„Darkness In The Light” to najnowszy album Unearth, który swoją premierę miał 5 czerwca. Płyty w całości wysłuchać na stronie AltPress.com.
Tracklista:
01. Watch It Burn (4:06)
02. Ruination Of The Lost (3:35)
03. Shadows Of The Light (3:45)
04. Eyes Of Black (3:53)
05. Last Wish (3:06)
06. Arise The War Cry (3:55)
07. Equinox (2:58)
08. Coming Of The Dark (3:07)
09. The Fallen (3:35)
10. Overcome (3:11)
11. Disillusion (3:37)
Pod tym adresem zaś znajdziecie interesujący wywiad z Trevorem Philipsem – wokalistą i współzałożycielem kapeli autorstwa Tomka – naszego czytelnika, w którym dowiecie się o początkach zespołu, zbliżającym się tournee, nowym albumie i… polskich akcentach w bostońskim metalu. Wewnątrz pierwsze trzy pytania na posmakę.

Kiedy Ken Susi (gitara, wokal wspierający), Buz McGrath (gitara) i Ty spotkaliście się w 1998 – czy miałeś wrażenie, że to początek długiej i ciekawej kariery?
TP: To nie był pierwszy raz, kiedy nasze drogi się zetknęły: wcześniej graliśmy ze sobą w innych zespołach. Ale mieliśmy wtedy po 20 lat i czuliśmy, że z Unearth może nam się udać, nie wiedzieliśmy tylko jak długo może to potrwać. Na początku nie zakładaliśmy sobie żadnych wielkich planów poza jedną rzeczą: kreować utwory o tym, co interesuje tylko i wyłącznie nas samych i mieć nadzieję, że inni się z tym utożsamią. Chcieliśmy też pozostać wierni nurtowi niekomercyjnemu i to naprawdy niesamowite, że 13 lat później dalej tak właśnie jest. Kapele pojawiały się i znikały, a my cały czas mamy się dobrze i tworzymy coraz lepsze rzeczy.
13 lat tras koncertowych, występów, nagrywania w studio. Dasz radę podsumować to jednym słowem?
TP: Będzie ciężko, ale spróbuję. Spełnienie marzeń? Wiem, że to nie jedno słowo i że brzmi banalnie, ale tak naprawdę jest. Bo o tym, co teraz robimy marzyliśmy od dziecka. Nie jesteśmy co prawda bogaci, nie mamy statusu wielkich rockowych gwiazd, ale to jest nasza wymarzona praca i naprawdę lubimy wszystko co jest z tym związane: koncerty, nagrania, tournee itp.
Jakie były najcięższe momenty?
TP: Wiadomo, że znajdą się takie, dlatego trzeba być „gruboskórnym” i gotowym na wszystko. Mieliśmy w historii parę fatalnych występów, kilka innych koncertów zostało z różnych powodów odwołanych. No i permanentne kłopoty ze znalezieniem odpowiedniego perkusisty. Czasem wydaje ci się, że lepiej byłoby mieć zwyczajną pracę od 9-17, ale zazwyczaj dobre momenty przesłaniają te chwile zwątpień. Zdecydowanie najgorsza rzecz przydarzyła nam się w 2001. Byliśmy akurat w trakcie naszego pierwszego w karierze dłuższego tournee: w 12 dni z Bostonu na Florydę z przystankami. Jeden z nich przypadł na Ft. Lauderdale na Florydzie, w miejscu, które delikatnie można nazwać „slamsem”. Było bardzo gorąco, więc między utworami skoczyłem do busa po nową koszulkę. Stanąłem jak wryty, kiedy zobaczyłem zbitą szybę i mnóstwo krwi w środku. Ktoś nas obrobił, więc zaraz zadzwoniłem po gliniarzy. W międzyczasie podszedł do nas jakiś chłopak i mówi: „Wiem kto to zrobił”. Policja bez problemu schwytała złodzieja, ale kiedy siedział on już w celi powiedziano nam: „Mamy dla was dobrą i złą wiadomość. Odzyskaliśmy wasze rzeczy – to ta dobra nowina. Zła jest jednak taka, że ten co was okradł jest nieuleczalnie chory na AIDS.” Szok! Przeraziliśmy się, bo wiedzieliśmy że z AIDS nie ma przelewek. Ale mimo wszystko puściliśmy mu to wszystko płazem. Wiedzieliśmy, że jego dni są policzone, więc zapomnieliśmy o skradzionych rzeczach i nawet nie obciążyliśmy go żadnym oskarżeniem. A busa musieliśmy sami czyścić chlorem, w gumowych rękawiczkach. Okno zakleiliśmy taśmą, żeby nie padało do środka i wróciliśmy na trasę. Sporo nas to jednak wszystko kosztowało i nie mówię tu tylko i wyłącznie o wrażeniach.
A najbardziej przyjemny moment?