Jakie mogą być tego przyczyny?
1. Wiek – to chyba ta najczęściej wymieniana. O ile dla wytrenowanego głosu nie powinien mieć znaczenia (to głupi mit, że głos marnieje z wiekiem – przecież na albumie brzmi dobrze, prawda?), o tyle jego konsekwencją na pewno jest to, że niezmiennie szybkie granie męczy z każdym rokiem coraz bardziej. Z kolei szybsza utrata sił wiąże się z koniecznością ich oszczędzania, więc od początku występu nie ma rewelacji (zwróćcie uwagę np. na b. szybko kończone ostatnie wyrazy wersów, byle dać radę złapać oddech, zwłaszcza w otwierającym najczęściej, szybkostrzelnym TWJYL, co brzmi dość niedbale, bo nie jest wykończone z należytym akcentem, nie mówiąc już o mniejszym ciśnieniu i mocy) – a potem gdy i tak tych sił pomału braknie – ze zwiększonym prawdopodobieństwem popełnienia błędu. Nic więc dziwnego, że na stałe w setach goszczą po 4 ballady, co dawniej było nie do pomyślenia.
2. Wiek? – tak, po raz drugi.. Drugą konsekwencją wieku jest obniżanie się głosu. James dość naturalnie poddawał się temu procesowi – wystarczy porównać Black Album, a nawet już AJFA do wcześniejszych dokonań, albo LOAD do Black Albumu. Oczywiście to nie trwa w nieskończoność, ale jest normalne, że 30/35-letni facet nie ma głosu 20/25-latka. Na St. Anger, gdy do łask wrócił krzyk, poza wysokimi, kontrolowanymi skrzekami mieliśmy generalnie nadal niższą tonację i piękne, wcześniej niespotykane na albumach, brutalne frazy. Można? Można. Więc czemu nie ma tego na Death Magnetic? Otóż za radą Ricka Rubina chłopaki postanowili nagrać całość w tonacji z czasów Master of Puppets. Wszystko super – faktycznie z albumu i z Jamesa bije „młodsza” energia, ale w studio można zdziałać cuda, a na żywo? That Was Just Your Life, czy All Nightmare Long – tam (ale nie tylko, bo zwykle i w szybkich numerach z KEA) najczęściej James nie daje rady na koncertach. Tempo i prawie 50-letnie gardło robią swoje i nasz bohater balansuje na granicy swoich możliwości. To, co kiedyś było dla niego naturalne, dziś przychodzi mu z trudem i prędzej czy później zawsze się wyłoży na jakimś ledwo wyciąganym fragmencie. Jak mógłby temu zaradzić? Abstrahując od ew. niedociągnięć o charakterze drugoplanowym w porównianiu do siebie sprzed lat, fałsze mógłby zredukować do zera zwyczajnie śpiewając niżej całe kawałki, lub wrażliwe fragmenty. Tu go trzeba pochwalić, bo – to może tylko takie wrażenie – ale już na Bemowie jakby częście stosował to drugie. Dla przykładu druga część refrenu ANL była zupełnie inna niż oryginalna – schodziła w dół. Efekt? Wszystkim się podobało, brzmiało b. dobrze, a James praktycznie wyeliminował ryzyko kompromitującego błędu, choć niestety nie zastosował tego dość często, by ustrzec się ich całkowicie.
3. Wiek?! Ano wiek – trzecią konsekwencją starzenia się jest to, że człowiek zwyczajnie się zmienia. Czy można od 47-latka, ojca kilkorga dzieci i szczęśliwego męża (w dodatku „czystego”, a więc brak stymulantów mogących wydobyć to, co negatywne), żeby miał w sobie tyle paliwa z wysoką domieszką gniewu, co za młodu? Umówmy się – większości tych z nas, którym marzy się przygoda z muzyką, po takim czasie by się już nie chciało, pomijając już wszelkie czarne scenariusze, które mogłyby się nam przytrafić, a z których oni wyszli zwycięsko. To, że nadal jeżdżą po świecie i wyłażą na scenę dla nas, to powołanie dane nielicznym. Ale lata lecą. James dziś to supertatuś, który w domu jest „naczelnym clownem”, jak sam o sobie mówi. Cholera, on już nawet nie przeklina. Zatem – tak, to chyba jest jakiś czynnik, bo zaraz przejdziemy do następnego, który – gdyby nie zaistniał – mógłby dać mu większego powera, ale bez nastawienia i najlepsza technika na nic. Mógłby śpiewać bezbłędnie, ale czy na powrót agresywnie? Czy to jeszcze leży w jego naturze?
