Wczoraj, w sobotę, tuż przed koncertem w Montrealu, dziennikarz prowadzący znaną audycję radiową The Metal File przeprowadził wywiad z Kirkiem Hammettem. Tłumaczenie tej ciekawej rozmowy znajdziecie w środku…

Od wielu lat jestem fanem Metalliki i wiedziałem, że kiedyś przeprowadzę wywiad z którymś z was. Nigdy nie spodziewałem się, że będę rozmawiał akurat z tobą. Pamiętam, że gdy kiedyś sprawdzałem w książeczkach kto pisał utwory, byli tam wymienieni wszyscy oprócz Kirka. Jak opiszesz to bycie facetem w tle?
Jestem znany z tego, że zwlekam z tym i owym. Często jest mi ciężko ruszyć tyłek i zabrać za coś, do czego nie jestem jakoś wyjątkowo zmobilizowany, choć nie jest to związane ze sprawami dotyczącymi zespołu. Raczej chodzi tu o inne kwestie, jak np. udzielanie wywiadów.
Przepraszam, przepraszam (śmiech). To ciekawe co mówisz, bo przed tą rozmową kilka razy przesłuchałem „Death Magnetic” i mam wrażenie, że to właśnie ty najlepiej bawisz się na tej płycie.
Bardzo dobrze bawiłem się przy tworzeniu tej płyty i cieszy mnie, że inni to zauważają, bo żaden poprzedni album nie dostarczył nam tyle radochy. Mówię to nie tylko ja, bo również James jest tego samego zdania. To wzięło się w dużej mierze z tego, jak Rick Rubin pomógł nam poczuć się w studio. Chciał, byśmy byli zrelaksowani, by pracować w tempie, które będzie służyło nam, naszym rodzinom, i samej muzyce. Wzięliśmy to sobie do serca i tak ustawiliśmy plan, że każdy z nas był zawsze na luzie, a w studio uniknęliśmy stresu i napięcia. Nagrywanie poprzednich płyt było siermiężną pracą, przez co też niezbyt przyjemną.

Pamiętam jak miałem 15-16 lat i wyszedł „Czarny Album”. Zastanawiałem się, dlaczego wtedy nagraliście album z Bobem Rockiem a nie z Rickiem Rubinem, który reprezentuje totalnie inne podejście do muzyki. Cieszę się, że wreszcie z nim pracowaliście, bo od dawna na to czekałem.
Nadszedł na to odpowiedni moment. Bob Rock to niesamowity producent, niesamowity muzyk i niesamowita osoba, ale ta współpraca trwała tak długo że pomyśleliśmy, iż czas na zmianę. Rick Rubin miał czas i jednocześnie był zainteresowany nagrywaniem z nami. Spośród moich ulubionych albumów metalowych nagranych w ostatnich 4-5 latach, jak np. album Slipknota, The Mars Volta czy System of a Down, większość była sygnowana właśnie przez niego.
Któraś wytwórnia podesłała mi niedawno album grupy Evile. Przesłuchałem go i pomyślałem, że brzmi jak stara Metallica. Później zobaczyłem z tyłu opakowania, że krążek wyprodukował Flemming Rasmussen. Czy braliście pod uwagę współpracę z nim przy okazji ostatniego albumu?
Ostatnia płyta nagrana z nim to „…And Justice For All”. Wówczas również czuliśmy, że znaleźliśmy się na rozdrożu, zastanawialiśmy się, co dalej robić – czy produkować album samemu, czy znaleźć kogoś z większym doświadczeniem. Po zapoznaniu się z Bobem Rockiem, spędzeniu z nim czasu i pozwoleniu, by zobaczył, jacy jesteśmy, zdecydowaliśmy o współpracy. Jeśli chodzi o Flemminga, to podróż z nim wówczas dobiegła końca, był czas na coś nowego.

W najbliższą sobotę mamy rocznicę…
…Cliffa Burtona.
Najgorszy dzień muzyki metal.
Jeden z najgorszych dni mojego życia.
Nie chcę rozmawiać o tym, jak smutne było to wydarzenie ani wyciągać tamtej sprawy, ale czy zastanawialiście się kiedyś, gdzie muzyka metal byłaby teraz, gdzie wasz zespół byłby teraz, jak sprawy potoczyłyby się gdyby żył? A może po prostu jego osoba jest wyolbrzymiana, bo go tu nie ma z nami i nie wiemy co by było?
Nie mam nic przeciwko rozmawianiu o Cliffie Burtonie, ale od jego śmierci minęło ponad 20 lat i dla mnie, dla całego zespołu, rozmyślanie nad tym jak wyglądałby zespół, jak wyglądałyby nasze życia, gdyby Cliff tu był, jest po prostu daremne. Mogliśmy pójść w różnych kierunkach, mogło być lepiej albo gorzej. Jest jak jest i musimy zaakceptować to, do czego doszło, to, co zrobił dla nas jako przyjaciel, jako muzyk, jako członek zespołu. Jego wpływ na nas był olbrzymi – był najstarszy w zespole, mogę spokojnie powiedzieć że był najdojrzalszy z nas, także stąpał po ziemi najmocniej z nas i podziwialiśmy go. Gdy odszedł, to było jak utrata rodzica, czy może utrata starszego brata. Jestem wdzięczny, że mogliśmy go znać.

