Dziś, zgodnie z daną Wam niedawno obietnicą – prezentujemy genialną recenzję Death Magnetic zamieszczoną oryginalnie na oficjalnym forum Metalliki – Metallicabb.com. Recenzja ta została napisana przez Trinnyallica, a na forum zamieścił ją internauta o nicku The Loose Wolf. Wiele osób (w tym my, jako redakcja deathmagnetic.pl) uważa, że to co napisał Trinnyallica, można określić jednym słowem: mistrzostwo świata. Gorąco zachęcamy do przeczytania tej jakże świetnej recenzji nowego albumu – napisanej po wypłynięciu całości płyty do internetu.
Kilka miesięcy temu, trzy lub dwa, choć wydaje się jakby minęło pięć lat, w końcu poznaliśmy nazwę dziewiątego albumu Metalliki: Death Magnetic. Będę szczery, pomyślałem, że wybrali cholernie słabą nazwę i że album będzie do bani. Właśnie przez tą nazwę.
Po godzinie rozmyślań na temat tego, o ile lepsze od Death Magnetic były nazwy Master of Puppets, Ride the Lightning, And Justice for All, w końcu mi przeszło. Zaczęła mi się nawet podobać. Taka gra słów w nazwie. Magnesy jednocześnie odpychają, jak i przyciągają. Mogą łączyć ze sobą lub przeciwnie, w zależności od biegunów. A śmierć jest ostatecznością dla wszystkiego, dla życia. Połącz je razem a otrzymasz definicję „Death Magnetic”: odpychanie i przyciąganie śmierci.
James potwierdził moje przekonanie w wywiadzie, w którym tłumaczył o czym będzie płyta i czym była zainspirowana.
Chodzi o białego słonia w pokoju
powiedział, po czym dodał już na poważnie:
Niektórzy ludzie nie chcą mówić o śmierci, inni są nią zafascynowani.
To jest bardzo interesujące i prawdziwe, ale jak to odzwierciedlić na płycie?
Kochajcie, nienawidźcie, czujcie co chcecie na temat St. Anger wydanego w 2003. Ten tzw. „agresywny” album z czerwoną pięścią wycelowaną w twarz dał członkom zespołu wystarczająco dużo złej prasy. Zewsząd pojawiały się pretensje ludzi, którzy nie tylko krytykowali, ale po prostu przekreślali zespół. To miał być koniec, byli tonącym statkiem, którego nie można uratować.
Jednak co bardziej ciekawi i uparci zostali, czekali i mieli nadzieję, w myśl przekonania, że nic gorszego od St. Anger nie może powstać. Inni twierdzili, że Metallica dalej ma to „coś”. To był ten mix. Zajęło mi 2 lata żeby naprawdę zrozumieć i docenić ten album. Wcześniej lubiłem tylko 3 utwory, jedynie. Ale trzeba było tylko odpowiedniego nastroju. St. Anger był zbyt osobisty żeby spodobać się każdemu, przeciętnemu słuchaczowi. Nowy album, jakikolwiek by nie był, musiał odpowiadać gustom masowym. Nie mógł być jedynie 75-minutową mieszanką tekstów, śpiewu i muzyki. Koniec z jamowaniem, hard-rockowym klimatem, zwykłym rockiem. Wszystko musiało się zmienić, album musiał być solidny, prawdziwy.
Bez względu na to, czy Metallica to kiedykolwiek przyzna (a prawdopodobnie nie), Death Magnetic był płytą, na którą czekali wszyscy: fani hardrocka, ci którzy wątpili, ci którzy byli pełni nadziei i ci którzy jej już nie mieli. Niezależnie od kiedy wg ciebie Metallica się już „wyprzedała” (jeśli uważasz, że był to Ride the Lightning nie fatyguj się, żeby czytać dalej), czułeś się delikatnie oszukany kolejnymi albumami wydawanymi w 1991, 1996, 1997, 1999, czy 2003. Jeśli należysz do tych fanów Metalliki, którzy zawsze będę zadowoleni ze wszystkiego, co robi zespół, to nigdy nie poczułeś się oszukany, ale chciałeś i potrafiłbyś docenić ponad wszystko zmianę w tempie. Chodzi o coś, co wywróciłoby wszystko do góry nogami. Musieli pokazać, że potrafią znowu tego dokonać, udowodnić, że Metallica to buntownik świata metalu. Ale jak tego dokonać, gdy masz już status jednej z najsłynniejszych kapeli metalowych? Jak wzniecić znów ten ogień? Ten głód?
Przejście od Boba Rocka do Ricka Rubina było głównym wstrząsem, który niektórych zadziwił, w innych wzbudził nadzieję na zmiany. Czy byliby w stanie wydać kolejny solidny album przy wsparciu Ricka Rubina? Mimo swej świetnej reputacji wypracowanej wydaniem płyt Slayer’a, Slipknot’a, System of a Down, wielu było absolutnie przerażonych pracą tego producenta (np. krytyka Stadium Arcadium RHCP). Dodaj do tej mieszanki groovowego pana Robert’a Trujillo i nową lokalizację wydania – słynne Sound City w Los Angeles – i otrzymasz zaskakująco ciekawą miksturę zapowiadającą coś świeżego w świecie Metalliki. Ale czym będzie ta „świeżość” pozostawało niewiadomą, odkrywaną małymi skrawkami updatów tu i tam, kilkoma gadkami Larsa.

Tak więc to jest test, eksperyment, jak to szumnie nazywa Lars. Czy nowy producent, nowy basista i nowa lokalizacja Sound City może wnieść nowe życie w Metallikę? Czy Metallica może zrobić coś nowego, coś co w końcu zatrzęsie podstawami dając przynajmniej pół-pozytywny efekt? (bo oczywiście nie ma takiej opcji, że KAŻDY pokocha CAŁY album) Czy coś takiego może się wydarzyć? Czy może powstać naprawdę dobra płyta?
Pomyśl o tym w ten sposób: możesz zakochać się w dziewczynie twoich snów. Myślisz, że to jest ta jedyna i że jest najlepszą rzeczą, jaka mogła cię spotkać. Wszystko układa się pięknie, fantastycznie i nagle, pewnego dnia staje się coś strasznego. Ona cierpi, lecz skrywa wszystko w sobie. Wspierasz ją i pomagasz jak tylko możesz, aż w końcu staje się znowu silna i zdrowa albo tak ci się przynajmniej wydaje. Nagle ona postanawia wszystko zmienić, a ty zastanawiasz się dlaczego. Twoja dziewczyna zaczyna bywać w towarzystwie, a ty zaczynasz się martwić. Część ciebie myśli, że to świetnie, że się otwiera na ludzi, ale z drugiej strony wiesz, że może być to zwiastun czegoś złego. I wtedy staje się, gasną światła, opadają kurtyny, a ty zostałeś sam za tylnymi drzwiami. Ona zmienia się coraz bardziej i staje się kimś kogo nie poznajesz. W miejsce piwa pojawia się Martini, kobiecy wokal przejmuje miejsce złożonego podkładu. Zastanawiasz się, czemu w ogóle jeszcze się z nią zadajesz, ale jednocześnie tolerujesz i radzisz sobie z tym, mimo że w głębi serca chcesz, żeby to się skończyło (lub dałeś sobie spokój, powiedziałeś „odchodzę, wynocha, ROZWÓD„, ale pokuśmy się o inny scenariusz).
Otrzymujesz ciosy z każdej strony, ona atakuje ślepo tych, którzy niegdyś ją wspierali, nie wiedząc co tak naprawdę robi. Zastanawiasz się co ty tu jeszcze robisz, ale trwasz, radzisz sobie z tym, nie rozumiejąc nawet czemu. Głupia miłość, ślepe oddanie, naiwna wiara? Cokolwiek. Wtedy wszystko się sypie, ona się sypie. Kolejny raz myślisz, że nie warto, ale nadal zostajesz i wspierasz ją, bo bez względu na przeszłość wciąż wierzysz, że to ciało zużyte życiem, luksusem to człowiek, którego kochasz najbardziej i wiesz, że znowu może stać tą właśnie osobą. Rozumiesz, że można zapomnieć kim się tak naprawdę jest. Możesz ten fakt ignorować, udawać że nic się nie dzieje, uciec od tego, odepchnąć. Ale nigdy nie zapomnisz kim jesteś i skąd pochodzisz. Wszystko to, to kwestia cierpliwości, wiary i czasu.
To jest Mój Przyjacielu ten czas. To jest „Death Magnetic”.

01. That Was Just Your Life (7:08)
Pierwsza z wielu długich piosenek na płycie, czy raczej poematów, jak zostały określone utwory z „Death Magnetic”. Sądząc po samym tytule żartowałem sam do siebie, że jest taki megadethowski (’This Was My Life’). Ale w sam kawałek nie ma w sobie nic z Megadeth, to jest czysta Metallica.