4. Niedouczenie – można śpiewać całe życie, ale jeśli robiło się to cały czas źle, czy też nie do końca dobrze, to złe nawyki pozostają, a wyzwania zamiast maleć, potęgują się. Jamesowi brak wokalnego treningu uchodził płazem do wspomnianego „wypadku”. Co tu dużo gadać – darcie mordy ma w genach po matce. Świetny głos i wrodzone wyczucie dawały b. zadowalające efekty, ale krzyk rządzi się swoimi prawami i z połączenia intensywnej trasy i niedbałości o siebie musiało wyjść, co wyszło. Stety lub nie, skutkiem tego (kto wie, czy nie podpuszczony przez nauczyciela, bowiem mało który wtedy akceptował takie techniki wokalne) James po prostu przestał krzyczeć. Dziś nietrudno o profesjonalne materiały szkoleniowe, dzięki którym można nauczyć się wrzeszczeć godzinami bez większych problemów (uszkodzenia są zawsze, sztuka polega na ich minimalizacji i kontroli), ale wtedy nie było tak różowo. Demony nieuctwa powracają dziś, gdy James rzuca się z motyką na słońce – chce uzyskać dawne efekty w tonacji jak za młodu, a nie do końca potrafi zapanować nad tym wszystkim, zwłaszcza że tempo jest z każdym rokiem coraz bardziej nieubłagane.
Inna sprawa to to, że w ogóle trochę mija się z celem aranżowanie wokali stworzonych z myślą o krzyku na śpiew klasyczny. Pomijamy tu różne egzotyczne covery. Można wszystko, tylko nie ma się co dziwić, że brakuje kopa. O ile adaptacje na S&M mają swój urok – można je kochać, lub nienawidzić – o tyle dziś daleko Jamesowi i do tego, no i na żywo nie da się nanieść poprawek na nagranie. Na zasadzie przeciwieństwa można to porównać do krzyczenia utworów Celine Dion. Są bodaj jakieś rockowe covery jej kawałków, ale generalnie krzyk to nie jest technika do wyrażania prezentowanych przez nią emocji. Albo gdyby „Mama Said”, czy „Nothing Else Matters” były wrzeszczane. Nihuyah. Może być fajnie, ale jak No Remorse, to żadnych skrupułów, a nie syreni śpiew…
Śmiesznie więc czasem brzmi kontrast, gdy z rysującym się na twarzy bólem wymusi jakiś wyższy fragment i nagle rzuci soczystym, niskim „chuj”, co nadal mu równie fajnie wychodzi. A przecież mógłby tak cały czas… Mógłby wyciągać rzeczy z łatwością i z pazurem, i w dowolnym tempie, bo to nie kwestia sił, ale techniki. Im lepsza, tym mniej sił potrzeba. Pytanie, czy stary pies będzie chciał się nauczyć nowych sztuczek. To naprawdę łatwe. Taki wyga migiem opanowałby rady, z jakich korzystają dzisiejsi wokaliści z Lamb of God, czy Avenged Sevenfold. Nie tylko łatwiej wszystko by mu przychodziło, ale i wydobyłby z siebie więcej diabła. Może więc wyślemy mu w prezencie np. DVD pt. „Zen of Screaming” pani Melissy Cross? 100% gwarancji, że po miesiącu brzmiał i śpiewałby lepiej. Każdy kto poświęcił temu czas – od amatorów po profesjonalistów – to potwierdził. Ale to są zaawansowane porady i ćwiczenia od zawodowca z branży, a nie jakiegoś bliżej nieokreślonego nauczyciela sprzed 20 lat i jego kasety magnetofonowej.
5. Tempo – to słowo padło już wcześniej. Zauważyliście, że i tak szybkie kawałki jak np. Creeping Death, czy Blackened (i cała reszta tak naprawdę z balladami włącznie) grane są jakieś 10-20% szybciej? Nie wiadomo, czy to konieczne, bo przecież nie tak je nagrali i są zajebiste w tempie, jakie dała fabryka, lecz Jamesowi na pewno to nie pomaga. Momentami wcale nie ma się co dziwić, że nie wykańcza wersów, bo czasem wydaje się nie mieć miejsca nawet na najkrótszy oddech. On tam walczy o życie, a nie o nasze względy.
