Tytułem i podtytułem jak wyżej ochrzcił swój wczorajszy artykuł dla „San Antonio Cuttent” – lokalnego portalu internetowego – Josh Fernandez, który podzielił się z czytelnikami zabawną historyjką zw. z Larsem i garścią słodko-gorzkich refleksji nt Metalliki zarazem. Poniekąd szerzy on czarnowidztwo podobnie jak Mark Sullivan z Nashville.com, twierdzący niedawno, że „Metallica zgasła w ciemnościach Czarnego Albumu„, za to w zabawny sposób i tym razem – biorąc pod uwagę finał niniejszej opowiastki – morał można wynieść raczej optymistyczny. Szczerze polecam lekturę felietonu…

Przez długi czas Lars Ulrich mieszkał nad klubem Popscene w San Francisco. Wg miejscowych, schodził tam czasami w nocy się zabawić i wmieszać w tłum idiotów. Więc pewnego razu po pracy poszedłem tam z czystym zamiarem spotkania duńskiego perkusisty. Planowałem go zagaić, by następnie zostać jego najlepszym kumplem. Czekając na Larsa, piłem whisky i próbowałem się w tańcu z gotyckimi dzieciakami. Nie mogłem jednak rozróżnić chłopaków od dziewczyn, więc ostatecznie trzymałem sam ze sobą przy barze.

Zgadywanka! Ja wiem 🙂
Nie mogłem się doczekać spotkania z Larsem. Ale im bardziej pijany byłem, tym bardziej moje zamiary ulegały zmianie. Parę godzin później robiłem się już nerwowy i postanowiłem, że zamiast tradycyjnego powitania zafunduję mu wielkie kręcenie suta [titty twister], tudzież fioletowy sutościsk [purple nurple], jak kto woli. To miało sens na swój komiczny, pijacki sposób. Jestem pewien, że Lars skumałby dowcip.
Jakieś dziewięć Jacków z colą później przyuważyłem go. Miał na sobie czerwone, skórzane spodnie, co było raczej niepodobne do niego, zazwyczaj wyraźnie skromnego kolesia. Ale biorąc pod uwagę zmianę wizerunku Metalliki z surowego, odważnego thrashu (Garage Days) na przystosowany do MTV, krótko-przystyżony metal (St. Anger), czerwone, skórzane spodnie wcale nie były aż tak krzykliwie.
Gdy do niego podszedłem, Lars wyglądał na nieco grubszego, niższego i jeszcze bardziej niepasującego do tego ubrania niż się spodziewałem. I miał ten zasrany uśmieszek na twarzy mówiący wszem i wobec: „Jestem bogaty” (jak ten uskuteczniany przez Hugh Hefnera od 1855r., czy kiedy tam on się urodził [założyciel Playboya, ur. 1926r. – przyp. tłum.]).

Zanim Lars zdążył zareagować, mój kciuk wraz palcem wskazującym zacisnęły się na jego prawym sucie niczym szczęki pitbula na głowie noworodka. Gdy tak wykręcałem jego małą wypukłość, zdałem sobie sprawę, że byłem bardzo zły, co było zaskakujące. Tzn. chodzi o to, że byłem pijany i myślałem: „te ich fryzury i występy w MTV.. co do cholery stało się z Metalliką?”
Serio. Popularność nie pasowała do tego zespołu, który swego czasu grał thrash z największymi jajami w całej Ameryce. Koniec końców mamy niezwykle popularne metalowe kapele jak Lamb of God, których albumy jak np. „As the Palaces Burn”, łączące silne uderzenie, ciężką perkusję i techniczne riffy nie sprawiły, że fani metalu musieli się na ich myśl wzdrygać, jak na koguciej wagi rock w postaci „Reload” Metalliki. Poza zmianą nazwy (z kompletnie zajebistego Burn The Priest na dużo mniej zajebiste Lamb of God), zespół, mimo cienkiego welonu popularności, nadal zachował godną podziwu wierność metalowi.

Byłem chyba najbardziej wkurzony na Larsa za to, że my – fani metalu – wiemy, że było tak wiele innych metalowych kapel, które zostały odepchnięte na dalszy tor przez mainstreamową maszynę Metalliki. In Flames, na przykład (które bywało w trasie z Children of Bodom i Sepulturą) zawsze grało, co potrafiło najlepiej: melodyjny death metal. Ci kolesie zawsze zachowywali czystą formę, eksperymentując jedynie delikatnie z oprzyrządowaniem, w końcu nawet będąc znanymi z drastycznej zmiany brzmienia. Ale In Flames nigdy nie starali się stać czymś, czym Metallica wydawała się być.
I nie chodzi o to, że istnieje jakiś szablon na dobry metal. Weźmy Savannah i Kylesa, które na ten moment są prawdopodobnie jednymi z najbardziej znanych kapel grających eksperymentalny metal. W najgorszym razie typowy fan metalu powie, że Kylesa jest „ciekawa” z uwagi na ich tendencję do odbiegania od klasycznego metalu w klimatyczne, improwizowane brzmienie. Ale nawet oni nie noszą czerwonych, skórzanych spodni.
Chodzi o to, że około 2000r. miałem już dość Metalliki. Ja i wielu innych fanów metalu. I to pewnie dlatego ściskałem larsiny sut jak najdłużej, kręcąc nim jak gałką od radia niemogącego złapać sygnału.

„Co do kurwy… przestań!” – wykrzyczał Lars. Możliwe, że nawet zapłakał, gdy w końcu odpuściłem.
I wtedy poczułem kawał łapska na swoim ramieniu. A potem druga ręka złapała mnie za kark. W ciągu kilku sekund czułem jak jedne pięści odbijały mój łeb na inne pięści.
„Chryste Panie, to był tylko żart”, powiedziałem, gdy wywlekała mnie za drzwi grupa kobiet. Albo facetów.
„Co Ty wyprawiasz?” – zapytał mnie bramkarz, gdy leżałem na ziemi trzymając się za brzuch.
„To był tylko taki żart między mną, a Larsem”, broniłem się.
„Jeżeli mówisz o Larsie z Metalliki, to jest teraz w trasie. I już tu nie mieszka. To nie był Lars… Kretyn.”
Pozostawiony w tej alejce na śmierć, myślałem: „Chyba jednak Lars nie przytył i nie nosi czerwonych, skórzanych spodni.”
Jeśli to coś zmieni, to przepraszam nieznajomego, który poważnie mógłby być dublerem Larsa Ulricha z Metalliki, gdyby takiego potrzebowali. Dobra strona zajścia jest taka, że wyniosłem z tego lekcję. I mam nadzieję, że Twój sut doszedł do siebie bez komplikacji.