Jak wiecie mieliśmy u siebie konkurs w wyniku którego rozdaliśmy dwie wejściówki do jednego z dwóch kin w Polsce, które transmitowały drogą satelitarną bułgarskie Sonisphere (z którego powstanie DVD i podczas którego Wielka Czwórka wykonała wspólnie Am I Evil?). Zapis w jakości HD całego wydarzenia możecie obejrzeć tutaj i większość z Was pewnie już była jego świadkiem, natomiast warto przeczytać jak z perspektywy widza całość prezentowała się na żywo. Gorbaczowsky – jeden ze zwycięzców konkursu – napisał własną relację.

Jechałem na transmisję z koncertu z pewnymi obawami. Jakby nie patrzeć, jest to ekran – a nie jak prawie tydzień wcześniej żywy, ruchowy obraz. Nieważne jednak, w końcu będę oglądać Wielką Czwórkę jeszcze raz!
Kiedy już z wieloma problemami dojechałem do Centrum Sztuki Filmowej, dojrzałem rzecz do tej pory przez mnie nieznaną – kolejkę przed kinem (wszyscy oczywiście koszulki Metalliki, Megadeth, Slayera i… AC/DC). Troszę cisnąwszy się dotrałem do kasy, gdzie używając tajemnego artefaktu „Dowód osobisty”, odebrałem piękne zaproszenie na seans. I przy wejściu czekało mnie kolejne zaskoczenie – ochrona. Sprawdzano, czy ktoś nie wnosi „urządzeń rejestrujących obraz i dźwięk”, tak więc wszystkie torebki/plecaki/siatki były sprawdzane. Na szczęście nie posiadając bagażu, od razu prześliznąłem się i ruszyłem do toalety, coby podczas koncertu nie wychodzić (na Bemowie stałem w ścisku przez 5 godzin pod barierką, takie moje przyzwyczajenie i zabezpieczenie :D).
Rząd 6, miejsce 15. Zasiadłem i wpatrywałem się w ekran, na którym wyświetlono tylko logo festiwalu Sonisphere. Nic się nie działo do 19:00 – od tego momentu moje życie zmieniło priorytety…
Równo 19:00 na ekranie pojawił się Lars, Scott z Anthrax oraz Dave Mustaine rodem z Megadeth. Rozprawiali bardzo długo na temat tego, jak wspaniałą instytucją jest Wielka Czwórka i jak świetnie jest grać razem, różnorakie grzeczności… Gadania Larsa nie było końca. Na szczęście w pewnym momencie zamilkł i trójka życzyła miłego oglądania koncertu.
Po kanapowej gadce pojawił się Kerry King (wyluzowany, pijący piwko na backstage), który nie tylko przypomniał, że do koncertu zostało 10 minut, ale także odpowiadał na pytania. Te zaś były tak „niespodziewane”, na przykład jak się czuje, że grają razem itp.
Wywiady się skończyły, czas na koncerty – a w sumie na tak zwany warm-up. Pokazywano, jak publika zbiera się przed koncertem Anthraxu pod sceną, jak piją, całują się i pchają przez bite 5 minut. Cóż, nic nie przygotowano najwyraźniej.
Anthrax przybył i zagrał set identyczny jak na Bemowie: nie zabrakło pióropusza w „Indians”, roverów „Heaven & Hell” i „Antisocial”. W sumie jak się widziało na żywo, to nic nowego – energiczny występ za to pozostał. Wszyscy na sali w spokoju siedzieli i oglądali, wychodząc raz po raz do toalety.
