W mającym ukazać się w sierpniu wydaniu magazynu Guitar World znajdą się wywiady z najbliższymi osobami z otoczenia ś.p. Jeffa Hannemana. Wczoraj publikowaliśmy dostępne już fragmenty z wnikliwej rozmowy z Davem Lombardo, Tomem Arayą, Kerrym Kingiem i Kathryn Hanneman, żoną Jeffa. Dziś publikujemy kolejne, w których wdowa po zmarłym gitarzyście Slayera wspomina ze szczegółami smutne okoliczności tuż po ugryzieniu go przez pająka (co do dziś pozostaje tylko przypuszczeniem), które o mało co nie zabiło Jeffa i o mało co nie doprowadziło do amputacji całej ręki. Choć skutki infekcji ostatecznie nie były tak drastyczne, okazały się wystarczające, by doprowadzić go do depresji.

Dzięki Daniel za cynk!
Kathryn Hanneman:
Jeff gościł u przyjaciela w okolicy Los Angeles. Jednego wieczoru relaksował się w jacuzzi, a jego ręka zwisała na boku, i poczuł coś jakby ugryzienie lub ukłucie. Ale oczywiście nie zastanowiło go to. Wrócił do domu jakiś tydzień później i był dość silną gorączkę, gdy przechodził przez drzwi frontowe. Nie czuł się dobrze i chciał po prostu iść na górę spać.
Zanim to zrobił, powiedział: „Kath, muszę ci coś pokazać, choć tak naprawdę nie chcę.” I wtedy zdjął koszulkę, a ja po prostu przeraziłam się, gdy zobaczyłam jego rękę. Była jasnoczerwona i trzy razy większa niż normalnie. Powiedziałam, „Jeff, musimy jechać. Musimy zabrać cię na ostry dyżur.” Ale on chciał tylko iść do łóżka i spać, a ja wiedziałam, że próbuję przemówić do rozumu bardzo nietrzeźwej osobie. Tak więc nic nie mogłam zrobić tego wieczora. Jednak następnego ranka przekonałam go, żeby go zabrać. Nie miał wiele siły, ale dałam radę doprowadzić go do auta.
Gdy dojechaliśmy do szpitala w Loma Linda, rzucili raz okiem na niego i z miejsca wiedzieli, co to było [martwicze zapalenie powięzi – red.], tak więc od razu go zabrali. Jeff powiedział mi, żebym jechała do domu, bo oboje wiedzieliśmy, że spędzi tam całe godziny, a żadne z nas nie podejrzewało, że to kwestia życia lub śmierci.
Jakieś trzy lub cztery godziny później Jeff zadzwonił i powiedział, „Kath, nie jest dobrze. Być może będą musieli amputować. Chyba musisz tutaj wrócić.” Gdy się tam znalazłam, Jeff był na noszach i czekał na operację, a lekarz przedstawił mi obraz sprawy. Powiedział, „Musi pani zobaczyć się z mężem. On może tego nie przeżyć.” Lekarz spojrzał na Jeffa i powiedział mu, „Najpierw postaram się uratować pańskie życie. Potem postaram się uratować pańską rękę. Potem postaram się uratować pańską karierę.” I gdy tak patrzyłam na Jeffa na tych noszach i mówiłam mu 'do widzenia’ wiedząc, że mogę go już nigdy nie zobaczyć… [tu przerywa na moment] …to był jeden z najtrudniejszych momentów mojego zycia.
[Jeff po operacji musiał pozostać w śpiączce farmakologicznej i oddychać przez rurę, gdyż nie był w stanie samodzielnie – doszedł do siebie dopiero po 4 dniach. Po usunięciu bandaży widok ręki zdradzał ewidentnie, że droga do pełnej sprawności nie będzie prosta.]
Nigdy tego nie zapomnę. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Mogłam jedynie zwrócić się do lekarza i spytać, „Jak do cholery to wyleczyć?” A on na to, „Pani Hanneman, bardzo się pani zdziwi.” W tym momencie miałam pełnię wiary, że ten lekarz wyleczy jego rękę.
[Kolejne tygodnie oznaczały kolejne operacje, przeszczepy skóry z jego lewego uda, klamry zamykające rany i proces rehabilitacji. Rurki odsysały infekcję, by przeszczepy mogły się przyjąć. Choć fizycznie Jeff był w dobrej formie, zaczął popadać w depresję.]
Nie mogłam zmusić Jeffa, by poszedł na rehabilitację albo terapię. Wydaje mi się, że pozwalał, by widok jego ręki zawładnął jego emocjami i to zatruwało jego umysł. Ciężko w tym momencie było już podtrzymywać go na duchu.
Sądzę, iż myślał, że poradzi z tym sobie sam – że po prostu pójdzie na próbę i zagra, i że to będzie jego rehabilitacja. Ale chyba zaczął rozumieć, gdy już spróbował ćwiczyć, że nie gra na miarę swoich możliwości i że nie mógł grać na gitarze tak szybko, jak wcześniej. I myślę, że to był dla niego silny cios i zaczął tracić nadzieję.