Bilety zostały zakupione już 27 grudnia 2013r. Razem z Karoliną, Kingą, Maćkiem oraz Anią niecierpliwie czekałam na nadejście tej magicznej daty. 11.07.2014. Ledwo pamiętam co działo się w czasie oczekiwania, minęło ono tak szybko jak sam koncert. Niestety, w czasie owego czekania Karolina sprzedała swój bilet, wybierając inny koncert. Było nam przykro, ale jakże miło było później oglądać zdjęcia szczęśliwego nabywcy z podpisem „marzenia się spełniają!”
O 11:07 mieliśmy pociąg. Przez rozmowę z mamą spóźniłam się i w ostatniej chwili wsiadłam. Od razu natknęłam się na Anie z Maćkiem, którzy równie jak ja zdążyli na ostatnią chwilę. W czasie kupowania biletów u konduktora dowiedziałam się, że Kinga nie zdążyła i pojedzie następnym pociągiem (a już myślałam, że tylko ja jestem spóźnialska). Dojechaliśmy do Warszawy. Jakże miło było patrzeć na tak liczne grupy fanów Metalliki wchodzących do sklepu. Po zakupach udaliśmy się na przystanek. Źle pojechaliśmy i resztę drogi trzeba było pokonać z buta. Do samego stadionu dotarliśmy przez jakieś krzaki i wyszliśmy przy bramie 10. Gdy w końcu znaleźliśmy bramę 11, ustawiliśmy się w kolejce, tuż przy naszych znajomych, Wojtku i Agnieszce. Było trochę po 13. Ze stadionu dało się słyszeć dźwięki perkusji i innych instrumentów, wszyscy byliśmy podekscytowani, w końcu, to dzisiaj!
Godzina 14, kolejka się ruszyła, ludzie powoli zaczęli wchodzić do stadionu. Wyjęliśmy wszystkie nasze 7 butelek wody i zaczęliśmy odkręcać korki i wyrzucać je do pojemnika (jak się potem okazało, przemycenie ich byłoby dziecinne, lecz to mój pierwszy „duży” koncert). Bilety wykupione mieliśmy na wysokie trybuny, więc trzeba było zająć najlepsze miejsca JAK NAJSZYBCIEJ. Przynajmniej w moim mniemaniu. Biegłam na samą górę z dwiema odkręconymi butelkami wody co chwilę poganiając resztę. To było chyba moje najszybsze pokonanie takiej ilości schodów, nawet wody trochę zostało. Jest. Siedzimy. Miejsca, jak na wysokie trybuny, były według mnie idealne.
Pierwsze dźwięki – Chemia. Poszłam na nich do toalety (nie, żebym miała coś do zespołu, ale lepiej na nich niż na Anthraxie czy samej Metallice 😉 ) Nigdy nie zapomnę min ludzi, którzy nas przepuszczali.
Gdy Alice in chains już skończyli, była godzinna przerwa, na której, nie powiem zaczęło nam „odbijać”. Maciek włączył Master i zaczęliśmy tworzyć polską wersję tego kawałka, podobnie z One. Okazało się, że Ania ma zeszyt. Wyrwałam z niego kartkę i zrobiłam samolot. Ale to nie mógł być zwykły samolot. Starałam się wymyślić jakiś głupi tekst, który na nim napiszę. Ostatecznie samolot poleciał niosąc ze sobą radosne „Kirk, tańcz dla mnie!”, lecz jego lot nie był długi. Trafił prosto w ręce pewnej pani. Jej mina po przeczytaniu tekstu – bezcenna. I pan, krzyczący za nami „a ja widziałem kto rzucał!” – również bezcenny. Później wyjadał nam delicje. Ale ceny pożywienia były takie, że ze wszystkimi chętnie dzieliliśmy się naszym pożywieniem. 21.
Fale, okrzyki, to było piękne. Po prostu cudowne. Do tej pory bolą mnie ręce od klaskania. Metallika puściła swój filmik z okazji „Metallica by request”. Następnie Ecstasy of gold. Cały stadion zaczął „Oooaaaować” w rytm. Również cudowne. I nagle wbiega Lars… I mocne Battery! Wtedy oszalałam. Już na Ecstasy wstałam ze swojego miejsca, na Battery bałam się, że wypadnę poza barierkę. Jakiego szoku doznałam odwracając się w moją lewą stronę, widząc te wszystkie obojętne i siedzące osoby. Ludzie! Pomyślałam. Przecież Metallica już weszła na scenę, co z wami! Tłumaczyłam sobie, że widocznie ludzie po to kupują sobie bilety na trybuny, żeby siedzieć, lecz po mojej prawej stronie ludzie skakali i bawili się jak ja.
Nie będę opisywać wykonania każdego utworu, ponieważ nie muszę tu pisać, że każdy jest dla mnie wyjątkowy i każdy przyprawia mnie o dreszcze. Lecz istnieją tez wyjątki od wyjątków. Mianowicie wykonanie The memory remains było pionurujące. Aż łezka się w oku zakręciła, gdy cały stadion odśpiewywał „na na nana”. James pięknie nas pochwalił słowami „You’re beautiful Warsaw! Excellent singing!” Krzyczałam wtedy najgłośniej. Kolejnym wyjątkiem było Fade to black i Kirkowa solówka przed nim. Zabawne było, gdy w czasie solówki wystarczył jeden uśmiech Kirka, by stadion dosłownie oszalał. Później Fade. Łzy popłynęły same. To istny cud, że człowiek był w stanie wymyślić coś tak pięknego. Kolejnym zabawnym szczegółem było to, że podczas Fade zadzwoniła do mnie mama. Krzyknęłam ile sił, że „nie mogę rozmawiać, bo jestem zajęta”.
Nadmienię, że głosowałam na Ktulu, więc nie kryłam radości gdy wygrało. Kolejne piękne wykonanie tego utworu. Każdy narzekał, że Nothing, że Sandman, ale przy tym drugim wszyscy wstali. Dosłownie wszyscy. To była moc, nawet przy Master takiej nie było. Następnie Seek and destroy i słynne piłki. Przy ostatnich dźwiękach nadal nie dociarało do mnie, że to się dzieje. Sądzę, że gdybym była na GC ta świadomość byłaby większa, ale cóż, następnym razem. Na trybunach to wyglądało tak: „O, Pokazali Jamesa na ekranie. Fajnie. Zaraz, on tam naprawdę jest, stoi na tej scenie, to nie jest youtube”.
Później już z górki, plucie Larsa, dawanie pałeczek, rzucanie kostek garściami. I James, który z tego wszystkiego ubrał perkusję. Naszymi flagami. To było, że tak się wyrażę, urocze. Każdy z nich powiedział coś od siebie, stanęli obok siebie, objęli się. Każdy z nich dumny z siebie. „Mamy tyle fanów, jesteśmy zajebiści, bo czego chcieć więcej?” Mina Kirka mówiła właśnie te słowa.
Po koncercie. Wsiedliśmy do samochodu, a tam z radia zaczęło grać Patience Guns N’ Roses. Z do dziś mi niewiadomego powodu zaczęłam to śpiewać (jeszcze raz przepraszam pasażerów). Powrót do domu zajął nam więcej niż sam koncert. Mniejsza z tym, bo jakie można mieć zastrzeżenia do czegokolwiek, po koncercie zespołu, który się kocha?
