Nie jest łatwo stać się legendą, ale jeśli nagrałeś takie albumy, jak „The Chainheart Machine” czy „A Predator’s Portrait” jest niemal pewne, że będziesz już wiecznie skazany na to, by z każdym albumem definiować siebie na nowo i udowadniać swoją wartość. Soilwork nie tak dawno postanowił po raz kolejny zmierzyć się ze swoim klasycznym dorobkiem.

Sytuacja w obozie Soilwork była ostatnimi czasy dość zagadkowa. Oto po raz kolejny grupę opuścił jej kompozytorski filar Peter Wichers. Panowie tymczasem porywają się na podwójny album – czyżby chcieli popełnić spektakularne wydawnicze samobójstwo? A może to tylko buńczuczne zapowiedzi, tudzież pokaz siły mający udowodnić, że Peter nie jest im absolutnie niezbędny. Życie jednakże uczy, że nie ma nic za darmo, tymczasem album w rękę i rzeczywiście – dwadzieścia numerów i około dziewięćdziesiąt minut muzyki. Czyli co? Sielanka? Nadmiar dobrych melodii? Czy kasy na studio? Przystąpmy do odsłuchu.
Po pierwsze – nagrywanie przez ten zespół takiego albumu niesie za sobą niebezpieczeństwo tego, iż mówiąc wprost mogą przynudzać. I trzeba powiedzieć to wprost – nie jest łatwo przebrnąć przez ten album od początku do końca za jednym zamachem, gdyż wspomniane dwadzieścia numerów i około dziewięćdziesiąt minut muzyki, to generalnie w dzisiejszych czasach dość dużo. Szczególnie, że Soilwork nawet w jednym kawałku jest w stanie nam zafundować hurtową ilość nut. Płytę otwiera klasycznie brzmiący „Spectrum Of Eternity”, gdzie najjaśniejszy punkt tego zespołu czyli Björn Strip daje popis swoich charakterystycznych wokalnych możliwości, perkusista Dirk Verbeuren pędzi jak szalony, a David Andersson i Sylvain Coudret dają gitarowy popis swoich możliwości, całości dopełniają Ola Flink i Sven Karlsson. W tym kawałku mamy wszystko co charakteryzuje styl tego zespołu – melodie, blasty, szalone solówki, zmienne wokale.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=M_DydLwYnUk
Kolejne dwa numery również reprezentują charakterystyczny styl, i choć może nieco wolniejsze, to jednak o wiele bardziej chwytają za ucho, szczególnie refren w „This Momentary Bliss” może was nieźle rozbujać.
httpvhd://www.youtube.com/watch?v=LR2C2kEONIU
Równie świetnie wypada tytułowy „The Living Infinite I”, mówiąc krótko – kolejna klasyka Soilwork. Czyli co? Bez rewolucji? Fakt – kolejne numery potwierdzają tę tezę. Raz jest szybciej („Let The First Wave Rise”), raz wolniej („Vesta”), jednak to wciąż klasyczny Soilwork. Panowie jednak potrafią wychylić się poza swoją ramkę, co wyraźnie słychać w „Antidotes In Passing”, można zaryzykować twierdzenie, że pachnie tam progresywą Dream Theater. Również odmienne granie (choć już nie w takim stopniu) słychać też w „The Windswept Mercy”, być może to zasługa grających charakterystyczną rolę w tym kawałku klawiszy, które obsługuje dla przypomnienia Sven Karlsson. Tak nawiasem Sven Karlsson do spółki z szarpiącym basowe struny jegomościem, którym jest Ola Flink, popełnili finałowy „Owls Predict, Oracles Stand Guard” , który stylem przypomina klasyczny szwedzki death metal z początku lat ’90. Kto tęskni za takimi klimatami tutaj poczuje się jak w domu.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=NPJp9_prW5c
httpvh://www.youtube.com/watch?v=kc8Czw6RHl0
Jakieś inne wariacje? Raczej nie, reszta numerów to w większym lub mniejszym stopniu Soilwork, który już dobrze znamy. W ucho może wam wpaść prowadzący motyw z „Parasite Blues”, dla lubiących dynamikę „Leech”, a być może niektórzy polubią klimatyczny w refrenach „Rise Above The Sentiment” do którego powstało video.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=_LEKU7cBOak
Podsumowując: fani Arch Enemy, Children of Bodom czy Dark Tranquillity z pewnością tutaj się odnajdą, Soilwork odwalił kawał dobrej roboty, i choć płyta wcale nie jest rewolucyjna, to na pewno solidna, choć nadmiar dźwięków przy tej ilości numerów może nieco przytłaczać.