Koncert w czeskiej Pradze zapisze się złotymi literami w historii moich koncertowych przygód, z co najmniej kilku powodów. Zwiedzanie miasta ze znajomymi oraz posiadanie ciekawych informacji może nas zawieść czasem w niespodziewane miejsca, prowadzące do niecodziennych sytuacji. O tym, co konkretnie mam na myśli, przeczytacie w dalszej części tej relacji.
Bilet na koncert do Pragi miałem kupiony już od dawna. Koncert, który odbył się 7 maja 2012 był zabukowany już chyba w lutym – a więc zupełnie bezstresowo i na luzie mogłem ustalić kilka konkretów, takich jak na przykład ten, że na koncertowy wyjazd przeznaczę tym razem całe 2 dni, aby po raz drugi móc pochodzić po Pradze, a nie tylko posłuchać muzyki.
Jak wymyśliłem tak też zrobiłem i po południu 5 maja (sobota) wyruszyłem wraz z dwójką znajomych (Agnieszką – Evillady i Piotrkiem) na podbój stolicy Czech. Na miejscu czekały na nas jeszcze dwie osoby, czyli dopełnienie naszej koncertowej ekipy – Menios wraz z żoną Kasią. Podróż autobusem trwała dobre 12 godzin, ale przebiegła w tak normalny sposób, że nie warto jej opisywać. Na miejscu znaleźliśmy się kilka minut przez 6 rano na dzień przed koncertem – przed nami cała niedziela, którą chcieliśmy wykorzystać jak najlepiej. Po odnalezieniu Starego Miasta (trudno o bardziej charakterystyczne miejsce) i naszego hostelu, który znajdował się tuż obok, byliśmy gotowi na spacer po pięknej Pradze. W głowie (oprócz snu – byliśmy nieźle padnięci) – mieliśmy głównie zwiedzanie, czeskie piwo i knedliki. Zero Metalliki, hałasu i tłumu ludzi – to miało nastąpić dopiero następnego dnia. Jak pomyśleliśmy tak też zrobiliśmy – po kilkudziesięciu minutach spaceru po pustych jeszcze poranną porą praskich ulicach, zjedliśmy śniadanie w jednym z niewielkich parków. Dalsza część wycieczki to oczywiście standardowa trasa pod tytułem Tańczący Dom oraz Most Karola, w okolicy którego umówiliśmy się z Kasią i Meniosem, z którymi od tej pory nie rozstawaliśmy się praktycznie na krok. Wspólna wycieczka trwała nadal, czas leciał i nim się obejrzeliśmy byliśmy już na wzgórzu, z którego roztacza się przepiękna panorama miasta, a tuż obok stoi piękna katedra Św. Wita i znane wszystkim Hradczany.
Po zwiedzeniu najciekawszych miejsc nadszedł czas na odrobinę odpoczynku przy czeskim piwku. Byliśmy nieźle padnięci, gdyż za nami długa noc w autokarze, oraz całkiem niezła wycieczka, która również jakby nie patrzeć trochę dała nam w kość. Dalszy plan zakładał odnalezienie jednej z legendarnych knajp, w której nalewaki do piwa zamontowane są w stolikach, a koło każdego z nich znajduje się licznik, zliczający litra wlanego do swoich kufli piwa. Podczas przejazdu metrem do takiej właśnie knajpy zaczęła się psuć pogoda do tego stopnia, że przez chwilę zrobiło się naprawdę chłodno, a z nieba zaczął lać deszcz… Miny nam nieco zrzedły, ponieważ przed nami mieliśmy jeszcze jeden, szatański plan na ten dzień… Podczas pysznego obiadu ustaliliśmy, iż za chwilę jedziemy na lotnisko, aby próbować spotkać lądujących tam właśnie chłopaków z Metalliki!! Prowodyrem całego zamieszania był Menios, który dzięki swoim wtykom miał cynk na temat miejsca i godziny przylotu prywatnego samoloty czterech jeźdźców. Dochodziła godzina 17:00, pogoda się nieco poprawiła, więc przy pomocy metra i autobusu znaleźliśmy się w okolicach praskiego lotniska Ruzyne. Metallica lata swoim prywatnym samolotem i ląduje na prywatnych, zastrzeżonych dla zwykłego ruchu terminalach pasażerskich. Obserwując z oddali co sieje się w okolicy jednego z nich stwierdziliśmy, że najprawdopodobniej cynk okazał się prawdziwy. Kilka czarnych, luksusowych samochodów i furgonetek mogło oznaczać że za chwilę przyleci ktoś, komu potrzebny jest i luksus i miejsce na przewiezienie paru gratów. Aby sprawdzić, co dzieje się w środku terminalu, trzeba było zaryzykować i po prostu wejść do środka. Odważny okazał się Piotrek, który bez dłuższej chwili zastanowienia ruszył w kierunku głównego wejścia, mijając po drodze osoby (ochronę?) kręcące się w okolicy. Po około minucie nieobecności pojawił się w drzwiach i machnięciem ręki „zaprosił” nas do środka. A w środku… kilka osób ochrony, stały ochroniarz Metalliki, asystentka Larsa, oraz dwóch Czechów, również fanów Metalliki – razem była nas więc siódemka.