6. Trasa – im dalej, tym gorzej. Taką prawidłowość widać. Ewidentne zmęczenie materiału z czasem, ALE.. Przecież robią sobie co rusz po 2 tygodnie przerwy! To naprawdę dużo czasu. Dla bardzo zużytego gardła zwykle wystarczy dzień, dwa milczenia i jest dobrze. Dla ciała i ducha z kolei – nie wątpimy chyba, że stać go na rozrywki, które pozwolą mu się zrelaksować do znudzenia. Więc? Żadna wymówka, może kiedyś, ale nie dziś – kłania się znów brak techniki. Najlepsi w ogóle się nie wysilają, grają dzień w dzień i brzmią jak pieprzone tyranozaury.
7. Używki – przecież James nie pali i nie pije! No właśnie. Kiedyś cygarka i chlanie było normalką. Używki swoje ze strunami robią i nie jest to nic dobrego, ale niektórzy ten argument podnoszą pół-żartem (bo przecież odkąd „zmądrzał” zaczęły się te problemy), że właśnie ich brak ma tu coś do rzeczy. W sumie weźmy taką Janis Joplin… ale to raczej długoterminowe skutki. Odstawienie nie przywraca nagle słabszej barwy, choć na przestrzeni lat na pewno znikną ew. uszkodzenia i podrażenia, które mogłby dawać trochę „przesteru”. Na upartego można stwierdzić, że skoro doktorem wokalistyki nie jest, to z braku piwa może mu brakować potrzebnego do pełnej kontroli nad głosem luzu. Fakt jest taki, że jedno piwo rozluźnia jak najlepsza rozgrzewka, choć zimne i gazowane tuż przed niemal uniemożliwia poprawną emisję głosu, ale oni kiedyś przecież walili browar od rana, więc zawsze „był w nastroju”. Jeśli dziś zastąpił je mlekiem, albo sokami 100%, to jeszcze gorzej dla jego gardła. Brak luzu zatem i tłuszcz / kwasy cytrusowe – to może być to, ale bądźmy poważni – to raczej znów wina techniki, nie niedoboru piwa.
8. Mikrofon – w zajawce padło stwierdzenie, że to „zdradliwa zabawka”. Być może zwróciliście uwagę, że reszta Wielkiej Czwórki korzystała z mikrofonów dynamicznych, podczas gdy James ma pojemnościowy. Wynika to prawdopodobnie z faktu nagrywania „livemetek”, pojemnościowe mikrofony bowiem lepiej zbierają dźwięk. Skutek uboczny jest jednak taki, że najmniejszy nawet błąd się nie ukryje, dlatego na scenę zaleca się je tylko wokalistom najwyższych lotów i do utworów, w których detale wokalne (najmniejszy mlask, szept, duża gra aktorska, etc.) odgrywają istotną rolę, czyli np. są dobre dla artystów takich jak(pierwsi z brzegu): Sarah McLachlan, Michael Buble, Katie Melua, itp. Rock / metal na scenie był zawsze domeną mikrofonów dynamicznych, które wiele wybaczają, a tak to my musimy tę cechę opanowywać. OK, jak się okazuje James na scenie używa jednak mikrofonu dynamicznego (a kiedyś właśnie używał pojemnościówki, co zostało zmienione prawdopodobnie z uwagi na jego obecną formę – dzięki za info Robert!), co nie zmienia faktu, że inne wrażenie mamy na żywo (echo, publika, basy i reszta + różowe okul.. ekhem, nauszniki), a inne, gdy w domowym zaciszu słuchamy tego, co „usłyszał” sam mikrofon i w zasadzie problem pozostaje ten sam: uwypuklenie wszystkich niedociągnięć, których pod sceną w większości nie zauważamy, a które w studio są eliminowane drogą wielu prób. Na szczęście nie ma jeszcze katastrofy ala Enrique:
httpvh://www.youtube.com/watch?v=flvC3Uokdtw
(szwedzki narrator mówi na początku: „dowód na to, że opakowanie jest często ważniejsze od zawartości”)
9. James to gitarzysta – facet śpiewa dłużej, niż większość z nas chodzi po świecie, ale czy to czyni z niego wokalistę na 100%? Czy jest jak Bruce Dickinson? Albo Dio? Oni pokazali, że można mimo wieku, ale oni robią(li) to na scenie całymi sobą. Nie grają(li) jednocześnie na niczym. Ci dwaj akurat śpiewają klasycznie, ale nie brak krzykaczy jak np. Phil Anselmo, którzy – choć mają zapędy kompozytorskie, czy instrumentalne – na scenie są od jednego i to tym zyskali sobie sławę i wpisali się do historii, nie zaś graniem, czy tworzeniem legendarnych riffów. Ciężko więc powiedzieć, w jakich proporcjach James jest kim, czy to 50:50, czy 30:70. Wiemy jednak, jak kocha tworzyć nową muzykę, jak nie może się doczekać, by znów wejść do studia, jaka to z niego maszyna do robienia riffów. Podczas, gdy muzykę tworzą cały czas, za wokal i teksty zabierają się dopiero pod koniec procesu. Wokal do podkładu, nie odwrotnie. Czy słyszeliśmy kiedyś, aby James wymyślił jakąś świetną linię wokalu, w zw. z czym musieli dorobić do tego muzykę? Nie słyszymy też, by James jakoś specjalnie się rozwijał. Znów – ma jakąś tam kasetę z rozgrzewką i ciągle bazuje na uzyskanej kiedyś tam podstawowej wiedzy, a chciałoby się, by miał do tego podejście niczym Rob do gry na basie…
Późno już i czas to pomału publikować, więc odpuszczamy dalsze rozmyślania – teraz Wasza kolej. Piszcie, co o tym myślicie i czy widzicie jeszcze jakieś powody? I rzecz jasna – z jakiego okresu wokal Jamesa pasował Wam najbardziej?