Nie ma tu akustycznego intro ala Battery, czy FFWF. Samo intro jest, ale lepiej sam usłysz pierwszy dźwięk, gdy piosenka znajdzie się w twoich rękach. Dźwięki intro przypominają nastrojowe, mroczne spotkanie z ?Sanitarium?, tak jakbyśmy otrzymali dawkę kolejnego Load?a. Wtedy, po około minucie następuje zwrot i brwi unoszą się z zaciekawienia. Świetne stopniowe rozbudowanie utworu. Po 1:30 moja głowa zaczyna ruszać się w rytm piosenki. Wtedy wchodzi Hetfield ? brzmi dobrze, silnie. Dźwięk E nadaje jego głosowi takiej potęgi, jakiej nie słyszałem od czasów Justice i Black. Chórki są dobre, wokale chwytne. Jak to potrafi Metallica, słowa doskonale zgrywają się z riffami. „I open up just in time to say goodbye,” (’Otwieram się w porę, by powiedzieć żegnaj’) – to jest zbyt chwytne, żeby tego nie śpiewać.
Słuchawki zaczynają trzeszczeć, ale da się to wytrzymać. Na głośnikach brzmi to lepiej, sądzę że to wina kompresji. Po powtórce refrenu, fajnie jest śpiewać 'almost not your life’, wchodzi pierwsza z wielu solówek Hammett’a. Gdy czytałem recenzje o tym, że na „Death Magnetic” Hammett został „spuszczony ze smyczy”, potraktowałem to z przymrużeniem oka. Po trzech sekundach daje się słyszeć gitarową harmonię w stylu Thin Lizzy, która podoba mi się bardziej niż powracający, główny riff piosenki.
Końcówka uderza, piosenka się kończy zostawiając mnie nabuzowanego w oczekiwaniu na kolejny kawałek. Świetny otwieracz, doskonały wstęp i próbka brzmienia dalszej części „Death Magnetic”. Znacznie w większym stopniu niż The Day, My Apocalypse i Cyanide pokazały nam jako single. Gdyby tylko nie uczucie, że gitary przytłaczają wokal i że powinni przyciąć moment między ostatnim riffem i powtórką refrenu, oceniłbym ten utwór trochę wyżej. Jednak wciąż uważam, że świetnie otwiera płytę i daje słuchaczom niezłego kopa. 8.5/10.
02. The End of the Line (7:52)
Na tournee w 2007 chłopaki z zespołu przedstawili nam dwa nowe utwory, sprytnie nazwane „The New Song” i „The Other New Song”. Na późniejszych wywiadach z członkami Metalliki dowiedzieliśmy się, że „The Other New Song” nie była przeznaczona na album, a „The New Song” miała być pocięta na kawałki. Na szczęście jedna z części tego utworu, którą polubiłem weszła w skład nowej piosenki, mianowicie otwieracz. W tej wersji najfajniejsze jest przeciąganie dźwięków gitary, które dały główny efekt „The New Song”. Taka lekka dokuczliwość, która świetnie brzmi.
I znowu wokal Hetfield?a jest silny, kocham ten styl „Creeping Death” w słowach i sposobie śpiewania. To nawet więcej niż mogę znieść. Riff, który pojawia się po intro brzmi trochę płasko. Za to ten, który rozbrzmiewa pod wokalami jest już lepszy. Z kolei riff, który można usłyszeć aż do końca refrenu brzmi świetnie. Po powtórce schematu dostajemy dawkę militarystycznej, utrzymanej w stylu Justice mieszanki perkusji i gitarowej harmonii. Słucham z rosnącym zainteresowaniem, znowu pojawia się riff z intro i wtedy wchodzi Hammett ze swoją solówką, która mnie zadowala.
I wtedy piosenka wkracza w etap, który czyni ją niezwykłą i wyjątkową. Gitary robią te delikatne „coś”, jakby kusząc słuchacza. Przywodzi mi to na myśl gitarowy „szept” z „Damage Inc.”, gdy nagle przewagę bierze masywny riff, wchodzi Lars z uderzeniami talerzy. Melodia leje się dalej przypominając przerwę z „Master of Puppets”. Powraca James ze swym melodyjnym wokalem. Lars zaczyna rozbudowywać utwór. James zawodzi: „The slave becomes the master”, do refrenu wchodzi riff, a ja podskakuję na siedzeniu nie mogąc się powstrzymać od śpiewania. Utwór się kończy, jestem gotowy na kolejny. Dobra kontynuacja pierwszej piosenki. Całkiem nieźle. 8/10.
03. Broken, Beat & Scarred (6:25)
Spędziłem prawdopodobnie większość moich bezsennych godzin starając się rozwikłać co takiego dokładnie przypomina mi ta piosenka. Jakiś inny zespół. Chciałem strzelić Rage Against The Machine, ale to akurat bardzo niewłaściwy strzał. Utwór jest jakby nawołaniem do zbiórki, odwołaniem do militarnego metalu, wezwaniem do tego, by razem powstać i walczyć jako jedność.
Utwór otwierają brzmiąca perkusja i gęsty, masywny riff. Hetfield i Ulrich współdziałają jak drużyna. Uderza wokal i jesteś pewien, że to będzie wielka piosenka śpiewana przez tysiące fanów. Struktura kawałka: zwrotka – refren, jest chwytna jak cholera. Nie możesz się powstrzymać, by razem z Jamesem nie śpiewać: 'You rise, you fall, you’re down, and you rise again — what don’t kill ya make ya more strong.’ („Powstajesz, upadasz i znowu powstajesz – co cię nie zabije, to cię wzmocni”). Pojawia się tu zmiana w riffie, która pasuje zarówno do piosenki, jak i do słów.
Powtórka tego, co słyszeliśmy wcześniej i później szybki przełom, po którym pojawia się solo. Nie jestem pod takim wrażeniem tego solo, jakie odniosłem po dwóch wcześniejszych. Powtarzanie wcześniej użytych riffów trochę się wlecze, a werbel brzmi wyjątkowo głośno w tej części. Zakończenie jest w porządku, wciąż pragniesz śpiewać, nie możesz się powstrzymać, ale refreny były znacznie lepsze od końcówki. Piosenka się kończy zostawiając cię z ochotą na ciąg dalszy. Świetnie zaśpiewane. 7.5/10.
04. The Day That Never Comes (7:56)
Czysty początek, który momentalnie przykuwa moją uwagę. Coś w stylu Fade to Black/One/Sanitarium. Uderza bas i werbel, które są tak głośne, że aż się kulę. Prowadząca gitara ustanawia status tej piosenki jako ballady. Wchodzi Hetfield i jestem pod wrażeniem siły i emocjonalności jego głosu. Świetna robota, cztery piosenki i nie mam do niego zastrzeżeń. Chór brzmi potężnie, wystarczająco chwytnie, żeby to podłapać i podśpiewywać w przyszłości.
Powtórka schematu i wtedy pojawia się pierwsza zmiana riffu ? militarny werbel uzupełniony uderzeniami basu. Kolejna zmiana riffu w stylu bałaganiarskiego Load’a, w czasie którego James śpiewa „Love is a four letter word”. Znowu zmiana riffu i już wiem czemu utwór został porównany do Justice, właśnie z racji na wielokrotną zmianę riffów.
![]()
Następuje przełom , uderzenia basu wprowadzają nas do szybkiego riffowania pomiędzy Hetfieldem i Hammettem w stylu One. Wzorowane jakby na Iron Maiden/Thin Lizzy. Jeszcze więcej harmonii, wstrzymanie strun gitary tak, że możemy usłyszeć świetny bas Trujillo z perkusją Larsa w tle. Znowu świetny riff i solo Hammetta, zainspirowane Mercyful Fate. Mimo tego, że mi się podoba, jest raczej takie sobie.
Jeszcze więcej riffów, rozciągania piosenki. Mam wrażenie, że utwór mógłby by nieco przycięty. Końcówka jest kiepską i nieudaną próbą powtórzenia zakończenia One. Piosenka się kończy i przypomina mi się czemu po trzykrotnym wysłuchaniu jej w radio byłem zawiedziony.
To jest dobry utwór, solidna, mocna ballada. Nie odbieram tej piosence jej emocjonalnej jakości, uzyskanej głównie dzięki Hetfield?owi. Są asami, ale to jakby próba uzyskania kolejnego One, Sanitarium, Fade. Koniec końcem dobry, emocjonalny kawałek, ale nie do końca zadowalający. 7.5/10.
05. All Nightmare Long (7:58)
Gdy kilka miesięcy temu pojawiła się lista piosenek, ten tytuł wzbudził we mnie odrazę, nawet większą niż Unforgiven III. Jesteście poważni? To chyba najgorszy tytuł jaki kiedykolwiek słyszałem, tandetny i głupi.
Ale sama piosenka nie jest ani trochę taka, jak tytuł. Powaliła mnie, ręce w dół, zwycięzca. Kopnęła mnie w jaja i teraz już ich nie mam. To jest jak „Disposable Heroes,” „Whiplash,” czy „Fight Fire with Fire” tego albumu.
Zaczyna się złowrogo, budując jakby złe przeczucie. Intro jest melodyjne, z mrocznymi dźwiękami. Oznaka czegoś co ma nastąpić później. To perkusja buduje głównie ten świetny efekt czegoś złowieszczego. Potężny, chwytny riff uderza w tą melodię, powtarza się, a ty chcesz więcej i więcej. Pragniesz dowiedzieć się, dokąd to wszystko prowadzi. Brzmi to jak kawałek Machine Head, Lamb of God zarazem. A to dopiero 30 sekund. Pojawia się przerwa, zastanawiasz się co dalej.
Ale tak naprawdę nie masz pojęcia, co będzie dalej. To tak jakby Metallica wykrzyknęła: „Żyjemy, tęskniliście za nami? Jak śmieliście w nas wątpić?”. I to wszystko w 37 sekundzie.

Po tym następuje jakby nieustający grad „yes” ze strony zespołu w postaci riffów, jakich już dawno nie słyszeliśmy. To bardzo szybkie riffowanie biorąc pod uwagę, że goście są wystarczająco starzy, żeby być moim ojcem (45 lat to nowe 25, ta piosenka tego dowodzi). Słowa są groźne, jak i cały ton piosenki. „Luck runs out” (?Szczęście się wyczerpuje?) wydaje się głupkowate na papierze lub gdy czytasz te słowa tutaj, ale w kontekście całego utworu odbierasz to inaczej. Słowa nic nie znaczą dopóki nie usłyszysz ich w kontekście piosenki. W szczególności tej.
Głos Hetfielda przekracza wręcz granice czegoś niesamowitego, świetnego, każdego słowa o jakim możesz pomyśleć. Bóg Metalowego Głosu, którym raczej nie był od 1988 do 1993. Tak, ale to co mamy dziś to JEST Hetfield, Bóg Metalowego Głosu 2008 i jesteśmy piekielnie szczęśliwi z tego powodu. Zwłaszcza w tym kawałku. Sprawia, że pragnę powrotu Hetfielda z 1988 choć na jeden dzień, żeby zaśpiewał w tej piosence. Przynajmniej gościnnie.
Ulrich gra tu jak maszyna. Podwójna stopa jest jak szaleństwo. Hammett jest wspaniały w swoim solo. Trujillo nie potrzebuje żadnych komentarzy, bo każdy doskonale wie, jak jest świetny. Każdy w tej piosence błyszczy i wspaniale jest to słyszeć.
Gdy już tylko pomyślisz, że więcej zdarzyć się nie może, pojawia się przełomowe, szybkie riffowanie z ?The New Song?, które włączone do tego utworu jest 10 razy lepsze niż było w samej „The New Song”. Dużo, dużo lepsze. Ciężko nawet opisać, jak świetnie jest usłyszeć ten ultra szybki przełom tuż po ?zmiękczaczu? Hammetta i uderzeniem podwójnej stopy Ulricha. Najlepsza część? Kiedy myślisz, że to już koniec, to znowu powraca kopiąc cię w twarz, jaja, zostawiając cię wymiętym, martwym. Jak przegotowane spaghetti.
Zastanawiasz się „co to do cholery było”? Tak samo czułem się po usłyszeniu Master of Puppets w wieku 11 lat w radio siedząc w samochodzie. Ta piosenka i wcześniejsze cztery upewniają cię, że ta Metallica, którą pamiętasz nigdy nie odeszła, zawsze gdzieś tam była, by teraz powrócić. Ale jedno mnie zastanawia: gdzie oni do cholery byli przez ostatnie 18, 19, 20 lat?!?! Ta piosenka zasługuje na 11 i więcej. 11/10.
06. Cyanide (6:39)
Kiedy ta piosenka zadebiutowała na Ozzfest, w sierpniu byłem tak podekscytowany, że omal dostałem ataku serca. Pierwszy kawałek z „Death Magnetic”? Cholernie dobrze! I co więcej był umieszczony w trailerze na Mission Metallica. Przynajmniej znałem tekst. Z czasem lubiłem ten utwór coraz mocniej. Na singiel poszła wersja studyjna, którą lubiłem jeszcze bardziej. Byłem nawet bliski stwierdzeniu, że jest to moja ulubiona piosenka, jak dotąd.
Najwyraźniej nie wiedziałem wtedy jeszcze co mówię, choć lubiłem ją bardziej od innych wypuszczonych singli. W Cyanide po prostu dzieje się znacznie więcej niż w The Day. Gra na perkusji jest znacznie bardziej żywa, Hammett również wypada lepiej. Ale jeśli chodzi o tekst wyżej cenię The Day, pomijając chórki, które w Cyanide są lepsze.
![]()
Mimo to przyznam, że przejście od riffu M:M, militarnych bębnów do melodyjnego załamania brzmi byle jak. Po jakimś czasie zaczynasz się do tego przyzwyczajać, ale gdy coś takiego pojawia się między All Nightmare Long, That Was Just Your Life, czy nawet The Day, to jest to trochę żenujące.
Wokal w tej piosence jest fantastyczny, tekst jest mroczny, z odrobiną czarnego humoru. Bardzo podoba mi się, gdy Hetfield śpiewa „It’s just the funeral I’ve been waiting for” („To jest właśnie pogrzeb, na który czekałem”). Solo Hammett?a nosi znamiona środkowo-wschodnich klimatów. Ta piosenka jest zdecydowanie w stylu Load?a, który był w dużym stopniu oparty na groovie. To, czy spodoba ci się Cyanide zależy właśnie od tego, czy lubisz ten loadowski groove.
To jest druga piosenka, w której Lars najbardziej zabłysnął, pierwszą jest Nightmare. Wciąż uwielbiam ją nucić, kocham udawać grę na perkusji, kiwać się w rytm tej piosenki. Potwierdziła, że jest dobra, solidna. Odkąd polubiłem groove Loada zacząłem wyżej oceniać ten utwór. Wciąż jednak brakuje jej tego ?czegoś?, zwłaszcza po wysłuchaniu takiego „kopniaka” jakim jest Nightmare. 7/10.
07. The Unforgiven III (7:46)
Jestem pewien, że wszyscy wydali z siebie jęk niezadowolenia, gdy na liście utworów zobaczyli ten tytuł. Jeśli ty tego nie poczułeś, ja tak, to pewne.
Część mnie była podekscytowana. Unforgiven jest świetną piosenką i gdy stopniowo osłuchiwałem Load’a i Reload’a, Unforgiven II też wydał mi się dobrym kawałkiem. Jednak dla tych, którzy nienawidzą Unforgiven II, to nie był dobry znak. To był sygnał desperacji i braku pomysłów.
Spekulacje rosły, o czym będzie ta piosenka? W jakim pójdą kierunku? „Never free, never me…. the Unforgiven threeeeeeeeee.” O mój Boże.
Domysłom nie było końca. Wtedy pojawiły się skrawki utworów. Wstęp na pianinie? Smyczki? Hmm. Mroczna, nastrojowa melodia. Hmm. Wszystko to bardzo interesujące, tylko jak to się dalej rozwinie?
Kiedy tylko piosenka rozbrzmiała tuż po Cyanide zdecydowałem, że muszę się zrelaksować i przyjąć ją tak, jakby nigdy nie było Unforgiven II. To tylko kolejny utwór. Może to pomogło, może nie, ale skończyłem słuchanie z uczuciem, że piosenka bardzo mi się podoba.
Trąbka (waltornia) użyta na początku, razem ze smyczkami, pianinem dodaje zachodniego smaczku, który łączy utwór z poprzednimi. Potem pojawia się mroczna melodia, znana mi z Tastes of Death i już jestem totalnie wciągnięty w tą piosenkę.
Zgodnie z modą tradycyjnego Unforgiven?a jest to przede wszystkim melodyjna ballada, połączona z masywnymi riffami. Spośród wszystkich dotąd przesłuchanych piosenek z ?Death Magnetic? ta daje możliwość usłyszenia wokalu Hetfielda bardzo wyraźnie. We wszystkich Unforgiven?ach było coś osobistego i nie inaczej jest w tym przypadku.
Kawałek jest piękny, melancholijny, posępny i wspaniały. Nie ma wątpliwości, że James włożył całą swą duszę do słów tekstu, bo sposób w jaki śpiewa i brzmi nie da się opisać słowami. Każdą linijkę, zdanie, słowo James wypełnia emocjami. Łączysz się z nim poprzez swoje głośniki, słuchawki. Czujesz o czym śpiewa, co czuje. Utwór jest głęboko osobisty i piękny.
Najlepsza część piosenki dla mnie następuje po drugiej powtórce refrenu, kiedy występuje to załamanie, tapowanie talerzy, melodyjny, mroczny dźwięk gitary i wznoszący się głos James?a śpiewającego: „Forgive me, forgive me not” smutna wersja dziecięcej rymowanki. Wzruszające, piękne, szczególnie gdy dochodzi do ostatnich słów wersu: „why can’t I forgive me” („dlaczego nie mogę wybaczyć sobie”) Wtedy wchodzi solo Kirka, które zabiera nas w podróż, jak to tylko solówki z Unforgiven?ów potrafią. My w tym czasie rozmyślamy na tym, co wcześniej wyśpiewał James.
Kiedy solo się kończy masz nadzieję, że James dokończy swoją historię, odpowie na wcześniej postawione pytania. Prawie jak w Unforgiven – opowie historię, przejdzie do refrenu i zakończy opowieść słowami „you label me, I label you” Chcesz wiedzieć więcej, ale zamiast tego znów pojawia się refren i zakończenie przypominające Wish You Were Here, Pink Floyd, gdzie słyszymy jakby zakłócenia ze strony gitary.
Jak do tej pory ta piosenka bije The Day w konkurencji na emocjonalną balladę. Nie ma tu mowy o braku głębi, duszy, ani na jotę. Jedynie te delikatne rozczarowanie powtórką słów na końcu, która już nigdzie dalej nas nie prowadzi. Mieli potencjał, żeby dodać tu kolejny poziom, gdy narastają słowa ?forgive me?. Ale to tylko małe rozczarowanie. Nawet po tej powtórce słów, to nadal jest świetna piosenka. Uznanie dla Jamesa za słowa i wokal, i przede wszystkim chwała zespołowi za to, że zrobili coś czego byśmy się nigdy nie spodziewali: Unforgiven’a III. 9.5/10.

08. The Judas Kiss (8:00)
Worek treningowy! Taka była moja pierwsza myśl, gdy usłyszałem ten kawałek. Właściwie nie podoba mi się początek, pomyślałem że sam riff byłby dobrym otwieraczem. I tak jest już bardzo w stylu Justice. Ale biorąc pod uwagę fakt, że ten riff pojawia się w trakcie całej piosenki, to wydaje się sprytne, że nie został użyty jako otwieracz utworu.
Słowa znowu potężne i chwytne. Refren jest po prostu zbyt dobry, żeby go nie śpiewać. Solówka Kirka jest świetna. James jak zwykle brzmi doskonale. Gra Larsa nie jest spektakularna, na szczęście. Wszystko co nazbyt krzykliwe, błyskotliwe odebrałoby urok rozbudowanemu solo Kirka. Ale absolutnie wgryzam się w jego użycie werbel, jakiego nie słyszałem od czasów Harvester.
Wprowadzenie do wah-wah Kirka oraz zgrzytów Jamesa brzmi trochę płasko. Powolny ?warkot? Jamesa doskonale prowadzi do solówki Kirka, która po prostu wymiata. Słowa Jamesa ?Judas lives inside this vow / I’ve become your new God now?, są świetnym wersem do śpiewania na żywo.
Do świetnie rozbudowanego zakończenia prowadzi stonowana część. Muszę przyznać, że czuję się trochę źle nie oceniając tej piosenki 10/10, ale po prostu nie mogę. To nie jest coś nieziemskiego, nawet po kilkukrotnym przesłuchaniu. Winny jest chyba ten riff w stylu worka treningowego, który nieco spłaszcza ten kawałek. Ale wszystko inne jest świetne. Może po kolejnych 20 przesłuchaniach zmienię opinię. 9/10.
09. Suicide & Redemption (09:56)
Mam wrażenie, że nie ma potrzeby mówić wiele na temat tego utworu instrumentalnego. To nie jest Orion, The Call of Ktulu, To Live is To Die (rozważcie czy to jest instrumental w swoim wolnym czasie). Doceniam jego inność oraz schemat utworów instrumentalnych w wykonaniu Metalliki ? zanikanie riffów i perkusji, a później powrót.
Pierwsze 3 i pół minuty są tak przeciągnięte, że staje się to wręcz denerwujące i nudne. Na szczęście zmienia się to po kolejnych 10 sekundach, inaczej przełączyłbym do kolejnej piosenki tracąc piękną, melodyjną część w środku utworu.
Ostantie cztery minuty dodają piosence głębi oraz piękna, co w moich oczach ratuje ten utwór. Chciałbym żeby obcięli 3 pierwsze minuty do 2. Jedna minuta mniej zrobiłaby wielką różnicę.
Solo Hammetta jest świetne, doceniam również trzy skrawki solo na perkusji w wykonaniu Larsa, których dawno nie słyszeliśmy. Próba warta odnotowania. 7/10.
10. My Apocalypse (5:01)
Po soczystej, wijącej się i długiej podróży, jaką jest instrumental Suicide & Redemption, ta piosenka jest wyczekiwanym kopniakiem i fantastycznym zamykaczem albumu. Jakby Metallica nie mogła już grać szybciej ? ta piosenka uderza, prosto w twarz. Wokal w stylu Slayera, w wykonaniu Jamesa.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten kawałek, zmiotło mnie. Brzmiące bębny, które słyszałem już wcześniej na płycie. Wymiatający wokal Jamesa, który pojawia się nieprzerwanie na płycie. Solo Kirka szybkie, proste. I ciężkie, potężne brzmienie basu Roberta. Po 2, 3 przesłuchaniach piosenki nadal mi się podobała.
Minęło trochę czasu i zacząłem nienawidzić ten kawałek. Stał się dla mnie zbyt typowym przykładem metalowej piosenki. Szybki, szybki, szybki i tylko tyle. Żadnej dynamiki, złożoności. Po wysłuchaniu All Nightmare Long, My Apocalypse już nie chwytała. Tak jakby się czekało na poprawę, która nie nastąpi.

W końcu przyzwyczaiłem się do tego utworu. Bycie prostym jest jego założeniem. To jest szybkie zakończenie płyty ala Damage Inc, czy Dyers Eve. Obie piosenki są szybkie, bez żadnych ekstremalnych zmian. Bo gdyby takie były, wydłużyłyby znacznie album. To po pierwsze. Po drugie oderwałyby uwagę słuchaczy. Czasem coś szybkiego i prostego jest lepsze na zakończenie płyty, i czegoś takiego właśnie potrzebuje „Death Magnetic”.
To jest naprawdę dobra piosenka: szybkie tempo, growling Hetfielda, podwójna stopa Urlicha, prosta solówka Kirka. Po prostu muszę być w odpowiednim nastroju żeby wysłuchać tego kawałka w oderwaniu od reszty albumu, inaczej stwierdzam, że to nonsens i wyłączam to. 8/10.
Ocena całościowa: 8.5/10
Co się wyróżnia: wokal i teksy Jamesa, brzmienie basu Roba, sam rytm albumu, All Nightmare Long, pokręcona dynamika każdej piosenki.
„Death Magnetic” w dużym stopniu przekroczył moje oczekiwania. Nie tego się spodziewałem. Może to było sprytne posunięcie ze strony wytwórni, żeby jako pierwsze wypuścić Cyanide i The Day, ponieważ te dwa utwory wcale nie są reprezentacyjne dla płyty. My Apocalypse jest, ale tylko w pewnym stopniu. All Nightmare Long doskonale oddaje ducha albumu. Podszedłem do tego z nastawieniem, że będzie ok, a skończyłem totalnie zmiażdżony, roztrzaskany i poturbowany.
To jest prawdziwy, autentyczny, solidny, dobry album. Mogę go spokojnie przesłuchać od początku do końca i nie mieć ochoty wcisnąć klawisz „następny”. Płyta nie zasługuje na to, nie ma o czym mówić. Piosenki nie dłużą się ? są takie jak trzeba, wspaniałe, fantastyczne. Uwielbiam ich słuchać, kiwać się w ich rytm. Od kiedy album trafił w moje ręce i przesłuchałem go po raz dwudziesty któryś trzymając przed sobą książeczkę z tekstami, pokochałem go jeszcze bardziej.
Narażę się ale powiem, że ten album wybija to, co gówniane z St. Anger, Load, Reload, The Black Album. Prawie, PRAWIE bije Kill’em All. Mówię to o albumie walczącym z pierwszymi czterema płytami Metalliki, uznawanymi przez wielu fanów za świętość. Od początku do końca „Death Magnetic” jest wspaniałym natarciem tego, że w Metallice najlepsze, rzeczy które słyszeliśmy na Load, Black, Justice, Master, Ride oraz częściowo na Kill. Najważniejsze jest to pomieszanie ich wcześniejszych albumów, które razem tworzy miksturę zwaną „Death Magnetic”.
Dzięki tej płycie mam naprawdę wielkie nadzieje na przyszłość. Zastanawiam się kiedy to będzie, za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat, gdy zespół posunie się dalej. Czy kolejny album pobije ten? Czy to możliwe? Co się wydarzy? Nikt tego nie wie i to jest właśnie najlepsze. Nie wiemy nic i w tym tkwi oczekiwanie, podniecenie.
Pomimo opóźnień, oporów, wątpliwości, zmartwień warto było czekać na tą płytę. Na TAKĄ płytę? Jasne, że była tego warta. St. Anger jest albumem, który warto mieć, dla samego faktu posiadania takiej płyty. Odejście Newsteda, sprawa z Napsterem, James na rehabilitacji, zespół prawie w rozsypce, film dokumentalny ? żeby naprawdę żyć, musisz przetrwać trudne czasy i oni tego dokonali. Stali się dla innych inspiracją, by zmierzać się z problemami, nigdy się nie poddawać. I wszystko to z powodu muzycznego głodu. Głodu, który każe ci robić to wszystko dla samej muzyki, pasji i pragnienia.
Ten głód Metalliki powrócił, nawet większy niż kiedyś. Pragną go oni sami oraz my. Udowodnią to na swoim tournee, wspaniałej podróży z tym albumem i z całym swoim doświadczeniem. Nieważne jak długo Metallica będzie istnieć, kolejne dwadzieścia lat czy więcej, cieszmy się i doceniajmy fakt, że ten muzyczny głód powrócił, z chęcią zemsty. Bez niego, bez tej potrzeby tworzenia nie mielibyśmy tego albumu i tego tournee jesienią. Nie mielibyśmy nic.

Teraz pokazali i udowodnili (choć nigdy nie musieli nic nikomu udowadniać), że istnieją, są głośniejsi, potężniejsi, lepsi niż kiedykolwiek, że zaakceptowali swoją przeszłość, by móc stworzyć coś unikalnego, innego i że są z tego cholernie dumni. My również jesteśmy, zdecydowanie.
Tylko niech pisanie nie zabierze wam kolejnych pięciu lat, bo inaczej mogę dostać przepukliny lub czegoś innego.
Mamy nadzieję, że Wam powyższa recenzja przypadła do gustu tak bardzo, jak nam. Zapraszamy do wyrażania swoich własnych opinii na temat tego tekstu, jak i samej płyty. Pozdrowienia od całej redakcji Deathmagnetic.pl.
<span class="dsq-postid" data-dsqidentifier="543 http://www.deathmagnetic.pl/?p=543">71 komentarzy
Recenzja – GENIUSZ!
Widać, że facet starał się być jak najbardziej obiektywnym i chwała mu za to.
@ankieta
Z zaproponowanych – I opened up just in time to say goodbye!
i Bow Down!
Ale ogółem – I opened…
i
'Cause we
Hunt you down without mercy
Hunt you down all nightmare long!
In your f***ing face \m/
Na moje w ankiecie brakuje „It’s just the funeral I’ve been waiting for” i „The slave becomes the master” – byloby cos z kazdego kawalka, no i nie da sie ukryc, ze sa chwytliwe i niejednokrotnie powtarzane (m.in. w powyzszej recenzji).. Dodalbym jeszcze „When the sun goes hellbound and the moon does ressurect the night”, ale nie wiemy nawet, jak mial nazywac sie kawalek 😉 W kazdym razie glosowalbym wlasnie na to.
Przepraszam, brakuje jeszcze „Fear my name: Extermination / Annihilation!”, hehe.
gratulacje dla DeathMagnetic.pl za opracowanie recenzji !! pozdrawiam
Rzeczywiscie recenzja bardzo dobra. Zawsze jest jakieś”ale”. Dla mnie „The Judas Kiss” jest naprawdę nieziemskie i powinno dostać 10/10. Pozdrawiam
Taka uwaga – w utworze S&R wszystkie sola zagrał ponoć James – tak gadał Rob w wywiadzie. To idzie poznać – inny styl…
No ale mniejsza z tym
Co do recenzji – przeczytałem z przyjemnością – bardzo fajna, nikt nikomu tyłka nie liże – wszystko trzeźwo i treściwie napisane. Dobra robota panowie za przetłumaczenie takiego kolosa!:)
Niech reszta pismakow, ktorzy jeszcze czegokolwiek nie chapneli na temat DM, przeczyta to powyzej.
Zauważyliście że koleś napisał że otzrymał juz płytę? Jakim cudem niby?
Anonim: plyta wyciekla do internetu, stad.
zdjecie Heta z aniołem??
bezcenne…:P
” Ale nigdy nie zapomnisz kim jesteś i skąd pochodzisz. Wszystko to, to kwestia cierpliwości, wiary i czasu.”
Piękne tłumaczenie pięknej recenzji pięknego albumu 🙂
pisze się Megadeth a nie Megadeath -.-
Jasna sprawa, dzięki, poprawione.
Generalnie w opisie kilka razy natknąłem się na słowa, któe zostały jakby wyjęte z moich ust i mojej głowy… Autor oryginału naprawdę zdaje się być prawdziwym fanem, któy niby już skreśla nowe dokonania, ale zawsze „ma nadzieję”…
Miałem dokładnie to samo – po St. Anger nie wierzyłem, że powstanie coś na miarę starej, dobrej Metalliki (nawet na miarę Load!)… myliłem się. I to jest właśnie piękne.
żadno zdarza się aby kapela która święciła tryumfy w latach 80tych,20 lat później nagrała takie gówno które ponoć kopie wszystkim dupy…to jest niesamowite
czy ktos uprzejmy moglby powiedziec ktory fly on the wall zawiera jakies fragmenty z tego tajemniczego Shine/ holy revolver?
Najbardziej podoba mi się w tej recenzji, że nie ma czegoś takiego:
(…)
„All Nightmare long”
bla bla bla opis piosenki
„Cyanide
Tę piosenkę już znacie, nie będe jej opisywał”
Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi 🙂 Recenzja jest OK i bije na głowę „recenzje kultowych pism”. Facet się postarał i tyle. METALLICA RLZ!
Genialna Recenzja!
Dokładnie tego mi było trzeba!
Czytając każdy fragment tekstu wsłuchiwałem się w kawałek, którego dotyczył!
Piekielnie dobra robota!
…St. Anger był zbyt osobisty żeby spodobać się każdemu, przeciętnemu słuchaczowi.
Biedny St. Anger, chyba juz zawsze będzie czarną owcą. Dzięki temu albumowi nawróciłem się i wróciłem do słuchania Metalliki, moja przerwa wyniosła łącznie 17lat.
Więc jako nawrócony powiadam Wam, bierzcie St. Anger i słuchajcie go…tak długo az Wam się spodoba.
Chyba jako jedyny liczylem na kontynuacje stylu z St. Anger na nowym albumie (chociaż w jedym utworze :-(), oczywiście niczego nie zarzucając DM. Jak dla mnie DM 10/10.
Sławek, naprawdę wróciłeś do Metalliki po St. Anger? Brzmi to nieprawdopodonie 😉
Ja kocham St.Anger ;]
„Into abyss you don’t exist,cannot resist the Judas Kiss”Ten pierdolony utwór po prostu rządzi!!!Dla mnie to ten właśnie kawałek zasługuje na ocenę 11/10.Recenzja tego gościa jest oczywiście bardzo dobra,szacunek dla niego.Podoba mi się bardzo jak ocenił UnforgivenIII ponieważ ten utwór jest PIĘKNY.Jakie jeszcze utwory mógłbym ocenić wyżej niż on?Na pewno Broken,Beat&Scarred dałbym 8.5,My Apocalypse 10/10,Suicide&Redemption 8.5.All Nightmare Long jest bardzo zacny,to fakt ale daję mu 10/10.Powtórzę się raz jeszcze ale zdecydowanie 11/10 to według mnie THE JUDAS KISS.Refren tego kawałka towarzyszy mi niemalże wszędzie.
Sławek, don’t worry, St Anger jest rewelacyjną płytą. Według mnie, nawet ciut lepszą od DM. Z tym, że utwory z St Anger są skierowane do specyficznego słuchacza. Trzeba lubić „surowiznę”, prawdziwie wściekłą, a nie elegancko skrojoną muzę. Poza tym, riffy na St Anger wcale nie ustępują tym z DM. Ludzie po prostu nie mogli przełknąć kwestii braku solówek i brzmienia bębnów. Ale wszystko idealnie pasowało do koncepcji tego albumu. Miało być chaotycznie pod względem brzmieniowym, niechlujnie, bo przecież prawdziwy gniew czy wściekłość nie są wysublimowanymi, dającymi się kontrolować emocjami.
daję DM 10/10. Po kilkakrotnym przesłuchaniu stwierdzam, że każdy utwór trzyma poziom. To jest „moja” podróż z Metalliką 🙂 tak, jestem egoistą i to jest muzyka dla MOICH USZU 🙂 (nigdy bym nie napisał obiektywnej recenzji)
Nie istnieje coś takiego jak obiektywna recenzja
Piękna recenzja… i tylko wyostrzyła mi smaczki i sprawiła, że nie moge się doczekać kiedy otrzymam swój egzemplarz płyty, ponieważ obiecalem sobie, ze nie przesłucham jej inaczej jak ze swojego osobistego oryginału… nawet z wypuszczonych oficjalnie piosenek przesłuchałem tylko the day i apokalipse… i wiecie co wam powiem? piękne jest to oczekiwanie pełne podniecenia i wielka niewiadoma… dlatego wytrwam do tego 12 chodź tak bardzo już mnie kusi…
tony: na youtube dostepne sa fragmenty Shine / Holy Revolver sklejone razem – chyba wiesz, co wpisac.. Nie jest to wiec takie tajemnicze, w sumie sporo z niego udostepnili. Natomiast ten, ktory cytowalem, to co innego i pojawil sie tylko na jednym FoTW (July 3rd – 3 lipca – 03-07-2008) i od razu autopoprawka:
*nie „does”, ale „glows” i „hell bound” osobno
adenai wiem , juz sprawdzałem na youtube, niemniej dzięki! Swoja droga szkoda ze ten kawalek nie wszedł na plyte bo riff jest genialny, moze wydadza przy jakiejs okazji
Mam nadzieje, ze ukaze sie w Death in a Coffin na plycie b-side 🙂 Mysle, ze tak wlasnie bedzie, w koncu te pozostale utwory rowniez byly skonczone, po prostu nie uzyskaly wiekszosci glosow, by znalezc sie w dziesiatce. Cos mi jednak podpowiada, ze spokojnie ten wlasnie moglby byc zamiast TDTNC, ktory bardzo lubie, ale gdybym z pistoletem przy glowie mial wskazac, ktory lepszy, to.. ale moze poczekam, az uslysze (mam nadzieje) caly 🙂
(Ps. zakladajac, ze to w ogole miala byc ballada)
anonim , dla mnie nie tylko brak solowych popisów Hammeta, beznadziejne brzmienie i równie beznadziejna perkusja Ulricha czynią St. Anger denną. Ta płyta jest po prostu nużąca , nudna , zwycajnie zła. Przyznam ,ze nigdy nie przebrnąłem przez nią do końca , po prostu jej słuchanie strasznie mnie męczyło, co nie zdarzało mi się nawet przy niezbyt cenionych przeze mnie Load i Reload.Po prostu nagrali plyte , ktorej nie powinni nigdy nagrać. Równie tragiczny był przy tym image chłopaków, gdzie wygladali jak jakaś banda hardcorowa czy jak to sie tam pisze. A prawdziwy gniew i wsciekłość to był na Kill’em All albo Justice. Oczywiscie to tylko moja opinia, bo wiem , ze niektórym ludziom St.Anger sie podoba.
Blundetto: nie wiem, czy kiedykolwiek w zyciu miales doczynienia z prawdziwa patologia. Domyslam sie, ze nie i byc moze Twoje szczescie, ale St. Anger brzmi jak prawdziwa patolgia, zrodzil sie z prawdziwych patologii i jest o prawdziwych patologiach. Znajac je i majac za soba, mozna sie w nim rozsmakowac. Tu nie ma miejsca na logike, krytyke, oczekiwania, sentymenty, wzglad na przeszlosc. To trzeba czuc.. albo milczec.
Już kilku osobom udowodniłem, że na St. Anger jest mnóstwo solówek Hammeta. One są w tle. Posłuchajcie tego materiału na w miarę rozdzielczym i szczegółowo brzmiącym systemie stereo. Takie było zamierzenie płyty !!! Jest demokracja, zero popisow i szpanowania. Jeśli ktoś będzie chciał mogę dokładnie – co do sekundy w każdym z numerów – wskazać gdzie są sola. St. Anger jest świetny. Wszyscy są w tle, na drugim planie, cicho grają, ale jak wyostrzysz uszy to ogłuchniesz.
Moim skromnym zdaniem Death Magnetic wytrzymuje porównanie z czterema pierwszymi płytami. Ale choć kocham Metallikę, to przyznam się, że nie traktuję 4 pierwszych płyt za absolutnie genialne dzieła. Są piękne, ale nie wolne od pewnych słabości – w Kill wkurza mnie produkcja, brzmienie wokalu i Phantom Lord, w Ride za słabsze utwory uważam Trapped i Escape, w Master nie potrafię się doszukać słabości, choć przyznam, że kiedyś nie podobał mi się The Thing. Natomiast do Justice mam więcej zastrzeżeń – za słabe uważam wręcz Beholder i The Frayed Ends…, brzmienie też nie do końca mi odpowiada. PO CO PISZĘ – bo jestem przekonany, że trzeba obiektywnie pisać o całym dorobku Metalliki, a nie mówić z góry, że kiedyś było pięknie, a teraz że też jest nieźle, ale to już nie to samo.
raudio: Frayed Ends.. to moj ulubiony z Justice’a 😀 Powaznie, potem Dyers Eve i dalej cala reszta. Co do Beholdera, zgodze sie, najslabszy punkt programu, ale chyba nie mogloby na jego miejscu byc nic innego i to jest piekne w Metallice. Nie ma co sie rozdrabniac. Ad. produkcji sami wypowiadali sie, ze mysleli o przemasterowaniu calosci, ale.. No wlasnie – po co to zmieniac? Jest doskonale, takie jakie jest i nie warto do tego wracac. Co do Kill’em All – Hetfield nie mial pojecia o wokalu, do tego nagrywajac mial angine (co mu tylko pomoglo) – jako pierwsza thrashowa plyta w ogole raczej nie podlega krytyce 😉 To prawie ze undergroundowy material, wiec brzmienie sila rzeczy jest takie wlasnie. „Escape” – moze epicki nie jest, ale wyobrac sobie zaskoczenie na mojej twarzy, gdy znajoma, ktora na codzien slucha totalnie czego innego, dawno temu pospiewywala sobie refren („Life’s for my own to live my own way..”) 🙂 Podchodzac do wszystkiego analitycznie, krytycznie we wszystkim co istnieje wskazesz jakies wady, a chyba nie o to chodzi.. I tu Cie popieram: trzeba to brac takim, jakim jest, cieszyc sie tym, poczuc, a nie porownywac, bo ich ostatni dorobek nie jest lepszy, czy gorszy, ale INNY – i to ich wyroznia na tle pozostalych, monotematycznych kapel i czyni najwiekszymi.
nie kumam zachwytow nad ta recenzja. moim zdaniem recenzja jak recenzja i tyle.
adenai tu sie zgadzam , St anger to rzeczywiscie patologia… Poza tym forum nie jest chyba od tego , aby milczec?
za riffy z st.anger w latach 80 wielu dalo by se lapy uciac ale coz jak meta gra rocka zle jak gra ostro tez zle no coz tak juz jest
Bluedetto: to bylo tylko takie wyrazenie, nie mialem na mysli zakazu wypowiadania sie..
Ps. Natrafilem wlasnie na cytat, ktorym od dzis bede zamykal usta wszystkim pseudokrytykom / ignorantom:
„Pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze” – Frank Zappa
To nie jest „stara, dobra Metallica”… To jest „nowa, dobra Metallica”… Jest pięknie!! 🙂
faktycznie super rezecnzja, najgorsze w tym to, ze niby do premiery 4 dni :)) a kazdy zna kawalki…
ja, szczerze, nie jestem zachwycony UIII, ogolnie to bardzo dobry kawalek, ale glownie za tekst Jamesa, klimat i solo Kirka
jak dla mnie wstep zdecydowanie za dluuuugi! Za malo motywow muzycznych, 3 glowne partie jednak przeciagaja ten utwor, brakuje niestety wg mnie progresywnego zwolnienia piosenki, takiej pauzy… ogolnie ja bym dal 7/10
Ja nie znam ;] Dalej nie sciagnalem i nie sciagne chociaz mam juz syndrom odstawienia 😉 3 i kawalek dnia jeszcze przecierpie;-) Pozdrawiam
Phi, „obiektywna” recenzja. „Tak, jesteście zachwyceni tą płytą, tak jak ja, i chcecie śpiewać te refreny, bo inaczej nie można, takie są genialne” Błaaagaaam… Już pominę fakt, że nie zgadzam się w kwestii świetności DM, ale to jest recenzja fana i to widać gołym okiem, w przeciwieństwie do bardzo dobrej IMO recenzji Rolling Stone, gdzie nie było „James tak świetnie oddaje to, co czuje”, tylko dla przykładu „nagły atak uśpionej bestii, niczym Rosji na Gruzję”. Czujecie różnicę?
metallice słuchałem lat naście
za najlepsze uważałem genialne kompozycyjnie LOAD, czarny album, And Justice, St.Anger było odkrywcze i dzikie
ale ostatnia płyta
nie będę używał wulgaryzmów, jest delikatnie mówiąc do kitu, nie rusza , nie da sie przy niej skakać, co z tego że panowie sie popisali że umieją grać skomplikowanie i zmieniać rytmy
pare solówek zerżniętych z hevi/power metalu
dla mnie wolałbym aby ta płyta sie nie wydarzyła, bo straciłem sympatie do Metallicy, za najlepsze na świecie uważam Vader, Samael, Blind Guardian, Kreator , Machine Head
nowa Metallica to szajs do kwadratu , niestety nie daje sie tego słuchać, nie byłem w stanie wysłuchać jednego kawałka do końca, przewijałem 🙁
pomyłka jedna wielka i na siłe robiona 🙁
ale to tylko twoja opinia a wiekszość jest szcześliwa
Tłumaczenie byłoby całkiem spoko, gdyby nie jeden WIELKI błąd… Autorem recenzji jest DZIEWCZYNA!