Po kilku minutach ruszył w naszą stronę łysy, trochę groźnie wyglądający, ale sympatyczny ochroniarz Mety i po angielsku zapytał nas, czy przyszliśmy zobaczyć zespół. W sumie to nie wiedzieliśmy co odpowiedzieć, bo od razu mogliśmy ryzykować wyrzucenie z terenu terminala, ale raz kozie śmierć – przecież w końcu musielibyśmy się przyznać. Odpowiedzieliśmy że tak, po czym po chwili namysłu odpowiedział nam coś takiego:
Hmm, OK. Dobrze, faktycznie zespół wyląduje za jakieś pół godziny. Ale słuchajcie, oni są po długim, dziesięciogodzinnym locie i raczej nie spodziewałbym się, że podejdą aby się z Wami przywitać. Na pewno nie zrobi tego James (nigdy tego nie robi) – jeśli będziecie mieli szczęście to może Lars, a jeśli szczęście dopisze Wam podwójnie, to Kirk…
Popatrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem i podziękowaliśmy mu za tak wyczerpujące info. Dopiero wtedy dotarło do nas, że tak naprawdę przyjechaliśmy bez żadnego przygotowania i planu, nie mieliśmy nawet czegoś do podpisania! Po kilku minutach ochroniarz podszedł do nas ponownie:
Słuchajcie, proponuję Wam wyjść na zewnątrz, stanąć gdzież z boku, przy samochodach. Jeśli chłopaki wyjdą zmęczeni z samolotu i pierwszą rzeczą, którą zobaczą, będą czekający na autografy fani, to na pewno do Was nie podejdą. Wyjdźcie na zewnątrz – taka jest moja rada i może Lars będzie chciał do Was podejść. Nie liczcie na Jamesa.
W sumie sami nie wiedzieliśmy czy gość daje nam kolejne rady z dobrego serca, czy też najzwyczajniej w świecie chce nas spławić i dać tym samym zespołowi święty spokój. Facetowi jedne kobrze patrzyło z oczu i po kilku minutach stwierdziliśmy, że pójdziemy za jego radą. Za chwilę cała nasza piątka a więc ja, Piotrek, Evillady, Kasia i Menios staliśmy na chłodzie trzęsąc się z zimna. Po kilkunastu sekundach dołączyło do nas dwóch sympatycznych Czechów (ich info o przylocie było od jednego z ich kolegów pracujących na lotnisku). Tak oto przeczekaliśmy kolejne 45minut, może więcej, w oczekiwaniu na pojawianie się Larsa i spółki na lotnisku.
