Wstałem rano, koło godziny 6:30 aby zdążyć na autokar odjeżdżający spod Teatru Wielkiego w Poznaniu. Na miejscu byłem niecałą godzinę później. Trochę zdziwił mnie widok tak małej ilości osób na schodach TW, popularnie zwanego „Operą”. Na dotychczasowe pielgrzymki Metallikowe z Poznania było o wiele więcej ludzi w czarnych koszulkach najlepszego zespołu na świecie.
No ale trudno. W oczekiwaniu na autokar stwierdziliśmy razem z bratem, że jako weterani (to już nasz piąty koncert Mety więc chyba mogę pozwolić sobie na takie określenie) powinniśmy dostać wypasiony wóz. No i o dziwo tak się też stało. Autokar elegancki – odhaczone. No to czekamy na resztę ekipy. Tył zajęty w wiadomym celu. Spania. Nie no, oczywiście że nie, już od najdawniejszych czasów średniowiecza wiadomo było że na tyle karocy zasiadali najwięksi alkoholicy. Także zgodnie z tradycją my nie mogliśmy być gorsi. Reszta naszej ośmioosobowej grupy dołączyła do nas na tył, więc mogliśmy spokojnie ruszać.
Na miejsce dotarliśmy koło 13:30. No i teraz dylemat – iść i kisić się na Goldenie czy dopiero przyjść na Anthraxa? Decyzja została podjęta jednogłośnie – idziemy coś zjeść i wypić. W końcu czasem trzeba uzupełnić nie tylko płyny wysokoprocentowe. Godzina 17:00, my już pod Stadionem i tu pierwsze zaskoczenie – trzeba stać w jakiejś kolejce po pieprzone opaski do Goldena. Nie muszę dodawać, że wszyscy jak jeden chór zaczęliśmy rzucać mięsem (tu taka mała dygresja – u nas w Poznaniu wprowadzono Poznańską Elektroniczną Kartę Aglomeracyjną, po 1 lipca trzeba było ją ponownie aktywować…W PUNKCIE gdzie się ją ładuje, przez co utworzyły się kolejki jak w PRL’u, sam stałem w takiej ponad trzy godziny, stąd nasze oburzenie). Poszło dość sprawnie, więc na płycie Stadionu znaleźliśmy się zaraz po tym jak Anthrax skończył Caught in A Mosh.
I tu już pierwsze rozczarowanie – GC na pół płyty. Kurna, dobrze że jednak się szarpnęliśmy na te 350 zł bo tak to bym chyba rozerwał ten bilet i pojechał z powrotem do domu. Kolejna rzecz na minus: Nagłośnienie. Tragedia. Do tego dach zamknięty. No normalnie traktują nas jak bydło – powiedziałem. Jednakże nie ma co narzekać, trzeba napierdalać ! Niestety – kolejne rozczarowanie. Mimo naszych prób rozruszania pobliskiego tłumu, wszyscy stali i się gapili na zespół latający po scenie. Odniosłem wrażenie, że zagrali krócej niż na Soni w 2010, mimo to byłem bardzo zadowolony. W przerwie zobaczyłem, że jest Vote of the day. Jak każdy szanujący się fan Metalliki, postanowiłem zagłosować na KTULU, Fuel słyszałem już na żywo a TDTNC ? Kolejna ballada na ten koncert? Wystarczy już, że Janusze zagłosowali na One, Fade To Black, Nothing~, Sanitarium.
Następnie przyszedł czas na Alice in Chains. Cóż…koncert byłby zajebisty…gdyby nie to, że był na Stadionie Narodowym oraz dlatego, że na festiwalu metalowym. To co rozgrzał Anthrax to AiC uśpili. Strasznie mi było szkoda chłopaków z okolic Seattle, ale to organizator powinien uderzyć się w pierś. No i w końcu przyszedł czas na ukochaną Metallicę. Ecstasy of Gold i cały stadion jakby wyrwany z letargu zaczyna się wydzierać jednym, wspólnym, metalowym głosem. Głosem narodu wywołującego Metallicę, aby po kolejnych 2 latach od ostatniej wizyty wreszcie wyszli na scenę i zrobili to co zawsze robią – RZEŹNIĘ.