Następny w kolejce był MegaDave z zespołem. Niespodziewanie dla mnie, po ledwie trzech piosenkach zabrzmiał „Headcrusher”. „Co to jest? Skrót czy co?” – nie umiałem uwierzyć. Po prostu okazuje się, że bardzo były gitarzysta Mety w przeciwieństwie to macierzystej grupy potrafi bardzo gruntownie zamieszać w setliście. Można było usłyszeć także „In My Darkest Hour” (piosenka napisana ku pamięci Cliffa Burtona), Sweating Bullets (w momencie rozpoczynania utworu jakiś facet na prawej stronie sali kinowej rozpoczął skowyt radości i można to uznać za pierwszą interakcję na tej transmisji – dalej było tylko ciekawiej), Peace Wells, które zostało zakończone aplauzem ćwiartki zebranej gawiedzi. Można zatem śmiało stwierdzić – Rudy najlepiej supportował w katowickim Centrum Sztuki Filmowej J
Szybka czołówka z nazwą zespołu i wiadomo, co nadchodzi. Szatan(y)! Slayer, dokładnie mówiąc. Nie spodziewałem się, żeby kogokolwiek ruszyło z miejsc, a jednak. Jedna wielka masakra i to w świątyni kultury, jaką jest kino! Fragmentarycznie jednak savoir-vivre pozostał – po KAŻDYM utworze Zabójcy były gromkie brawa (sam nie wiem jak to pasuje do Slayera, ew. klaskanie do ekranu z transmisją koncertu jest dziwne, nieprawdaż?). Apogeum koncertowego „wzniecenia” (w tym autora) dopadło przy Angel of Heath – ten utwór ma pazur. Sam nie wiem, czemu ryczałem „Arajaaaa, Lombardooooo!” i pokazywałem różki – chyba podobnie pół kina nie wie.
Kerry King i spółka pożegnali się z publiką i… Włączyły się światła. Tego nikt się chyba ie spodziewał, przecież wszystkie koncerty szły jak po sznurku, a tu takie… Zaczęły się domysły – a nuż się projektor zepsu… O, działa. I nawet coś wyświetla.
Coś smutnego wyświetla. Wspomnienie o Ronnie Jamesie Dio. Towarzystwo kanapowe plus King wspominali niedawno zmarłego na raka towarzysza. Okazało się, że każdy zespół z Wielkiej Czwórki miał okazję zagrać na jednej scenie z Dio i każdy wspaniale pamięta ten moment. Materiał zakończył się treściwym i zrozumiałym komunikatem:
Ronnie James Dio
RIP 1942-2010
[filmik i tłumaczenie wywiadu tutaj]
I ruszyła maszyna po szynach – Metallica na scenie! Cała sala oszalała. Nie pokazano na dużym ekranie intra, więc realizator musiał się posiłkować telebimami na Lewskim Stadionie.
Mocne wejście w postaci Creeping Death doprowadziło do wrzenia na sali, a FWTBT podniósł na nogi pierwszych śmiałków, którzy stanęli pod ekranem i headbangingowali (Słowo honoru!). Po tym utworze… Był naprawdę dziwny, szybki przeskok do Harvester of Sorrow, co uświadomiło mi, że nie mam do czynienia z transmisją na żywo (jak początkowo twierdziłem). Cóż, powinien być Fuel, ale nie było – za to wykonanie HoS było świetne. Podobnie z resztą jak Fade to Black (w przeciwległym rzędzie pojawił się śmiałek z zapalniczką!), które zostało pod koniec również troszkę podcięte (pominięto That Was Just Your Life wraz z filmikiem, zupełnie niezrozumiałe podejście dla mnie), wrzucono szybko Cyanide, które jednak wyszło dość słabo. Następnie wycięto aż trzy piosenki (Sad But True,
Welcome Home (Sanitarium) oraz All Nightmare Long) pod rząd, by przejść do One, które zrobiło na sali porządną furorę, którą mogło przebić tylko… Master of Puppets. Całe kino po raz pierwszy śpiewało, podnosiło ręce do góry, trzepało głowami, a nawet schodziły coraz liczniejsze grupy ludzi pod ekran katowickiego CSFu. Była moc.
Ale szybko się wyłączyła. Gdzie Blackened? