OK. W ostatnim czasie trafiło mi się kilka sytuacji, z których wypłynął temat porównania jakości nowych, zremasterowanych winyli wydawanych ostatnio przez Metallikę (dostępnych w MetStore, masowo w Empikach, MediaMarktach, czy dla MetClubu itd.) do pierwszych, lub nieco nowszych, ale mimo wszystko dawnych wydań, dostępnych już tylko z drugiej ręki (eBay, Allegro, etc.), choć jak najbardziej do dostania w przyzwoitym, jeśli nie „miętowym” stanie. Ponieważ zbliżają się święta, pomyślałem że to dobra okazja, by jednych przestrzec przed najzwyczajniejszym w świecie marketingiem i marnowaniem pieniędzy na coś, co się tylko ładnie nazywa, a drugich ogólnie zachęcić do słuchania Metalliki z winyli – może to dobry czas zacząć przygodę z czarnymi krążkami? Nieco mniej lub bardziej luźnych myśli w temacie.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=QeKLQpe3oh0
Dlaczego winyl?
Mitem jest, że winyl prezentuje lepszą jakość nagrania niż CD. To po prostu da się zmierzyć – jakość dźwieku analogowego i cyfrowego jest taka sama. ALE…
1) Winyle dają wyjątkowy klimat. Brzmienie cechuje cię tzw. „ciepłem”. Ciężko to opisać, dźwięk jest po prostu bardziej „przytulny”, nie atakuje nas. Słychać to dobrze w powyższym Orionie. Można to porównać do różnicy wysokiej jakości zdjęć z kliszy i cyfrowych, jeśli ktoś miał styczność. Na pozór to samo, a jednak ma to swój specyficzny, analogowy urok. Do tego duża, robiąca wrażenie, pachnąca okładka. Gruba, papierowa, żadnego pękającego i skrzypiącego plastiku. Ma się wrażenie, że trzyma się w ręku przedmiot szczególny, ekskluzywny, a nie masowo wytłaczany i drukowany produkt. Namiastką tego może być porównanie wśród samych CD – digipacków i płyt z serii „polska cena”. To CD i to CD, a jednak zupełnie nie to samo, prawda? Innymi słowy – jest powód, dla którego winyle są droższe. Warto dopłacić, jeśli traktuje się słuchanie muzyki serio i chce się nim delektować w pełni, a nie tylko wałkować marne mp3 w losowej kolejności na kiepskich słuchawkach, lub jamnikach, czy CD z wieży z promocji bez VATu. No i to delikatne trzeszczenie, lub odgłos ciszy.. Czarująca jest też sama obsługa gramofonu – igła, wirujący talerz – ciężko oderwać wzrok. Umieszczanie w nim płyty to mała ceremonia. Przy okazji pozbawieni jesteśmy funkcji łatwego skakania po utworach, co sprawia, że słuchamy płyty od początku do końca, jak Bóg przykazał – siadamy z tyłkiem i słuchamy, co artysta ma do powiedzenia – nie urządzamy listy przebojów „mimouchem” do kotleta, spaceru na uczelnię, czy grania w Call of Duty. Doświadczamy muzyki w pełni sam na sam z Metalliką. Jak coś robić, to do końca i z klasą.
httpv://www.youtube.com/watch?v=duXHZ2J8OT8
2) Winyle są „tró” – taka prawda.. w tym wypadku.. Choć CD ujrzało światło dzienne mniej więcej na równi z Metalliką, na dobrą sprawę dopiero od „…Justice” kompakty zaczęły doganiać czarne krążki, by kilka lat później dorównać ilości wydań analogowych przy okazji „Black Albumu”, a dopiero w dalszej kolejności wypierać je w erze Loadów i później. Metallica wychowała się na winylach i przede wszystkim na nich wydawała swoje pierwsze dzieła. Poza omówionymi w pkt. 1) aspektami wynikającymi z charakterysytki obu nośników i ich użytkowania, konkretnie w przypadku Metalliki, zespołu z 30-letnim stażem, by poczuć oryginalny klimat w 100%, należy słuchać tego w ten sam sposób, jaki niegdyś robił na ludziach największe wrażenie (nie bez powodu, ale o tym zaraz) – wrażenie, którym zespół zaskarbił sobie miliony fanów i dotarł na szczyt. Ani CD, a już zwłaszcza mp3, nie oddadzą tych impresji. Być może co innego w przypadku Black Albumu, LOAD / Re-load i później, gdy zespół wkraczał w świat mainstreamu z nowym brzmieniem, ale na pewno nie wcześniej.
httpv://www.youtube.com/watch?v=juBz8723JlM
Paradoksalnie, najbardziej zachęcającym do zakupu gramofonu jest chyba samo „Death Magnetic”. Znacie historię ze spieprzonym dźwiękiem, które było przedmiotem żartów, a któremu niegdyś Lars zaprzeczał (w przeciwieństwie do Kirka), by dopiero niedawno przyznać, że w istocie nie wyszło najlepiej. To jednak nie dotyczy wydania 5LP Deluxe Vinyl – co prawda opiera się ono o ten sam mix, co CD (nie ten z Guitar Hero jeszcze sprzed skaszanienia), jednak z uwagi na podwójny zakres głośności nośnika niektóre kawałki są wręcz nie do poznania. Można odnieść wrażenie, że to nie ten sam uszkodzony zestaw. Zamiast dwuwymiarowego, plastikowego grania wszędzie słychać bas, nie ma ściany dźwięku, nie ma clippingu i znaczniej ilości zniekształceń, wszystko jest klarowniejsze, a jednoczesnie nadal ma tego zamierzonego kopa (którego wersja z G:H jest raczej pozbawiona). Niestety brak w necie nagrań, a we wklejonym poniżej, jedynym na YouTube (z DM) The Day That Never Comes akurat różnicę czuć najmniej. Co innego All Nightmare Long np. – zupełnie bez porównania w stosunku do CD.
httpv://www.youtube.com/watch?v=3nx4EhxXHpQ
Reasumując:
Nie bez powodu winyle cieszą się coraz większą popularnością, niczym powracające do łask klasyczne brzytwy zamiast elektrycznych shaverów, czy Machów 3, których kolejne numerki oznaczają chyba to, ile razy trzeba w jednym miejscu przejechać, żeby faktycznie się ogolić. Na winylu wydają również młode zespoły jak Mastodon, Protest The Hero i in. Oni dobrze wiedzą, o co chodzi.
Gramofon, jakiś starszy Telefunken, czy Thorens, czy cokolwiek, to wydatek rzędu 200-400,- (można i na USB jakiś nowy, ale chyba nie o to chodzi). Do tego jakiś wzmachol za kolejne tyle, jakieś fajnie grające kolumny i Steve Jobs ze swoim iPodem (ostatecznie pewnie ten sam, lub zbliżony koszt), czy inny producent może Was pocałować…
Zobaczcie, jak się fajnie kręci!
A teraz do sedna dla tych, którzy już kumają bazę.
Oryginał vs. Remaster
Najnowsze winylowe wydania Metalliki – te wszystkie kolorowe, MetClubowe, limitowane, jak i ogólnodostępne reedycje wdrażane od 2008r. (aktualnie do Reload włącznie):
1) Do najtańszych nie należą, o nie!
2) Reklamowane są jako zremasterowane z myślą o audiofilskiej jakości
Gdyby były ze 2x tańsze – czemu nie, fajna sprawa, zwłaszcza dla początkujących, którzy niekoniecznie chcą wydawać nie wiadomo ile i niekoniecznie muszą mieć wprawę w polowaniu na dorodne i dojrzałe okazy, bo te nowe po prostu leżą na półkach, lub są do zamówienia z dostawą do domu w co drugim sklepie muzycznym. Przy faktycznym stanie cen należy się jednak zastanowić, czy rzeczywiście warto. I tu w grę wchodzi pkt. 2). Chyba nawet laik poczuje różnicę. Poniższe dwa nagrania obrazują kontrast między pierwszymi wydaniami Ride The Lightning, a tymi, które ostatnio wypuścił Warner Bros:
httpv://www.youtube.com/watch?v=MqG00Fa9YsE
httpv://www.youtube.com/watch?v=1a8DEY8mGnk
Nie chodzi o robienie jakiejś niebywałej, eksperckiej analizy. Kilka faktów, które narzucają się same i które w opinii 95% słuchaczy faworyzują oryginały:
1) O dziwo – są głośniejsze.
2) Mają większego „kopa„, co chyba najlepiej słychać w brzmieniu perkusji. Poza tym w w/w przypadku gitary zostały w całości sprowadzone do standardowej tonacji E, podczas gdy oryginalnie były nagrane nieco ostrzej.
3) Nie są tak dziwnie wytłumione – są wyraźniejsze, bogatsze. Tutaj należy się na chwilę zatrzymać, okazuje się bowiem, że ten efekt jest celowy, i – o ironio – nastawiony został na uzyskanie lepszego brzmienia na niskiej jakości słuchawkach i standardowych głośnikach PC, w przypadku których faktycznie mogą prezentować się lepiej z uwagi na więcej basu i „ciepła”, tylko… KTO SŁUCHA WINYLI NA CZYMŚ TAKIM? Byłem w posiadaniu wersji deluxe Master of Puppets i niestety.. W ogóle się nie sprawdził ani na wysokiej, ani na relatywnie niskiej (choć bijącej na głowę komputerowe głośniki itd.) jakości sprzęcie. Brzmi jakby zaszyć się z oryginałem pod kołdrą i tam słuchać.
httpv://www.youtube.com/watch?v=AiplAUDZ5vM
Tak więc.. nawet mimo zastosowania drogiej i rzadkiej technologii half-speed w wydaniach 45rpm deluxe, możemy się mocno rozczarować, ponieważ nowoużyte filtry, EQ itd. po prostu zaduszają ten wyjątkowy mikroklimat. Dość dobrze obrazuje to poniższe porównanie ścieżek z Ride The Lightning (kliknąć, żeby otworzyć duże):
Od razu widać, gdzie jest czego więcej.
Inne porównanie remasterów z kolei dotyczy Am I Evil? ze starego i nowego (nie najnowszego, ale któregoś tam z kolei) Kill’Em All. Tu nawet nie musicie powiększać, choć można:
Oryginał:
Remaster:
Zabieg jest jasny i choć odwrotny, to równie fatalny: Elektra w tym wypadku wdała się w wojnę głośności i krótko mówiąc zdewastowała brzmienie nagrania. Ciężko powiedzieć, czy wdarł się tu jakiś clipping, ale na pewno zabito urok winyla chcąc, by brzmiał jak CD w samochodzie.
httpv://www.youtube.com/watch?v=174Rp2pk624
Reasumując:
Gramofon i winyl Metalliki to najlepszy prezent, jaki możecie sobie sprawić.
Wystrzegajcie się jednak remasterów, bo każdy z nich ma coś za uszami. Wydawane są po to, żeby metclubbersom było ciepło w plecy i żeby zarobić więcej, gdy skończą się normalne wydania, bo o wzroście jakości nie ma mowy, wręcz przeciwnie. Lepsza używka, która widziała, jak tworzyła się historia, nawet w średnim stanie. Nota bene tyczy się to w zasadzie wszystkich kapel, jak i remasterów na CD. A jeśli winyl, to najlepiej 180 gram, 45rpm i jeszcze Direct Metal Mastered (DMM) – jeśli są.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=mGLLIqcZ4Yo


