Steve Vai, znany na całym świecie wirtuoz gitary, udzielił wywiadu dla The Argus, w którym zwierzył się ze swoich planów na przyszłość oraz powspominał nieco wydarzenia z przeszłości. Dowiadujemy się, że krytyka, której był poddany w latach 90., miała ostatecznie pozytywny wpływ na jego osobowość, gdyż pozwoliła mu przezwyciężyć wybujałe ego. Muzyk jest obecnie w trasie koncertowej, w Polsce pojawi się już 20 czerwca, w klubie Progresja w Warszawie. Będzie to koncert z okazji 25 rocznicy wydania „Passion and Warfare”, album jest w całości wykonywany na każdym występie. Sam Vai również ceni sobie tę płytę jako przełomowy moment w jego karierze:
Każdy artysta, który osiągnął sukces w swojej karierze, ma nagranie, którym zaprezentował się światu. „Passion and Warfare” było taką pozycją w mojej dyskografii, natychmiast przyciągnęło uwagę publiczności. Przyznam jednak, że zawsze nieco obawiałem się próbować zagrać cały ten album w całości, to bestia. Nie jest to muzyka w stylu „Hej chłopaki, pograjmy nieco razem”. Dzieje się tam mnóstwo rzeczy a zespół ma 4 osoby, więc zrobiłem eksperyment w postaci wyświetlaczy i gości pojawiających się na takowych, grających razem z nami. Mam klip z Frankiem [Zappą], mam Joe Satrianiego, jest jeszcze parę osób, od których mam dostać nagranie.
O wpływie, jakim ma na niego często przyznawany mu tytuł wirtuoza sześciu strun:
Wywierało to na mnie różne wrażenie, w zależności od etapu mojej kariery. Jestem muzykiem odkąd skończyłem 20 lat, więc w sumie cały czas jestem obserwowany przez ludzi. Zmieniło się nieco podejście – na początku stwierdzano coś w stylu: „Musisz być świetnym muzykiem, w końcu grasz z Frankiem Zappą”. Kiedy dołączyłem do zespołu Davida Rotha zostałem gwiazdą rocka. Stanowi to pewne wyzwanie jeśli nie jesteś ostrożny, czekają na ciebie pokusy takie jak seks, narkotyki, pieniądze czy sława. Zaczynasz tworzyć własny wizerunek, ponieważ za każdym razem, kiedy otwierasz pismo muzyczne, jest tekst o tobie albo jesteś nawet na okładce. Pieniądze nie były dla mnie dużą pokusą, lubię je mieć, ale nie jestem chyba chciwy. Nigdy nie brałem narkotyków, bałem się że wpadnę w nałóg, a seks był również pod kontrolą, żyłem w monogamii ponad 30 lat. Niestety, urosło mi mocno ego, przez co otrzymałem potem ważną lekcję, bo z nadejściem lat 90. stałem się symbolem wszystkiego, co złe w muzyce i graniu na gitarze. Nie było to miłe doświadczenie, ale zdecydowanie istotne w moim życiu, w ten sposób zniszczyłem swoje wyolbrzymione mniemanie o sobie.
Steve ma również wiele planów na przyszłość:
Jestem jednym z tych ludzi, którzy cały czas planują swoją przyszłość. Mógłbym stworzyć listę takich celów, setki kolejnych postanowień. Dotarła jednak już do mnie bolesna prawda, że nie uda mi się wszystkiego dokonać, muszę ustalić priorytety. Jeżeli chodzi o kwestie muzyczne to następnym pomysłem do realizacji jest nieco bardziej minimalistyczne nagranie, mam jednak w planach potężny projekt, zakładający podróże po krajach, nagrywanie utworów z orkiestrami i odtwarzanie takich kompozycji symfonicznie na trasie. Mam też jeden cel całkowicie niezwiązany z muzyką. Chciałbym kupić spory kawał ziemi i zbudować tam dom starców oraz sierociniec, praktycznie małe miasteczko dla tych ludzi. Myślę, że byłby to jeden z ostatnich zrealizowanych planów w moim życiu.