Na koniec terapia śmiechowo-szokowa dla tych, którzy narzekają na dzisiejszy wokal Jamesa szczególnie mocno… pamiętajcie: zawsze mogło być gorzej! Poniżej aktualne wideo z podkładem baaardzo wczesnego Hit The Lights, gdzie pod koniec dla porównania wchodzi obecny wokal. Sami zobaczcie:
httpvh://www.youtube.com/watch?v=sLd6tBqtvy0
I co? Naprawdę jest dziś tak źle? 😉
Aktualizacja 2013:
10. Hetfield przyznał niedawno na swoim Instagramie, że aktualnie „pracuje nad swoim wokalem” – z kim i jak? – nie wiadomo.
W 2012r. podczas trasy świętującej 20-lecie Black Albumu słychać było trochę niespodziewany, ale ewidentny jego powrót do formy. Niski, zachrypnięty wokal przez cały koncert! To szczęście spotkało również polskich fanów na ubiegłorocznym Sonisphere w Warszawie. Wszystko wydawało się super aż do występu na pierwszym festiwalu Orion Music + More, kiedy to James pierwszego dnia dał świetny występ, ale już drugiego, gdy wykonywali cały album „Ride The Lightning”, była katastrofa. To znaczy po prostu tyle, że używana przez niego z tak świetnym skutkiem technika najwyraźniej nie była najlepsza, ponieważ nazajutrz gardło miał zwyczajnie zdarte (a dobra technika nie powinna pozostawiać tak dużych zniszczeń) i co rusz wracały stare nawyki. Problem ten zaczął eskalować w kolejnych miesiącach, w tym podczas nagrań do filmu „Through The Never”. Skończyło się na tym, że wokale (i nie tylko) zostały na potrzeby kinowej realizacji dość mocno poprawione w studio (poza autotune podejrzewamy również overduby). W tym roku ćwiczenia na szczęście jednak popłacają. James jeszcze nie ryczy cały czas tak jak próbował to zrobić wiosną/latem w 2012r., ale nie skrzeczy, nie piszczy, nie fałszuje, nie traci oddechu, nie kontrastuje technik i nie wachluje nimi co wers, i nie popełnia szeregu innych gaf, jakie towarzyszyły mu od mniej więcej 2004r., czyli od wytrzeźwienia. Słychać, że ma pełną kontrolę nad tym co robi, nawet w najtrudniejszych partiach. Jednym z najlepszych dowodów na to jest występ-niespodzianka, jaki Metallica dała na tegorocznym festiwalu Orion, wykonując cały album „Kill’Em All”, którego materiał śpiewany w wyższych rejestrach jeszcze niedawno był piętą achillesową nie najmłodszego już Jamesa. Teraz pozostaje już tylko czekać na nową płytę, ale przede wszystkim na promującą ją później trasę.
ominęło to również Jamesa, który – choć z gitarą radzi sobie jak zawsze świetnie – z głosem już jakby mniej. Ktokolwiek słuchał choćby
nagrania z niedawnego koncertu z Bemowa, ten wie, o co chodzi. Tego często nie słychać na samych koncertach, ale mikrofon pojemnościowy
to zdradliwa zabawka i w nagraniach z koncertów nic nam nie ucieknie. Sprawdźmy więc jak głos Jamesa zmieniał się w kolejnych „erach”
istnienia zespołu i zastanówmy się nad przyczynami pogarszającego się stanu rzeczy.