No i pojawili się. Otwierają się drzwi – pierwszy James, tuż za nim Lars. Krzyknęliśmy coś do któregoś z nich, James odwrócił głowę i skręcił w naszą stroną. Idzie z wyciągniętą dłonią, od razu podał każdemu rękę i odpowiedział na jakieś banalne pytanie w stylu jak lot. Wyjęliśmy przygotowane wcześniej bilety do podpisania, bez wahania walnął każdemu podpis, Kasi udało się nawet zrobić sobie piękne zdjęcie. Wszystko dzieło się oczywiście bardzo szybko, po chwili jakiś ochroniarz odzywa się z oddali, czy nie chcemy przypadkiem czegoś od Larsa?! Odwracam się za siebie – a tu mały Duńczyk…
Don’t you want anything from me? OK. I’m going to the car
– odezwał się z uśmiechem.
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać i podawać kolejne rzeczy do podpisania. Na koniec zdjęcie grupowe, niektórzy pojedyncze, wszystko bardzo fajnie i w miłej atmosferze. James zmył się żegnając się szybko a Lars także wkrótce wsiadł do samochodu. Roberta i Kirka nawet nie widziałem, widocznie szli nieco za Jamesem i Larsem i od razu weszli do swoich aut, nie zwracając uwagi na co, co dzieje się niedaleko drzwi. No cóż, może następnym razem. Tak w skrócie minął dzień pierwszy, powrotu, kolejnego piwa i spaceru do hostelu opisywać nie będę, bo i po co.
Dzień drugi to dzień koncertu. W południe w miejscu oddalonym o zaledwie kilkaset metrów od naszego hostelu spotkaliśmy się z całą polską grupą koncertowiczów, z którymi zaliczyliśmy piwko i jakiś obiad w jednej z pobliskich knajp. Jakież było zdziwienie kelnera, gdy widział wchodzących 30 Polaków w większości w koszulkach Metalliki… Dalej dzień potoczył się naprawdę szybko, gdyż postanowiliśmy jechać w miarę szybko pod Synot Tip Arena (miejsce koncertu) i odebrać nasze Snake Pit Passy (wszyscy mieliśmy wejście do Snakepita – wylosowali je zarówno Evillady, jak i Piotrek z Meniosem). Tym sposobem także i ja miałem okazję po raz pierwszy ever znaleźć się z miejscu, do którego nikt nie miał dostępu od 20 lat…
Ale po kolei – po dotarciu pod stadion oczywiście kolejne znajome twarze, z którymi widzimy się czy to przy okazji koncertów, czy innych okołometallikowych eventów. Polaków w Pradze tego dnia było naprawdę całe mnóstwo i jak się później okazało – większość z nich miała bilety do Golden Circle lub nawet Snakepita. W okolicach stadiony kręciliśmy się jakieś 2-3 godziny – pozwoliło nam to zostawić nasze graty w jednym z busów, którymi wprost po koncercie wracaliśmy z Piotrkiem do domu. Dodatkowo rozmowy, jak to przed gigiem, wspominanie innych wyjazdów oraz oczywiście planowanie spotkania, które miało się odbyć już za kilka dni podczas polskiego koncertu Metalliki na warszawskim Bemowie. Evillady ustawiła się w kolejce do kasy, gdzie MetClubbersi odbierali wylosowane wcześniej opaski, uprawniające do wejścia tuż pod scenę. Po założeniu ich na ręce wystarczyło odczekać dosłownie kilkanaście minut, a bramy wejściowe Synot Tip otworzyły się.
Nie było zbyt wielkiego tłoku, także postanowiliśmy na spokojnie wejść do środka i zobaczyć, jak wygląda praska Arena z perspektywy widza. Synot Tip Arena nie jest jakoś porażająco wielka, ale jednocześnie jest to pełnowymiarowy stadion piłkarski, także tak czy inaczej robi wrażenie. Podczas naszego wchodzenia do środka, stadion był jeszcze zupełnie pusty a podczas schodzenia po schodach i podążania do Snake Pita mijaliśmy praktycznie tylko ochroniarzy. No i w końcu – upragnione miejsce docelowe, czyli legendarna „Jama węża”. Nasza pierwsza reakcja składała się z dwóch rzeczy:
- Ale zajebiście! Scena ty koło nas, James będzie chodził dosłownie metr o nas.
- WTF dlaczego tu jest tak pusto?