nie spodziewałem się, że będę rozmawiał akurat z tobą. Pamiętam, że gdy kiedyś sprawdzałem w książeczce
kto pisał utwory, byli tam wymienieni wszyscy oprócz Kirka. Jak opiszesz to bycie facetem w tle?
Jestem znany z tego, że zwlekam z tym i owym. Często jest mi ciężko ruszyć tyłek i zabrać za coś, do
czego nie jestem jakoś wyjątkowo zmobilizowany, choć nie jest to związane ze sprawami dotyczącymi
zespołu. Raczej chodzi tu o inne kwestie, jak np. udzielanie wywiadów.
Przepraszam, przepraszam. To ciekawe co mówisz, bo przed tą rozmową kilka razy przesłuchałem „Death
Magnetic” i mam wrażenie, że to właśnie ty najlepiej bawisz się na tej płycie.
Bardzo dobrze bawiłem się przy tworzeniu tej płyty i cieszy mnie, że inni to zauważają, bo żaden
poprzedni album nie dostarczył nam tyle radochy. Mówię to nie tylko ja, bo również James jest tego
samego zdania. To wzięło się w dużej mierze z tego, jak Rick Rubin pomógł nam się poczuć w studio.
Chciał, byśmy byli zrelaksowani, by pracować w tempie, które będzie służyło nam, naszym rodzinom, i
samej muzyce. Wzięliśmy to sobie do serca i tak ustawiliśmy plan, że każdy z nas był zawsze na luzie, a
w studio uniknęliśmy stresu i napięcia. Nagrywanie poprzednich płyt było siermiężną pracą, przez co
niezbyt przyjemną.
Pamiętam jak miałem 15-16 lat i wyszedł „Czarny Album”. Zastanawiałem się, dlaczego wtedy nagraliście
album z Bobem Rockiem a nie z Rickiem Rubinem, który reprezentuje totalnie inne podejście do muzyki.
Cieszę się, że wreszcie z nim pracowaliście, bo od dawna na to czekałem.
Nadszedł na to odpowiedni moment. Bob Rock to niesamowity producent, niesamowity muzyk i niesamowita
osoba, ale ta współpraca trwała tak długo że pomyśleliśmy że czas na zmianę. Rick Rubin miał czas i
jednocześnie był zainteresowany nagrywaniem z nami. Spośród moich ulubionych albumów metalowych
nagranych w ostatnich 4-5 latach, jak np. album Slipknota, The Mars Volta czy System of a Down,
większość była sygnowana właśnie przez niego.
Któraś wytwórnia podesłała mi niedawno album grupy Evile. Przesłuchałem go i pomyślałem, że brzmi jak
stara Metallica. Później zobaczyłem z tyłu opakowania, że krążek wyprodukował Flemming Rasmussen. Czy
braliście pod uwagę współpracę z nim przy okazji ostatniego albumu?
Ostatnia płyta nagrana z nim to „…And Justice For All”. Wówczas również czuliśmy, że znaleźliśmy się
na rozdrożu, zastanawialiśmy się, co dalej robić – czy produkować album samemu, czy znaleźć kogoś z
większym doświadczeniem. Po zapoznaniu się z Bobem Rockiem, spędzeniu z nim czasu i pozwoleniu, by
zobaczył, jacy jesteśmy, zdecydowaliśmy o współpracy. Jeśli chodzi o Flemminga, to podróż z nim wówczas
dobiegła końca, był czas na coś nowego.
W najbliższą sobotę mamy rocznicę…
…Cliffa Burtona.
Najgorszy dzień muzyki metal.
Jeden z najgorszych dni mojego życia.
Nie chcę rozmawiać o tym, jak smutne było to wydarzenie ani wyciągać tamtej sprawy, ale czy
zastanawialiście się kiedyś, gdzie muzyka metal byłaby teraz, gdzie wasz zespół byłby teraz, ak sprawy
potoczyłyby się gdyby żył. A może po prostu jego osoba jest wyolbrzymiana, bo go tu nie ma z nami i nie
wiemy co by było?
Nie mam nic przeciwko rozmawianiu o Cliffie Burtonie, od jego śmierci minęło ponad 20 lat i dla mnie,
dla całego zespołu, rozmyślanie nad tym jak wyglądałby zespół, jak wyglądałyby nasze życia, gdyby Cliff
tu był, jest po prostu daremne. Mogliśmy pójść w różnych kierunkach, mogło być lepiej albo gorzej. Jest
jak jest i musimy zaakceptować to, do czego doszło, to co zrobił dla nas jako przyjaciel, jako muzyk,
jako członek zespołu. Jego wpływ na nas był olbrzymi – był najstarszy w zespole, mogę spokojnie
powiedzieć że był najdojrzalszy z nas, także stąpał po ziemi najmocniej z nas i podziwialiśmy go. Gdy
odszedł, to było jak utrata rodzica, czy może utrata starszego brata. Jestem wdzięczny, że mogliśmy go
znać.