Gitarzysta to twarz i znak rozpoznawczy Guns N’ Roses. Dzisiaj nie sposób wyobrazić sobie tego zespołu bez niego, choć jeszcze niedawno miało to miejsce. Mimo to myśl, że Slash nigdy by się tam nie znalazł, jest co najmniej dziwna. Okazuje się jednak, że było to możliwe. W wywiadzie z Music Aficionado muzyk wspomina dawne czasy:
Zawsze tworzyłem zespoły i szukałem ludzi, z którymi mógłbym pisać, ale nigdy nie potrafiłem znaleźć wokalisty. Słaby wokalista może sprawić, że dobry band stanie się okropny. Grałem więc bez niego. W pewnym momencie Matt Smith – oryginalny gitarzysta Poison – grupy, z którą nie miałem nic wspólnego i nie darzyłem uznaniem – zadzwonił do mnie i powiedział, że odchodzi i wraca do Pensylwanii. Potrzebowali kogoś innego. Myślałem o tym przez pewien czas i ostatecznie postanowiłem odłożyć dumę na bok i zgodzić się. Przynajmniej grałbym koncerty w zespole, który był w tym czasie największym na Strip. Nauczyłem się 4 ich numerów i pojechałem do nich. Jednak mieliśmy znaczne różnice w poglądach. Chodziło o image, ciuchy itd. Wiedziałem, że to nie wypali. Znaleźli kogoś innego. Nie byłem dla nich odpowiedni.
Slash nieraz wypowiadał się na temat ówczesnej sceny glam metalowej, za którą, delikatnie mówiąc, nie przepadał. W czasach tapirowania włosów, nakładania makijażu i noszenia obcisłych ciuchów, Guns N’ Roses było formą buntu dla tego trendu. Ciekawe jest natomiast to, że, pomimo sprzeciwu, o którym mówią, sami na początku działalności korzystali z tego typu praktyk.
