnie – Discharge.
JH: Discharge albo GBH.
Czy to zmieniło sposób w jaki tworzyliście muzykę?
KH: Zmieniło sposób, w jaki gramy.
Otworzyło wam umysł?
JH: Właśnie tak. Zaczęliśmy podchodzić do muzyki na
różne sposóby, zamiast „Pograjmy teraz metal”.
KH: Słuchając punku zaczęliśmy sprawdzać inną muzykę –
z trudem przyznaję, ale np. The Police…
JH: Kirk słucha The Police. (śmiech)
Dlaczego „z trudem” – wstydzisz się tego?
KH: Nie wstydzę, po prostu wielu ludzi tego nie
zrozumie. Chodzi mi o to, że zaczęliśmy słuchać muzyki
innej niż heavy metal, poszerzaliśmy nasze horyzonty
muzyczne.
Wcześniej skupialiście się na zespołach metalowych?
JH: Scena metal była wtedy tak mała, że każdy walczył
właśnie o metal. Prawie nie było zespołów, musieliśmy
więc odcisnąć własny ślad.
Słuchaliście, co punkowcy mieli do powiedzenia, czy
tylko samych riffów?
KH: Wszystkiego. Wszystko było pomocne.
JH: To otworzyło wiele spraw. Dało nam, tak mi się
wydaje, więcej ciężkich tematów do opisania.
KH: Było w tym więcej autentyczności, jeśli chodzi o
Jamesa.
Oczywista zmiana w tym, o czym chcieliście mówić,
zaszła między „Kill’em All” a „Fight Fire With Fire”.
JH: Tak. Do tego materiał z „Kill’em All” został
napisany bardzo wcześnie. Mieliśmy mnóstwo czasu, by
poznać nowe rzeczy.
„Kill’em All” był dość surowy i agresywny. „Ride the
Lightning” okazał się być bardziej wypolerowany.
JH: Dlatego, że mieliśmy więcej czasu w studio. Nie
mieliśmy jakiegokolwiek doświadczenia nagrywając
pierwszy album. Nasz tak zwany producent siedział sobie
tam zabawiając się kutasem, odhaczając kolejne utwory w
notatniku, rzucając tekstem „Jak skończymy nagrywanie,
możemy przejść się do klubu. Kawa już gotowa?” Nie miał
nic do powiedzenia o żadnym z utworów. Pewnie nawet nie
odważyłby się cokolwiek powiedzieć, bo usłyszałby od
nas „Spieprzaj, to nasz utwór”. Ale jeśli mowa o
produkcji, pomocy z brzmieniem, to nie pomógł. Stąd też
na początku nauczyliśmy się, kim jest producent.
Wy go wybraliście?
KH: Wybrała go wytwórnia i nasz ówczesny manager, Kevin
Seed.
Kubeł zimnej wody jeśli chodzi o produkcję.
JH: Tak, brutalna prawda. Przy następnym albumie
postanowiliśmy działać samodzielnie.
Mieliście taką możliwość?
KH: Tak, mieliśmy dobrego inżyniera dźwięku.
JH: Musieliśmy trzymać się budżetu. Był spory, ale nie
na tyle, żeby wybrać sobie takie studio i producenta,
jakich chcieliśmy. Powiedzieliśmy sobie, że skoro
praktycznie sami zrobiliśmy poprzedni album, więc teraz
trzeba wybrać najlepsze studio i najlepszego
zatrudnionego w nim dźwiękowca.
KH: …Który znał się na brzmieniu, to było bardzo
istotne.
Skąd wzięła się Elektra?
JH: Z tej samej ulicy.
KH: Zmieniliśmy managera. Nowy management stwierdził,
że musimy mieć za sobą jedną z głównych wytwórni.
I wiedział, jak to zrobić?
KH: W branży miał reputację osoby, która wie co robi. W
każdym razie uważał, że powinniśmy mieć umowę z
prawdziwego zdarzenia, więc rozniosła się informacja,
że Metallica szuka dużego kontraktu. Trzy czy cztery
wytwórnie chciały, byśmy z nimi taki kontrakt
podpisali.
JH: Pusmort, czy inny syf. (śmiech)
KH: Przyjrzeliśmy się każdej z nich i wychodziło na to,
że Elektra była lepsza. Choć pozostałe miały lepszą
sytuację finansową, Elektra była znana z pozwalania
swoim zespołom na całkowitą wolność artystyczną. Mieli
wcześniej takie zespoły, jak The Doors, Velvet
Underground, The Stooges… dość liberalna wytwórnia.
Mieli opinię chętnych do eksperymentowania.
JH: W tamtym czasie masa zespołów podpisywała
kontrakty, była przechwytywana przez wielie wytwórnie.
Każda z nich miała podejście „Metal to nowa rzecz,
idźmy w to, gdzie są pieniądze.” Nadal tak jest.
Elektra miała tylko Motley Crue i Dokken, a pozostałe
miały znacznie więcej. Bylibyśmy więc trzeci na liście
zespołów metalowych Elektry, więc spodziewaliśmy się
wsparcia.
Słyszeliście opinie o „podziemnej kapeli, która
sprzedała się dla wielkiej wytwórni”?
KH: Tak, docierało to do nas.
Jak to na was wpływało?
KH: W ogóle nie wpływało. Mieliśmy to gdzieś.
Trzymaliśmy się swojej ścieżki.
JH: Czasem przy okazji koncertu podchodzi ktoś do nas i
mówi, „Załatw mi wejście za kulisy i takie tam”.
„Wybacz, stary, nie mam jak, jest ciężko”, i słyszysz
odpowiedź, „Och, teraz to jest wielką gwiazdą rocka”.
Nie chodzi o gwiazdorzenie, po prostu… z czasem
widzisz, kto naprawdę jest przyjacielem.
KH: Mówimy o oportunistach. Ktoś sobie myśli, że jeśli
zna tego kolesia z Metalliki, to może coś dobrego sobie
załatwić: wpisanie na listę gości, wejście za kulisy,
spędzenie z nim czasu. Chcą skorzystać z okazji i gdy
im to powiesz, to słyszysz przewidywalną odpowiedź:
„Wow, to gwiazdor, nie ma na nic czasu. Jest zbyt
wielki dla przyjaciów, nie zna swoich kumpli…”. Ale
gdyby naprawdę cię znali, nie mówiliby takich rzeczy,
zrozumieliby to.
JH: Albo gadka typu „Są teraz popularni, nie lubię
ich”.
Na nowym nagraniu macie… kim jest Fleming Rasmussen?
KH: Inżynier dźwięku, który pomógł nam z produkcją. Nie
pisze muzyki. Nie mieszał się w ogóle w konstrukcję
utworów.



