Zapraszamy do obejrzenia wywiadu z Jamesem zarejestrowanego 25 lipca w Sofii. Co prawda zamieściliśmy tłumaczenie, jednak zachęcamy też do obejrzenia wideo i zwrócenia uwagi na to, jak pozytywnie nakręcony jest frontman Metalliki.
Uważam, że to jest dar – dla mnie – móc pisać muzykę, komunikować się w ten sposób. Myślę, że bez tego…miałbym kłopot. Byłbym gdzie indziej, coś jakby „Wypuśćcie mnie”. (śmieje sie naśladując trzymanie za kraty więzienne).
Rzucamy w siebie energią. Szczególnie na scenie – pierwsza minuta pobytu na niej – energia jest tak olbrzymia, wyższy poziom świadomości. Wymiana energii z publicznością – ale nie w sposób agresywny. Podobnie dzieje się w studio. Masz pomysł – rzucasz nim w kogoś – a on w ciebie – i w ten sposób pomysł rozwija się, nie możesz uwierzyć że to wzięło się z niczego. To musiało skądś przyjść i jesteśmy wdzięczni za ten dar. Z jakiegoś powodu nasza czwórka natrafiła na siebie i gra razem. Myślę, że indywidualnie, każdy na swoim, jesteśmy OK. Dobry muzyk, dobry wokalista, niezły perkusista, ale gdy zebrać nas razem, to jest coś, to dzieje się coś magicznego.
Szukałem tego przez całe życie, szukałem jakiejś rodziny. Myślę, że pięknem Metalliki jest szczerość obecna przy wspólnym pisaniu. Gdy piszemy, nasze strachy – najgłębsze i najmroczniejsze obawy…i gdy ktoś boi się czegoś, i napisze o tym, a druga osoba o tym usłyszy, to jest to pocieszające dla tego pierwszego – „Nie jestem jedyny”.
Każdy kraj, który odwiedzamy, myśli, że ma Metallikę na własność – „Oni są nasi”. I to jest wspaniałe uczucie, bo nieważne gdzie się wybierzemy, czujemy się jak w domu.

Some Kind of Monster…To nie był najlepszy film. To dobry film, ale widziałem go tylko dwa razy, i to mi wystarczy. Film mógłby być zatytułowany „Prawie” – nie wiem co to ma znaczyć – „Prawie umarł”, „Prawie szczęśliwy”, „Prawie nagrał najlepszy album w historii”, „Prawie zadowolony”.
Jestem przyjazny, czasami nie…Nie jestem zbyt dobry w słuchaniu. Trochę samolubny. Upewniam się, że dostaję to, czego potrzebuję, także w Metallice. Jesteś w trasie, jeśli pierwszy nie weźmiesz ręcznika, to go w ogóle nie dostaniesz. A jedzenie? Zachowujemy się jak zwierzęta. Niee, ja nie biorę prysznica. Przeważnie pod prysznicem robię rozgrzewkę wokalną. Na trasie jestem z rodziną, trójką dzieci. Mój ośmioletni syn – ciężko go namówić na wzięcie prysznica – gdy już tam się znajdzie, to zostaje na godzinę, śpiewa tam i śpiewa. Wspaniale jest to słyszeć. On nie ma pojęcia że my go podsłuchujemy.
[Nowy album] jest mroczny, ale nie cały czas. Jest tam poczucie nadziei, wiara w człowieka.
St.Anger to moment oczyszczający, zamykający pewien rozdział. Nowy basiasta, nowy producent, nowe nastawienie do życia. Wiedzieliśmy, że chcemy pracować z innym producentem, nie wiedzieliśmy z kim. W czasie St.Anger mieliśmy wszystkich wokół siebie – terapeutę, producenta, management. Tym razem pracowaliśmy sami, nie było producenta który by dzwonił i sprawdzał, czy pracujemy. Myślę, że to była bardzo dobra rzecz – nagrywać samemu, wziąć na siebie więcej odpowiedzialności za całość.

To, że mamy pieniądze, pozwoliło nam na zatrudnienie terapeuty, który nam pomógł. Gdybyśmy nie mieli tamtej pomocy, może by nas tu nie było. Dużo zarobionych pieniędzy zainwestowaliśmy z powrotem w zespół – np. przybycie tutaj samolotem czarterowym. Nie przyjeżdżamy autobusem, więc jesteśmy świeży. Udzielam tego wywiadu i czuję się z tym dobrze. Więc mamy przykład dobrze zainwestowanych pieniędzy. Jeśli chodzi o sławę, to zależy to od własnego nastawienia – można stać się więźniem własnej sławy, a możesz dzięki temu zyskać nowych przyjaciół. W moim przypadku mają miejsce oba te czynniki, zależy to od dnia. Co tam jeszcze wspomnieliście? Pieniądze, sława, i co? Aaaa, muzyka! Eee, zapomnijcie…Oczywiście, muzyka. Muzyka jest powodem, dla którego tu jesteśmy. Nie ma nic lepszego od grania. Przebywanie w studio, granie, nagrywanie – cały czas myślimy o dniu, gdy zagramy to na koncercie.
Graliśmy razem z Suicidal Tendencies. Gdyby wtedy ktoś nam powiedział „Ten koleś za 12 lat będzie waszym basistą”, powiedzielibyśmy „Taa, jasne”. Niemożliwe, patrząc na jego osobowość i współpracę z Mikiem Muirem. Nigdy nie wiesz, co się przytrafi w życiu. Jest bardzo wyluzowany, pewny siebie, swobodny. On i Kirk są bardzo dobrzy w pozostawaniu na tylnym siedzeniu, podczas gdy Lars i ja prowadzimy, dokądkolwiek nas poniesie. Zaufanie temu procesowi wymaga pewnego rodzaju osobowości. Jego umiejętności, przyjacielskość, pęd do coraz lepszej gry – ćwiczy cały czas, do 3 nad ranem, bierze lekcje śpiewu, gra flamenco.
Mieliśmy 28 piosenek, zredukowaliśmy do 14, potem do 10. Więc są inne utwory, które pojawią się w którymś momencie.