Dosłownie za moment na polskim rynku wydawniczym ukaże się druga części książki o Metallice, a mianowicie tłumaczenie amerykańskiego tytułu „Birth. School. Metallica. Death.” Będzie to tom drugi o polskim tytule: „Metallica: Prosto w czerń. 1991-2015”.
Spis treści przedstawia się następująco:
- Nie depcz mnie
- Włóczę się gdzie mogę
- Bohater dnia
- Carpe Diem Baby
- Przewróć stronę
- Szalony
- Jakiś potwór
- Połamany, poturbowany i poraniony
- To było tylko twoje życie
- Pompując krew
My mamy dziś dla Was obszerne fragmenty książki, a dokładnie z rozdziału ósmego! Zapraszamy!
Połamany, poturbowany i poraniony
Nad Istambułem zachodziło słońce, a owalne kształty godnie popadającego w ruinę stadionu Ali Sami Yen, znajdującego się w centrum tego porywającego i kompletnie chaotycznego miasta, spowijał mrok. Dwudziestu pięciu rozważnie wybranych przedstawicieli zespołowego fanklubu czeka na spotkanie z czterema członkami zespołu, który zawitał do Turcji pierwszy raz od szesnastu lat. Z reguły im bardziej popularny jest zespół, z tym mniejszą chęcią jego członkowie spotykają się z fanami. W ostatnich latach największe gwiazdy przemysłu muzycznego przejęły ohydny zwyczaj pozwalania wyłącznie nabywcom coraz to bardziej kosztownych biletów do strefy „golden circle” uściśnięcia ich dłoni i zamienienia słowa. A cena nominalna biletu „golden circle” potrafi sięgać nawet tysiąca funtów. Muzyka rockowa przestała być rozrywką dla młodzieży – teraz to sport dla bogatych.
Ale Metallica, jak zwykle, zrobiła wszystkim na przekór. Zespół nie wymaga od fanów dodatkowych kosztów za „meet ’n’ greet” poza nabyciem samego biletu na koncert. Do tego James Hetfield, Lars Ulrich, Kirk Hammett i Robert Trujillo sprawiają wrażenie, że cieszą się ze spotkań z tymi, dla których ich obecność jest kwestią najistotniejszą. We wszystkich obiektach trasy z lat 2008 i 2009 Metallica spotyka się z fanami dla samej idei spotkania.
Dziś wieczorem kwartet przyleciał dwie godziny wcześniej, prosto z Mediolanu. Za niecałą godzinę mają wejść na scenę. Betonowa zabudowa stadionu już drga od liczącego 42 tysiące osób tłumu, skandującego nazwę zespołu. Trzej Amerykanie i jeden Duńczyk zdają się nie dostrzegać ogólnego zamieszania, jakie sprawił ich przyjazd do Istambułu, a nawet jeśli dostrzegają, to nie zwracają na to uwagi. Może dlatego, że takie podniecenie, jakie udziela się w ten niedzielny wieczór, nie jest na tej trasie niczym nadzwyczajnym? Jeden z autorów niniejszej książki przygląda się tym scenom, zastanawiając się, czy rzeczywiście aż tak bardzo zaskakujące było, że na początku tej dekady trzech z czterech członków zespołu postradało rozum. W 2008 roku stadion Al Sami Yen należał do drużyny Galatasaray FC, która później przeniosła się do nowocześniejszego obiektu. Podczas meczów kibice drużyny rozwieszali sektorówki z napisem „Witajcie w piekle”, ale dziś 42 tysiące osób znalazło się w siódmym niebie. Na zapleczu organizatorzy przestrzegają harmonogramu z iście wojskową precyzją. Rozliczają się z każdej minuty, jaką Metallica spędzi na terenie obiektu. Tuż po zakończeniu koncertu grupa wykona tak zwanego „uciekiniera” – czyli każdy z muzyków wskoczy do limuzyny, która zawiezie go prosto na lotnisko jeszcze zanim pierwsza fala fanów opuści stadion (nawiasem mówiąc, przeciwieństwem „uciekiniera” jest „biegacz”, kiedy to grupa pozostaje na terenie stadionu przez jakąś godzinę po koncercie). Po wejściu na teren stadionu każdy członek zespołu udzielił jednego wywiadu zaproszonemu angielskiemu dziennikarzowi, a potem ochoczo pozował do zdjęć robionych przez Ashley Maile z „Kerrang!”. Przed wyjściem na scenę znajdą jeszcze czas na przećwiczenie Creeping Death” i „…And Justice For All”, tym razem nie w szatni drużyny futbolu amerykańskiego, ale w przyczepie ciężarówki ze sprzętem. Znajdą też czas na masaż. Ale co najważniejsze, znajdą czas dla dwudziestu pięciu czekających na nich fanów.
