11 lipca 2014 r.na warszawskim Stadionie Narodowym odbyła się V edycja (z roczną przerwą) Sonisphere Festival. Obok Metalliki wystąpiły takie legendy jak Anthrax i Alice in Chains oraz mniej znany Kvelertak z Norwegii czy rodzima Chemia.
Trudno jest pisać o koncercie, na który czekało się kilka lat, który stał się urzeczywistnieniem największego marzenia. I trudno jest ocenić taki koncert w pełni obiektywnie – ale spróbuję.
Trasa Metalliki „By Request”, z którą do nas przyjechali była pod paroma względami wyjatkowa i oryginalna. Po pierwsze fani po zakupieniu biletu mieli prawo do głosować, które z utworów chłopaki zagrają podczas koncertu. Po drugie fani mieli szansę na najlepszą miejscówkę na koncercie, z boku sceny. Były to nieliczne osoby,które wylosowano, a które parę godzin wcześniej uczestniczyły w Meet&Greet z zespołem. A co za tym idzie, dwoje z tych szczęśliwców miało możliwość zapowiedzenia określonego utworu ze sceny.
Godzina w okolicach 21:00. Z każdą minuta na stadionie atmosfera stawała się coraz bardziej gorąca. Zaczęło się skandowanie Me-ta-lli-ca! Gwizdy, krzyki i oklaski. „nooo, a gdzież oni są?!zaraz dostanę nerwicy” słyszę za plecami. Pierwsze „prawdziwe” emocje pojawiły się u mnie w czasie słynnego hitu AC/DC. Pomyślałam: „oni juz tu są!” Światła zgasły. Kilka minut po 21:00. Na ekranach pojawiło się pierwsze intro (stworzone specjalnie tylko na tę trasę) związane z głosem na ulubione kawałki fanów 'Talliki, w którym wypowiadają się muzycy. „To zestaw, którego chcieliście. To Metallica na życzenie” – tu wypowiedziane przez Larsa i Roba. W tym momencie emocje sięgneły zenitu, bo kilka sekund później pojawiło się już to „właściwe” -klasyk z „The Good The Bad and The Ugly”,to co się działo to jednym słowem – mega ciśnienie.
Kiedy odwróciłam się za siebie, cały stadion,miliony rąk w górze-publiczność dostawała kota. Ale teraz nie czas na obracanie się. Cholera, chwilę potem byli już na scenie! Na telebimie jako pierwszego zobaczyłam Larsa, mającego w zwyczaju najpierw włazić na krzesło perkusyjne. Później już „całkiem na żywo”, Kirka.
„Kurwa, oni istnieją! To ci sami legendarni goście z lat 80., którzy odwalali niezłe rzeczy, niejednego doświadczyli i przez niejedno przeszli. Wow, kurwa nie-wie-rzę!”
Na pierwszy ogień- BATTERY,następnie MASTER OF PUPPETS. Po takim otwarciu nasze apetyty jeszcze bardziej wzrosły. I w cale nie przeszkadzał w tym kolejny numer- ballada SANITARIUM. Później RIDE THE LIGHTNING. Ależ na zywo to ma moc! ryczące gitary na początku skopały tyłek po raz kolejny.
Jako nastepny utwór w setliście zagrali UNFORGIVEN. Nie sądziłam,że ten kawałek może mieć takie uderzenie. Niby ballada,ale ma w sobie siłę. Potem poleciało THE MEMORY REMAINS.Osobiście uważam go za przeciętny i nie mający miejsca u mnie na setliście marzeń, jednak trzeba przyznać,że sprawdził się kapitalnie. To bardzo dobry utwór koncertowy. Darcie się z tysiącami osób „The memory remains” jest bezcenne! I ta końcowa, trwająca 3 minuty wersja M.Faithfull wyśpiewana przez fanów. „Poland! You’re beautiful”powtórzył James nie raz. Następnie LORDS OF THE SUMMER-nowość i obowiązkowy numer na trasie.Po nim James zaprosił na scenę fana, który jak się później okazało gra w cover bandzie Metalliki „alcoholica”.-What’s your name? spytał James -My name is Wojtek”. Później James usiłował dowiedziec się skąd „Łojtek” pochodzi albo chociaż umieć powtórzyć miejscowość. Tak więc nie trzeba się domyślać, że później w krótkim dialogu obu panów było już tylko bardziej zabawnie.
-Where are you from?
-świerklaniec. Gmina Strzebrzeszyce, powiat Łękołody
…i znów banan na twarzy. Po charyzmatycznej zapowiedzi Wojtka otrzymaliśmy SAD BUT TRUE. Emocje nie do opisania, potężne brzmienie. Kolejne numery to: FADE TO BLACK (ciary i gęsia skórka), ORION(myśli skierowane głównie na osobę Cliffa i jako na tego,który wniósł wiele do zespołu), ONE(uwagę przykuła pirotechnika,świetne wizualizacje i doskonałe światło laserowe) oraz FOR WHOM THE BELL TOLLS (tu umarłam).
A teraz czas na kolejny utwór zapowiedziany przez, jak to określił Hetfield „nr 1 Polish stalker’a”. Zrobił to co do niego należało. „Dla tak wspaniałej publiczności jak wy, nie ma innej opcji, stawiam-wam-whiskey! Whiskey in the jar”! I było to chyba najlepsze whiskey w moim (i nie tylko) życiu. Przy tym numerze nogi same odrywały się od ziemi, co zreszta było widać na większości płyty. Po „Whiskey” przyszedł czas na takie szlagiey jak NOTHING ELSE MATTERS czy żywiołowy ENTER SANDMAN. oby dwa utwory bardzo lubię, ale gdy zagrali CREEPING DEATH po prostu umarłam po raz kolejny tego wieczoru- cios! Zawsze chciałam usłyszeć jak brzmi na żywo i nie zawiodłam się. Tutaj wszystko grało jak należy- soczyste brzmienie bębnów,gitar i basu. I rzecz jasna huczne wykrzykiwanie „Die!”
Przedostatni utwór to… no właśnie, Fuel,The Day thet Never Comes czy The Call of Cthulu? Apośród tych trzech, które w głosowaniu otrzymały najmniej głosów, a które jeszcze zaliczały się do polskiej listy utworów na zyczenie, należało wybrać jeden. Był to tzw. „song of the day”. Oto przed nami na telebimach wyświetliły się wyniki. James zażartował „I vote for „Fuel”, który uzyskał najmniejszą ilość glosów. Zwycięzcą okazał się „THE CALL OF CTHULU”. Zamknełam oczy i wsłuchiwałam się w muzykę,bo te nuty to coś więcej. Według mnie to muzyczny ideał piękna,więc trudno się dziwić że ten moment był magiczny. Po majstersztyku przyszedł czas na ostatni już tego wieczoru kawałek. Standardowe przemówienie Jamesa o „Metallica Family of Warsaw” poprzedziło SEEK AND DESTROY jako zamykającego ten koncert. „We’re screaming the scene in the Warsaw tonight” i tak dalej 🙂 Podczas trwającego juz kilka minut Seek…z góry zaczęły zlatywać dobrze nam znane metallikowe czarne plażowe piłki i kilka wielkich kolorowych, które absolutnie mnie rozbawiły do tego stopnia,że postanowiłam uwiecznić to na wideo. świetny pomysł z poczuciem humoru i dowód na to,że można podejść z dystansem do sprawy i uruchomić taki motyw na metalowej sztuce. Pod koniec Seek and destroy udalo mi się ze znajomymi podejść niemalże pod barierki. Oj, nie było łatwo ze względu na ścisk(to już mniejsza) jak i ludzi odpychających nas łokciami-udało się nawet zebrać opieprz.
„We love you Warsaw, Poland!” Chłopaki rozrzucili kostki dla szczęścliwców z Golden Circle tak samo jak i Lars pałeczki perkusyjne, wcześniej oczywiście spacerując energicznie po brzegach sceny i drocząc się z fanami (na nic zdały się prośby fanów po mojej prawej stronie Goldena:))
Kirk,Rob,James i Lars wyznali nam miłość, zapowiedzieli że zobaczymy się „very fucking soon”, ukłonili się raz jeszcze po czym zeszli ze sceny.
Pierwsze rzędy prawej strony GC nie prędko były chętne kierować się ku wyjściu, gdyż na scenie obok głośników spokojnie jeszcze leżały dwie metalli-piłki. Niby mała rzecz, a niejeden z nas cieszyłby się jak dzieciak.Ochroniarz był stanowczo na nie. Do podbiegającego akurat kogoś z ekipy, by sprzątnąć mikrofon ludzie wrzeszca „piłka,piłka,piłka!!”, ale facet wykazał zero reakcji. Dopiero ktoś „bustrzejszy” krzyknął „ball,ball!” Przedmiot poleciał w stronę fanów. A druga? Została 🙂 …ciekawe na jak długo
Data 11 lipca 2014 zostanie u mnie w pamięci do końca życia. Nie da się w pełni określić słowami co to był za wieczór.Można pieprzyć,że się skończyli i sprzedali,ale naprawdę nikt nie podważy ich wyjątkowości i potęgi. Koncert na Sonisphere był wspaniałą konfrontacją z częścią metalowej historii. Z resztą King ze Slayera potwierdza, że oni „miażdżą, to zawodowcy człowieku”…
