Ostatni z wywiadów zamieszczonych w letnim wydaniu magazynu The Rolling Stone. Basista Metalliki wyjaśnia, dlaczego nadal czuje się „tym nowym”, jaką rolę pełni w zespole, opowiada też o wpływie Cliffa na dzisiejszą Metallikę i ile riffów napisano na nowy album. Również u nas możecie przeczytać rozmowy z Jamesem, Kirkiem i Larsem.

– Czy po dziewięciu latach w Metallice nadal czasem czujesz się jak ten nowy?
Tak. Czułem duże wyzwanie przy każdym kawałku granym na urodzinach w Fillmore. Zabawne, że podczas „Phantom Lord”, przedostatniego kawałka na ostatnim koncercie, przegapiłem zmianę tonacji. Lars popatrzył na mnie z pogardą; on potrafi rzucić takie spojrzenie, którego nie chciałbyś zobaczyć. Po wszystkim już przepraszałem ich. Powiedziałem w szatni: „Stary, wybacz, pogubiłem się”. A oni na to: „Ach, ty też? My również!”. Ale w tamtym momencie czułem się, jak ten nowy, co schrzanił sprawę.
– Jak określiłbyś swoją rolę w Metallice?
Jestem tym, który wybiega przed resztę – o konkretne sekcje, nuty, buduję podstawy. Lepiej, gdy jestem dziesięć kroków do przodu, niż dwa do tyłu. To oni napisali muzykę. Oni ją nagrali. Jest częścią nich. Ale chcę, by mogli polegać na mnie.
Na początku okropnie było być gościem, który nie znał danego utworu na wylot. Zacząłem pracować nad „The Call of Ktulu” rok zanim zagraliśmy to na żywo. Miałem nadzieję, jako fan Metalliki, że któregoś dnia to zagramy. Wciąż namawiam ich na zagranie „The Frayed Ends of Sanity”. Jeszcze nie zgodzili się.
– Czy częścią twojej pracy jest podtrzymywanie ducha i standardów narzuconych przez Cliffa Burtona?
Naprawdę w to wierzę, szczególnie teraz, gdy gramy utwory takie jak „Orion” czy „The Call of Ktulu”. To był spory krok naprzód, bo te numery nie były wcześniej grane na koncertach. Wyzwaniem było opanowanie ich i zrozumienie ich ducha. Każdego wieczoru, gdy je gramy, czuję, że Cliff jest tam z nami.
– Czy kiedyś spotkałeś go lub widziałeś grającego z Metalliką?
Nie, i to jest w tym najdziwniejsze. Najlepszy przyjaciel Cliffa to także mój najlepszy przyjaciel, (perksusista – red.) Mike Bordin z Faith No More. Graliśmy razem w zespole Ozzy’ego. Gdy miałem przesłuchania do Metalliki, zatrzymałem się w domu Mike’a. Siedziałem w pokoju gościnnym, była 2 w nocy, uczyłem się „For Whom the Bell Tolls”, a na ścianie wisiał duży plakat z Cliffem. Patrzył na mnie, gdy uczyłem się tego kawałka.
– Czy na twojej liście życzeń co do Orion Music + More były zespoły, których nie dało się zorganizować?
Fajnie byłoby, gdyby zagrali Suicidal Tendencies (poprzedni zespół Roba). Na mojej liście byli Rodrigo y Gabriela, ale nie mogli przyjechać. Gdyby to ode mnie zależało, graliby tam Bootsy Collins i Parliament-Funkadelic.
Mamy odmienne zainteresowania. Lars nie lubi rysunków hot rodów. Jest bardziej abstrakcyjny, nowoczesny. Kirk kieruje się bardziej ku Buddyzmowi. Ten festiwal to oddaje. Jednak na koniec fani i tak dostaną „Master of Puppets” i „Fight Fire With Fire”. My też je lubimy.
– Jesteś w Metallice od 2003 i pojawiłeś się dopiero na jednym albumie. Czy takie tempo nie frustruje cię?
Czasami. Ale zrobiliśmy dużo w tym czasie. Weź na przykład występy w Fillmore – poszło w to tak dużo pracy. Nagrywanie płyty to olbrzymia rzecz: przygotowanie utworów, docieranie ich. Wszystko trzeba dopieścić, np. wokale. Jest wiele możliwości, a James chce spróbować każdej. Solówki w tym zespole też zabierają czas. Lars zawsze chce w tym uczestniczyć.
– Ile napisaliście na następny album, jeśli chodzi o riffy?
Mam około 20 pomysłów, które naprawdę uważam za dobre, podczas gdy na Death Magnetic było ich jeden czy dwa. Jeden z nich zamienił się w „Suicide and Redemption”. Hetfield to maszyna do tworzenia. Kirk ma ponad 300 pomysłów. Jest pełno materiału z rozgrzewek w tuning roomie podczas kilku lat koncertowania. Mam więc 20 pomysłów, w których pokładam wiarę.
– Jaki jest najlepszy?
(uśmiecha się) Jeden z nich przypomina mi coś z Vol. 4 Black Sabbath.