Na dzisiejsze spotkanie członkowie fanklubu przybyli z całego Bliskiego Wschodu, w tym z tak niespokojnych miejsc, jak: Iran, Liban, a nawet Palestyna. Jest też jeden trzydziestoparoletni irakijski Kurd. Wysoki mężczyzna, niczym napastnik NBA, jest spięty i brak mu pewności siebie. Członkowie grupy ściskają dłonie, podpisują płyty i plakaty oraz pozują do zdjęć w niebywale towarzyskiej, jak na „meet ‘n’ greet”, atmosferze. Wreszcie James Hetfield staje przed kurdyjskim fanem. Głosem pełnym powagi i podziwu fan mówi:
Jesteś moim idolem. Idolem, nie bohaterem. Lider już dawno temu nauczył się przyjmować spokojnie tak przytłaczające wyznania. Jednak ton wypowiedzi, kiedy niezobowiązująco odpowiada: „Dzięki, stary”, zdradza, że choć sam niechętnie przyjmuje takie uznanie, zdaje sobie sprawę, że dla mężczyzny, któremu właśnie ściska dłoń, to coś więcej niż zwykłe słowa.
Zażyłe relacje pomiędzy Metallicą a jej najbardziej oddanymi fanami – prawdziwymi fanatykami – pulsują z taką samą energią, co dwadzieścia pięć lat temu. To jasne, że kiedyś zespół był lepszy od swoich konkurentów, ale zarówno wtedy, jak i dziś fani kochali go nie za to, co robi, ale za to, że jest. Dlatego nie jest n a p r a w d ę istotne, przynajmniej na razie, że od wydania ostatniej płyty studyjnej minęło pięć lat, oraz że płytą tą był powszechnie wyszydzany „St. Anger”. Zupełnie jakby twórcy i fani udawali, że ten cały nieszczęśliwy etap w ogóle nigdy nie miał miejsca. Grupa prawie nie gra utworów ze swojej ostatniej płyty (w Turcji najnowsze piosenki pochodziły z „Czarnego Albumu”), a kiedy już postanowi zrobić wyjątek i zagrać coś z „St. Anger” (jak podczas wrześniowego koncertu w londyńskim O2 Arena, gdy wybrzmiał „Frantic”), James reaguje na zażenowanie fanów, przyznając: Nie ma w tym nic złego [że ktoś nie lubi tej płyty].
Wszyscy mamy swoich faworytów. W ten sposób wizerunek publiczny zespołu nie ucierpiał. Po nieco rozczarowującej trasie Summer Sanitarium 2003, obejmującej północnoamerykańskie stadiony, kolejnego roku grupa przeniosła się na amerykańskie i kanadyjskie areny hokejowe, które wyprzedała, czasami kilka wieczorów z rzędu. Na tym etapie Metallica znowu mogła robić to, na co miała ochotę. A chciała uciąć sobie drzemkę, na którą udała się pod koniec 2004 roku, nie zamierzając budzić się przez kolejne trzy lata. Przez ten czas dała zaledwie trzydzieści dwa koncerty, poza tym nie garnęła się do pracy. W 2005 roku zagrała dwukrotnie przed The Rolling Stones w SBC Park w San Francisco, a rok później pojawiła się w serialu „The Simpsons”; dała także dwa akustyczne sety w Mountain View Shoreline Amphitheatre na rzecz akcji charytatywnej Bridge School Benefit, organizowanej przez Neila Younga, wykonując między innymi przeróbkę „Brothers In Arms” Dire Straits, równie wzniosłą co oryginał.