I faktycznie – przez dobrą godzinę w Snakepicie było dosłownie kilkanaście osób i nawet podczas koncertów suportów (Gojira i Machine Head) to miejsce dosłownie świeciło pustkami. W sety suportów – skoro o nich mowa – nie będę się wgłębiał – oba zespoły zagrały swoje największe szlagiery ku uciesze statycznej, czeskiej publiczności. O skandowaniu nazw kapel albo głośnym śpiewaniu nie było raczej mowy, ale mimo wszystko koncerty można zaliczyć do udanych (osobiście nie porwały mnie, ale też nie mogę powiedzieć, żebym jakoś specjalnie się nudził). Zapewne to „wina” zupełnie odmiennego klimatu, niż gdy jest się w tłumie fanów danej kapeli.
Czas leciał, po Machine Head atmosfera zaczęła gęstnieć, a stadion wypełniać się. Tylko w Snakepicie pustki – co prawda cały czas dochodzili kolejni ludzie, ale mimo wszystko ogólnie rzecz biorąc było bardzo pusto i – jak się okazało – było tak także na koncercie czwórki z San Francisco! Tuż przed godziną 20:00, kiedy to Synot Tip Arena wypełniona była ludźmi, zaczęły się ostatnie przygotowania do koncertu – rozstawianie mikrofonów, ustawianie prompterów, rozklejanie setlist…
Co ciekawe, setlisty rozklejane przed koncertem na wybiegu Snakepita były bez problemu dostrzegalne i ten, kto chciał, mógł wiedzieć, co Metallica zagra za kilka minut. A zagrała oczywiście Czarny Album po raz pierwszy w historii, w całości. Zanim to się jednak stało, publiczność usłyszała oczywiście The Ecstasy of Gold, poprzedzone It’s a Long Way to the Top z repertuaru AC/DC. Samego koncertu opisywać nie będę, każdy kto kiedykolwiek widział Metallikę wie, jakie emocje towarzyszą ich koncertom i jak ciężko jest je opisać. Setlista była świetna, ponieważ (co się rzadko zdarza) Master of Puppets zagrany został jako drugi kawałek. Ostatnio Metallica mieszała w ten sposób m.in. w Gelsenkirchen w 2011.
- Hit the Lights
- Master of Puppets
- The Shortest Straw
- For Whom the Bell Tolls
- Blackened
- The Struggle Within
- My Friend of Misery
- The God That Failed
- Of Wolf & Man
- Nothing Else Matters
- Through the Never
- Don’t Tread On Me
- Wherever I May Roam
- The Unforgiven
- Holier Than Thou
- Sad But True
- Enter Sandman
- Fuel
- One
- Seek & Destroy
Co ciekawe – o tym już wspominałem – podczas praskiego koncertu Metalliki w Snakepicie panował totalny luz i bez problemu można było chodzić w całym jego obrębie w dowolnej chwili. Nawet dostanie się pod barierki nie było żadnym problemem! Pytanie tylko po co, gdy co chwila na wybiegu Snake pojawiali się kolejni muzycy Metalliki, przybijający piątki osobom stojącym najbliżej wybiegu. Po raz pierwszy na koncercie Metalliki oglądałem plecy Jamesa podczas wykonywania piosenek…
Koncert w Pradze zdecydowanie zaliczam do udanych. Czarny album i Snakepit po raz pierwszy ever to niesamowite przeżycie – a jakby tego było mało – highlight tego wyjazdu, czyli spotkanie chłopaków z Metalliki na lotnisku… czego chcieć więcej. Celowo nie opisałem samych koncertów, ponieważ żaden opis i tak nie odda tego, co działo się w trakcie ich trwania – najbardziej jest to widoczne jeśli chodzi o Metallikę. Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć, jak wyglądał cały koncert na żywo, polecamy newsa z zapisem pełnego koncertu z Pragi w jakości HD!
Na koniec dziękuję mojej wyjazdowej ekipie czyli Evillady, Kasi, Piotrkowi i Meniosowi, oraz wszystkim spotkanym w Pradze znajomym, a jak zwykle było ich naprawdę wielu. Do następnego razu!