Eh co tu dużo gadać, nie ma co lizać się po dupciach bo album wcale nie jest wybitny. I jestem pewien że gdyby taki album nagrała jakaś debiutująca kapela, to nikt by go nie kupił, a że jest to Metallica to oczywiście nie może być zły album. Nie powiem, pojawiają się ciekawe momenty, parę riffów przypominających dawną metallice ale nic poza tym. Solówki brzmią tak samo, jakby były kopiowane, perkusja ma cieniutkie brzmienie, poza tym jest monotonna (wsłuchajcie się w werbel, jedno tempo przez cały album), wokal jest lepszy niż na St.A. ale i tak słabiutki, bas nieraz daje się usłyszeć nieraz zanika za szumem gitar i perki, no i przede wszystkim, rozciągnięte jak cholera utwory które by były o wiele lepsze jakby trwały po 3 minuty krócej. Już nie będę wspominał o żenujących przejściach między riffami, które nie pasują kompletnie do całości utworów. No i pytam się, po co tyle riffów, przecież metallica stworzyła niesamowite utwory przy pomocy 2, 3 riffów (chociażby Call of Ktulu).Moim zdaniem album jest słaby, niedopracowany, ogólnie dałbym mu 4/10.
A teraz taka mała refleksja:
Metallica to wyjątkowy zespół, i mimo że ostatnie ich dokonania nie są najlepsze, jak najbardziej zasługują na szacunek. Bo ciężko jest nagrać dobry album gdy cały świat patrzy Ci na ręce i co najgorsze spodziewa się dokonań na miarę pierwszych albumów. Gdy zespól nagrywa jeden dobry longplay, zostaje zauważony, ale gdy nagrywa 4, 5, zostaje okrzyknięty bóstwem. Myślę, że ciężko Panom z Metallicy udźwignąć ciężar tej korony, szczególnie że już nie mają 25 lat tylko prawie drugie tyle. Więc z tego miejsca głęboki pokłon w stronę Metallicy.
Zgadzam się z mirasem, mnie również nie powaliła ta płyta mimo że jestem wielkim fanem Metalki. Struktura utworów zbyt pokręcona brakuje im tego czegoś, brzmienie jak dla mnie też pozostawia wiele do życzenia jest jakieś takie płytkie brak mu chyba siarczystości. Solówki powiedzmy sobie szczeże są słabe, porównując wcześniejsze dokonania Kirka (chodzi o pierwsze 4 płyty) to te wyglądają tak jakby ich nie przemyślał, poprostu użył sprawdzonych patentów i to wszystko. Powiem szczerze ostatni album Megadeth zjada DM nie wspominając o tym co wydał Machine Head. Ale napewno jest to o wiele lepszy album od St.Anger czyli pozostaje nadzieja że następny będzie jeszcze lepszy.
miras absolutnie się z Tobą nie zgadzam.Death Magnetic to na prawdę dobry album.Najlepszy od czasów Blacka.Ja na przykład nie odnoszę takiego wrażenia,że utwory są za długie lub też solówki zostały przez Kirka skopiowane.Kirk to wogóle ma u mnie mistrza za to co pokazał na tym albumie.Brzmienie albumu także uważam za dobre.To nie jest drugie Ride the Lightning czy Master of Puppets ale ja nawet nie tego oczekiwałem od Metalliki,aby kopiowała w jakiś sposób swe najbardziej kultowe płyty.Oczekiwałem przede wszystkim tego aby Metallica nagrała na prawdę solidny album na ten czas,na rok 2008.Oczywiście słychać na nim echa przeszłości ale nie można traktować tego jako zarzut pod ich adresem,ponieważ wzięło się to z inspiracji starszymi płytami,Rick Rubin powiedział im przecież aby nie bali się czerpać inspiracji ze swych starszych nagrań.W każdym z utworów na DM dusza Metalliki jest wyczuwalna odrazu.Tak więc,generalnie w nowych kawałkach jest duch starych utworów ale przecież nie można nazwać tego kopiowaniem czegoś co już kiedyś zrobili dlatego,że jednocześnie w mojej opinii zostało to wzbogacone w nowe dzwięki,w nowe partie wokalne(tutaj głównie chodzi mi o refreny)które nadają temu albumowi całkiem nową jakość,nadają mu własną tożsamość,sprawiają że jest czymś nowym w dorobku zespołu.Moim zdaniem bardzo dobrze wszytko to udało się Metallice,oczywiście nie bez pomocy Rubina.Uważam,że Metallica tak na prawdę nigdy swej korony nie utraciła a teraz rozbłyśnie ona jeszcze bardziej za sprawą Death Magnetic.Moja ocena DM to 9/10.
Odnośnie recenzji, na pewno popieram entuzjazm podzielony w stronę 'All Nightmare Long’, mnie również on najbardziej przypadł do gustu po przesłuchaniu płyty.
A teraz już moje zdanie odnośnie całej płyty:
Podoba mi się. Na pewno nie przekreślałem Metalliki ze względu na, hmm.. inny od reszty ich dokonań St. Anger. Fakt, album średnio przypadł mi do gustu (wydawał mi się wydłużony na siłę i odbębniony bez pomysłu, taka droga przez mękę). Czytając komentarze tutaj, sugerując się wspomnianą patologią i osobistością, nabieram dystansu do tej płytki i bardziej potrafię ją docenić, ale bądźmy szczerzy – nie oczekujemy od muzyki, że ukaże nam patologię w jakiej znalazł się się zespół. Chcemy móc włożyć płytę do odtwarzacza i móc jej słuchać na okrągło, bo nie możemy się odpędzić od śpiewania wraz z wokalistą słów piosenki, czy dać się ponosić solówkom.
Słuchając Death Magnetic nie musiałem się nastawiać na jakiś szczególny sposób odbierania tego. Odpaliłem program, a to, czego przesłuchałem, zadziwiło mnie. Rozmawiałem ze znajomymi, przeglądałem strony, a w tym czasie grała mi Metallica. W rezultacie, kiedy nagle rozległa się cisza, musiałem sprawdzać kilka razy, czy utwory na płycie naprawdę nie trwają po 3 minuty. Utwory są długie, główne partie nie wchodzą od razu, lubią sobie coś przeciągnąć. Od razu przyszło mi skojarzenie, że przecież tak samo było na poprzednich albumach. Nikt nie prosił ich, aby powielili to, co już zrobili. Kto chciał kolejne Ride the Lightning? To już było. Chcieliśmy czegoś nowego, co zawierałoby po prostu to, co było dobre w Metallice. I ze swojego punktu widzenia właśnie to otrzymałem. Odnośnie solówek.. Ktoś wspomniał, że Kirk nie pokazał nic nowego, tylko osłuchane rzeczy i sprawdzone patenty. Widać tak właśnie mu pasowało. Jeśli zagrałby coś, co miałoby być na siłę świeże i odkrywcze, ale Kirk nie czułby harmonii grając tego, to mielibyśmy powtórkę z St. Anger. Albo musielibyśmy się ponownie wczuwać i słuchać tego do oporu, aż naszłoby nas, jaki klimat on chce wyrazić. 😉 Dalej, wokal Jamesa. Jeśli mam być szczery, to tego najbardziej się obawiałem. Będąc na koncercie w Chorzowie w tym roku, słuchając innych nagrań live, na pewno wszyscy zauważyli, że zaszła u niego spora zmiana w stylu śpiewania. Wydaje się, że przy wolniejszych piosenkach śpiewa teraz czyściej, ładniej, ale zawsze ceniło się tę agresywność w jego głosie. Materiał z DM rozwiał moje wątpliwości. Pomyślałem sobie 'To nie jest stary Hetfield, jednak ten nowy przekonał mnie skutecznie, że on też to i owo potrafi’.
Na pewno nie będzie to moja ulubiona płyta, ale utwory z niej na pewno znajdą się na mojej playliście wśród często słuchanych. Uważam, że właśnie tego było trzeba. Wzięli sobie na poważnie to, że stoją przez wyzwaniem i wykonali swoją powinność. Teraz okaże się, kto jest fanem Mety, a kto zatwardziałym konserwatystą zakorzenionym w jakiś jednym określonym schemacie. 😉
Widzę w samych komentarzach też pojawiają się niesamowicie ciekawe wypowiedzi. Gratuluję Wam wszystkim!
Wiecie, ja osobiście spotkałem się już kilka razy ze stwierdzeniem, że Suicide & Redemption ssie. Osobiście uważam że jest genialny. Może nie porównujmy ze starymi instrumentalami (to p prostu nie ma sensu), ale jak na płytę Metalliki z 208 roku, wydaje się być naprawdę na poziomie, bardzo mi się podoba.
ja sie z mirasem nie zgadzam! ale to jest wlasnie fajne w tym zespole, wzbudza skrajne emocje i to sie liczy! ostatnie albumy np. Mdeth czy DTheatre gniota ziemie! Spojne, super brzemienie, dobrze dobrana lista. DM ma cos w sobie z albumu i to sie liczy! Utwory mi sie nie dluza, moze czasami ale to ciut ciut! I nie oszukujmy sie, najlepsze brzmienie od Blacka, nie sa juz to takie wyciosane kawalki z paru riffow, maja swoja dynamike, dramaturgie itd.
Mnie sie album bardziej podoba po kilku przesluchaniach, po zapoznaniu sie ze struktura, tekstami itp. Szczerze?! mnie zaden album Metalliki nie wgniotl w ziemie po 1-2 nawet 4 przesluchaniach. Dopiero jak sie mielilo album wielokrotnie wchodzil w moja dusze, a dodac do tego klimat i ze tak powiem lata dorastania czy okres z jakim sie ta muzyka kojarzy to jednak sie koloryzuje stare plyty zespolu.