Brak nowych nagrań i niedostatek publicznych wystąpień nie zgasiły ognia Metalliki. Wbrew zasadom komercyjnej grawitacji, jej notowania nie spadły. Zorganizowany bez wyraźnego pretekstu koncert na stadionie Wembley, 8 lipca 2007 roku (ze wsparciem komercyjnie rozczarowujących grup HIM, Mastodon i Machine Head), przyciągnął ponad 60 tysięcy widzów. Grupa zezwoliła na wykorzystanie swojej sceny na potrzeby Live Earth, 7 lipca, podczas którego wystąpili między innymi Madonna, Foo Fighters i Beastie Boys. Metallica ponownie pokazała, że nie do końca pasuje do reszty, grając te same trzy czerstwe numery, które szesnaście lat wcześniej, na starym stadionie Wembley, wybrzmiały ku pamięci Freddiego Mercury’ego. Właściwie taka jazda na jałowym biegu powinna zasygnalizować, że zespół się wypala i coraz łatwiej odebrać mu koronę Króla Metalu. Minęło już ćwierć wieku, od kiedy Metallica z d n i a n a d z i e ń sprawiła, że Iron Maiden (który nie był dużo starszy) zaczął wyglądać na zgredów, a mimo to przez ostatnie trzy lata pozwalano jej bezkarnie obijać się bez celu. W ciągu tej całej bumelantki nie pojawił się ani jeden zespół, który miałby wystarczające jaja, żeby zagrozić jej pozycji. Jeszcze raz Metallica mogła przyznać, że sprzyja jej szczęście.
Nie mam pojęcia, czemu jeszcze nie zjawił się nikt, kto mógłby nas prześcignąć – przyznaje lekko prowokacyjnie Kirk Hammett. – Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego to jeszcze nie nastąpiło. Mam jednak nadzieję, że ktoś rzuci nam wyzwanie, bo chcielibyśmy takowe podjąć. Potrzebne są nam młode zespoły, bo one są wzorem dla jeszcze młodszych ludzi, którzy potem założą własne kapele. Przez przemysł muzyczny przetacza się trzęsienie ziemi – stwierdza Hetfield i jakby jego wypowiedź nie była wystarczająco obrazowa, wyciąga ręce i gwałtownie nimi potrząsa. Niczym dziecko grające na trąbce, nadyma policzki, wydając z siebie gardłowy dźwięk osuwającej się ziemi. – Ale ten zespół jest wstrząsoodporny – przyznaje. Właśnie takich słów oczekują fani Metalliki, bo właśnie w to wierzą. Według Larsa Ulricha, który kładł podwaliny pod promocję nowego albumu, w 2003 roku Phil Towle powiedział, że dwuletnia terapia wyda swoje owoce nie na „St. Anger”, ale na kolejnym albumie.
Przy „St. Anger” mieliśmy tak bardzo otwarte głowy, że straciliśmy wyczucie – mądrze przyznał James. – Porzuciliśmy kłótnie, sarkazm i gniew na rzecz totalnego przeciwieństwa. Podejmowaliśmy każdy głupi pomysł tylko po to, żeby nie zranić czyichś uczuć. Myśleliśmy, że „St. Anger” będzie znakomity, ale raczej był naszą deklaracją niż zbiorem utworów, które lubilibyśmy grać na żywo.