Zaczęło się. Na początek Battery – kompletne szaleństwo, obłęd. Ledwo zdążyłem złapać oddech po jego zakończeniu a tu już MOP. Więc ja rozrywam koszulkę w przypływie jakiejś chorej ekstazy (miałem na sobie koszulkę właśnie Mastera). Mimo, że słyszany juz piąty raz z rzędu na żywo a ogólnie to nawet już nie wiem który, nadal ma w sobie tę moc. Moc prawdziwego metalu. Następnie Welcome Home (Sanitarium). Czas na złapanie oddechu po tym szaleństwie. Jednak nie na długo. Zaraz tytułowy utwór z drugiej płytki i znowu masakrowanie gitarowe. Znowu spokój – Unforgiven. Pierwsza część. Nie trzydziesta czwarta.
Zaraz po tym Memory~. Coś niesamowitego. Zwłaszcza końcówka. James dyrygujący nami a my niczym sekta podążająca za swoimi guru, trzymając ręce w górze śpiewa to co mamy zaprogramowane w swoich mózgach. Później pytanie Jamesa czy kojarzymy nową piosenkę. Od nas leci gromkie YEAH !!!! na co James trochę zaskoczony i pyta nas czy nam się podoba, my odpowiadamy że tak (a jakże by inaczej hehe) w każdym razie ponownie wydawał się pozytywnie zaskoczony. Zatem lecimy. Tak. Powrócili. Władcy Lata powrócili.
Wtedy sobie to uświadomiłem. Minęły raptem dwa lata a ja czułem się jakbym był na spotkaniu z kimś bliskim, kogo nie widziałem od wielu wielu lat. Dalej mocny Sad But True po zapowiedzi Sasima, która mnie rozbawiła. Standardowo odśpiewane przez publiczność. Potem Fade To Black z piękną podwójna stopką Larsa pod koniec. Następnie pierwszy instrumental – Orion. Może nie wykonany perfekcyjnie, ale do diabła z tym. Ważne, że go zagrali. Oczywiście pseudo fani stali znudzeni bo pewnie nawet nie wiedzieli, że Metallica w ogóle ma utwory instrumentalne. Dalej poleciał One. Tu powiem tak – parafrazując cytat z Czasu Surferów – fajerwerków nie ma, ale też jest zajebiście! Te lasery…magia. Zaraz potem For Whom The Bell Tolls, zatem budzimy się !!! Kolejnym utworem było Whiskey, które nam postawił nie kto inny jak sam Menios – tutaj kompletne szaleństwo, czułem się jak w czasie Euro 2012 gdy Irlandczycy przyjechali do Poznania się bawić i kibicować. Nothing Else Matters jak to Nothing Else Matters, podobnie jak zagrany po nim Enter~. Chwila przerwy i nagle bum – Creeping Death. Nie wiem czemu, ale ten utwór wywołuje u mnie nagły wzrost agresji, także współczuję wszystkim tym co stali dookoła. Genialny utwór, na którym oczywiście publika też nie może zawieść – więc moje zdarte i tak już gardło ledwo co dało radę cokolwiek wydusić z siebie gdy trzeba było krzyczeć 'DIE, DIE, DIE, DIE’. I wreszcie piosenka z Vote of The Day – Ktulu. Ktulu Dwa tysiące, bo dokładnie tyle głosów otrzymał – 2000. Kolejny instrumental, cudowny, wspaniały. Nie wiem tylko dlaczego, ale cały czas w głowie dodawałem też sobie partie symfoniczne, te z S&M.
Ja już gotowy iść do domu a tu jeszcze Seek and Destroy ! Światła włączone, piłki zrzucone, odegrane, odśpiewane. No i koniec. Cholera. Nagłe uczucie wielkiego smutku że to już koniec. Tak po prostu.
Podsumowując: Myślę, że panowie bardzo solidnie się przygotowali do koncertu, zwłaszcza znienawidzony przez większość „tru” fanów – Lars. Naprawdę byłem pod wrażeniem jego gry. Mimo, że to był już piąty koncert to i tak trafiło się parę perełek, których nie słyszałem wcześniej na żywo (dzięki głosowaniu) – Orion, Ktulu, Memory, Whiskey. Właśnie dlatego warto jeździć na koncerty po kilka razy – nigdy nie wiesz co zagrają !*
*Chyba, że sprawdzisz w necie, chamie!