Tak czy inaczej sola Kirka nie sa idealne, moze 2-3 sa warte uwagi! szkoda, bo to zdolny gitarzysta, aczkolwiek nic wielkiego od kilkunastu lat nie pokazal.
Najwiekszym wygranym plyty jest James tekstowo i wokalnie, cudo! Znikomy bas Roba, ale brzmi tlusto! i ja bede bronil Larsa, wg mnie sama technika lepsza niz na Blacku, ciut gorsze brzmienie, ale widac, ze facet troche sie wzial za siebie i nie ma lojenia 4na4 jak na Loadach w gore
Brawa dla recenzenta za wyczerpujący tekst, ale nie zgadzam się żeby był on obiektywny, jak dla mnie wręcz przeciwnie. Samo określenie „Riff w stylu worka treningowego” nie oddaje w żadnej mierze jego charkteru. Poza tym jak mozna pisać o takim zepsole jak Metallica, że nagrywa kawałki w styluMachine Head??? Przydałoby się trochę respektu, dla żywej legendy jaką jest Metallica…
Jak dla mnie absolutnie cała płyta jest popisem dojrzałości, wywarzenia i dowodem, że samo „niepopierzone” krzyczenie ze sceny nie jest wizytówką metalu. Jednak z tą tezą, sądząc po najrózniejszych komentarzach płyty, większość sie nie zgadza. Jak dla mnie Metallica pokazała najwyżsżą klasę, której cała rzesza młodszych, ale niby bardziej „metalowych” zespołów nie osiągnie nigdy, nawet przez wieki grania. Wystarczy mała kanonda potężnych i poruszających duszę riffów z Death Magnteic, która sprawia że cała reszta przegrywa starcie z Metallicą i to już w pierwszej rundzie. Ale to tylko moje zdanie:)
A ja się upieram przy swoim – Suicide & Redemption to świetny numer i według mnie należy mu się wyższa ocena niż 7/10. Czy to że jest instrumentalny oznacza że mamy go zaraz porównywać z Orionem czy Ktulu? Nie, ten utwór jest zupełnie inny a mimo to kopie tyłek – i o to chodzi!
Death Magnetic moim skromnym kopie dupska! juz wlasciwie polozylem lache na Metallice, a tu TAKIE ZASKOCZENIE! Wg mnie najlepszy album kapeli od 1988 roku! Slychac elementy przeszlosci, a jednak jest bardzo swierzy.
A wracajac do ST ANGER na chwile, to ja nie mam zastrzezenia ani do braku solowek, ani do brzmienia, bo mi nie przeszkadzaja, dobra plyta obroni sie nawet nagrana na dyktafon, byle cos dalo sie uslyszec Jedyne co mnie razi to ARANZACJE, za duzo razy powtarzaja motywy w utworach, jest sporo fajnych riffow, ale nawet najbardziej zajebisty riff grany tyle razy moze zaczac meczyc.
Zgadzam się z Leonem S&R zasługuje na wyższą ocenę,tak samo jak The Judas Kiss, a cała płyta 9/10.Pozdrawiam:)
Zauważyłem, że nikt tu nie docenia pierwszego kawałka z tej płyty, That Was Just Your Life świetnie otwiera a riff na początku jest po prostu genialny. Jak z resztą większość:) i nie zgadzam się z opinię, że jeśli taki materiał wyadałaby pierwsza lepsza nowa kapela to przeszedłby niezauważony – gdyby byłaby to pierwsza płyta M to jestem pewien, że obroniłaby się sama. A, że nie jest wolna od błędów…cóż jest?:)
That Was Just Your Life bardzo mi przypadł do gustu, nie tylko jako „chwytliwy” otwieracz ale ogólnie jako kawałek. Najpierw świetne intro (i ten motyw z biciem serca) a potem solidna porcja bezpretensjonalnej wymiatanki… nie wiem dlaczego ale chwilami kawałek przypomina mi Porcupine Tree z albumu Deadwing. Ogólnie zgadzam się że cały album zasługuje na 9/10.
Wczoraj wracając samochodem z pracy zrobiłęm sobie uroczystą premierę DM
Po pierwszych dwóch utworach spanikowałm że jestem już blisko domu więc pojechałem okrężną drogą bym posłuchać więcej.
Warto było spalić furę bezołowiówki ?
.
Choć chyba zawsze wierzyłem w Metę trochę się bałem czy pod presją nie zmalują czegoś na miarę ReReReLoad ? Teraz czuję się jak uczeń po zdaniu ważnej klasówki.
Jest ok.!!!!
DM nie jest płytą na miarę wielkiego albumu Rage Against The Machine , Neverminde Nirvany czy The Wall Floydów, ale napewno niesie w sobie wielki ładunek emocjonalny i masę mocnych kopniaków w tyłek.
Metallica, jaką kocham potrafi opowiadać historie za pomocą muzyki a na tej płycie udało im się to świetnie. Album każdego zespołu jest konglomeratem przeżyć , próbą pogodzenia sposobu patrzenia na świat jego członków.
W przypadku Mety całą treść temu przedsięwzięciu nadaje, (jak od wielu lat zresztą ) Hetfield. Tak na marginesie, czasem myślę, że Meta to tak naprawdę tylko on i gdyby zamienić mu trzech kolesi, klimat i styl zespołu wcale by się nie zmienił. Wielki szacunek!
Podsumowując DM jest dobrym albumem i Ci, którzy na przestrzeni kilkunastu lat rozwijali się i dojrzewali emocjonalnie wraz z Metallicą będą mieli muzyczno- tekstową ucztę
@Maciek: no ale zauwazmy, ze kultowe albumu staja sie kultowe dopiero po jakims czasie 🙂 tak wiec przed DM jeszcze nic stracone, mnie plyta urzeka z kolejnym przesluchaniem
a jutro dopiero premiera 🙂 wazne ze beda mial ja w reku
Już wiem że nienawidzę tego określenia…
„militarne bębny” 😀
DM 10/10 i wszystko w tym temacie
trzeba przyznać że pan LARS ma kunszt w rękach i niech każdy sobie nazywa bębny jak chce lubię go słuchać a jeszcze leoiej oglądać . na s&m można sobie ustawić samego LARSA mowa oczywiście o DVD. uwielbiam jego grę . poprostu rozpływam się i kropka a nawet 100 kropek. yeaaaaah
St. Anger jest super ale DM rozwalił mnie na łopaty. Chyba powieszę głośniki na suficie, żeby wgniotło mnie w ten dół z okładki płyty!
Recenzja rzetelna i wyczerpująca. Nie jakies wypociny bez uzasadnienia
Po trzech słuchaniach jak dla mnie:
nr 1 – All Nightmare Long – co przewidywalem juz po ujawanieniu 30-sekundówek. WALEC
nr 2 – ThatWas Just Your Life – otwieracz na miarę Battery
nr 3 – Unforgiven III – jakoś tak nastraja….
nr 4 – cała reszta 🙂
Kolejne odsłuchy mogą namieszać na mojej liście… ale ANL wydaje sie nie do pobicia. Nie staram sie porównywać do innych albumów,bo ten nie jest żadną kopią. to jest po prostu coś nowego.
A co do dyskusji o St. Anger – do mnie ten album dotarł w ubiegłym roku dopiero. Na początku dwa utwory znane wszystkim przypadły do gustu ale nie powaliły. Potembyły próby przesłuchania całości, oglądanie genialnego filmu SKoM. Nadal całość była jakaś ciężko strawna. Płyta trafiła na półkę i się prawie pokryła kurzem. Aż w końcu……Sweet Amber,The Unnamed Feeling…genialne jak dla mnie 🙂
A DM teraz na pewno bedzie słuchane wszędzie! Az w koncu trafi na jedną płytę z pozostałymi w wersji MP3 i odtwarzanie losowe…..
Woytas
Dla mnie S&R został źle oceniony… min. 9/10
To naprawdę świetny kawałek…
Pozdrawiam
Recenzja dobra.
Ja bym poprostu do każdej oceny piosenki dodał +2 i wtedy recenzja byłaby obiektywna, doskonała w każdym calu.
Pozdrawiam ludzi którzy uważają, że „Death Magnetic” to najlepsza płyta Metallicy 🙂
Jak dla mnie DM jest na 10/10!!! Super płyta, najfajniejsza ze wszystkich , podobają mi się wszystkie utworki, słucham jej na okrągło od pażdziernika…Fanką Mety jestem 20 lat…Pozdro
Pł|ytka wporzo jest, kolo który recenzuje tą płytke to……………kurwa koleś jest mocny, dobry krytyk;
)) A jak dla mnie, no płyta spoko, ale….??? dopowiedzcie sobie sami …..miłego słuchania!!!!
Zgadzam się z recenzją S&R, ale nie z oceną końcową – ten kawałek spokojnie zasługuje na solidne 8/10, jak nie więcej. Z drugiej strony, Unforgiven III wcale nie jest takie świetne aby otrzymać aż 9.5/10… moim zdaniem nawet 9/10 to za dużo.