Posłużył jako oczyszczenie, jako wyrzucenie z siebie tego całego gówna i katalizator następnego rozdziału. Fani na całym świecie, którzy uważali, że Metallica traci impet, zacierali w oczekiwaniu ręce. Wszystko zaczęło się układać. Grupa poszalała, przyznała się do błędów, wróciła na właściwy kurs i zdała sobie sprawę, że wzajemnej miłości i szacunku nie zdołają zburzyć okazjonalne „gwałtowne i szczere” wymiany poglądów. Wyciągnięto z tego wniosek, że Metallice znów można zaufać. Złudzenia! Kiedy doszło do podjęcia kluczowych dla grupy decyzji, jej członkowie ponownie połasili się na porady osób z zewnątrz. Turner Duckworth to posiadająca swoje siedziby w Londynie i San Francisco firma zrzeszająca konsultantów marki i projektantów. Do jej klientów należą spółki znajdujące się w pierwszej setce najbardziej dochodowych firm amerykańskich, w tym Coca-Cola, Google i Amazon, a także brytyjska sieć ekskluzywnych domów towarowych Waitrose. Jak nietrudno się domyślić, Metallicę do wielkiego świata przemysłowego bełkotu wprowadził Lars Ulrich. W 2008 roku syn Ulricha uczęszczał do tej samej szkoły, co syn Davida Turnera, jednego z założycieli spółki Turner Duckworth (drugim jest Bruce Duckworth). Turner i Ulrich rozmawiali sobie niezobowiązująco na boisku szkolnym i w ten sposób perkusista dowiedział się, czym zajmuje się rodzic kolegi jego syna.
Informacja ta pobudziła zainteresowanie Ulricha, który wyznał, że przy okazji premiery kolejnego albumu zespół (a raczej jego perkusista) nie ma ochoty stosować konwencjonalnych środków. Traktując Davida Turnera jak osobę, której najbliżej było do ich artystycznego świata, skierował rozmowę na temat: jak firma Turner Duckworth mogłaby pomóc Metallice w osiągnięciu celu. Efekty takiej współpracy postrzegano jako „całościowe”, dlatego też magazyn „Creative Review” zauważył:
„Można powiedzieć, że TD od podstaw przebudował markę Metalliki, co doprowadziło do gruntownej przemiany tożsamości zespołu”.
Zespół zaprosił Davida Turnera i Bruce’a Duckwortha do swojej siedziby w San Rafael, aby przedyskutować pomysły. Dwaj przedsiębiorcy zostali powitani przez Larsa Ulricha, a następnie zaprowadzeni do przestrzennej jadalni, gdzie czekali na nich James Hetfield, Kirk Hammett i Robert Trujillo. Cała trójka patrzyła na przybyszy z kompletną obojętnością. Nie miałem pojęcia, czy są tym w ogóle zainteresowani – wspomina Turner. – Zakładałem, że jeśli mamy zastosować jakąś zasadę brandingu, powinna to być zasada spójności. Metallica nie wyskoczyła z własnymi zasadami i nie przystawiła gościom noża do gardła – zamiast tego zachęcała przybyszy do wysunięcia własnych pomysłów. Zakomunikowano im, że utwory na album już są ukończone, ale potrzebny jest jeszcze tytuł całości. Pod uwagę brano cztery propozycje i David Turner miał zadecydować, która będzie najlepsza. Turner stwierdził, że w tym celu musi zapoznać się z tematyką tekstów, które trafią na płytę. Wszystkie oczy skierowane zostały na Jamesa Hetfielda. Po fatalnej w skutkach przygodzie z kolektywnym pisaniem tekstów na „St. Anger”, Hetfield ponownie przejął na wyłączność rolę tekściarza i jego twórczość znów czerpała z (poskromionego wprawdzie, lecz wciąż żywego) mroku spowijającego jego serce. No cóż – zaczął wyjaśniać. – Jakby ci to powiedzieć… Piosenki są o wielu różnych rzeczach. Takich jak… yyy… na przykład… ech, no dobra, piosenki traktują o śmierci.
Było jasne, że motywem przewodnim wszystkich utworów była śmierć – mówi Turner. – [Opowiadały o] stawianiu czoła śmierci, o lęku przed śmiercią i o ciekawości, którą śmierć prowokuje. Spośród czterech tytułów wybraliśmy „Death Magnetic”. Gdyby uzupełnić go odpowiednią szatą graficzną, ludzie zrozumieliby, że wszystko się ze sobą łączy. Wybraliśmy ten tytuł przez głosowanie.
Jak widzicie, książka jest napisana świetnym językiem i z całą pewnością przypadnie do gustu każdemu fanowi zespołu – polecamy!
Pamiętajcie także o naszym konkursie, w którym do wygrania aż 3 egzemplarze tego wydawnictwa. Premiera już 8 czerwca 2015 a wtedy – do księgarń marsz!





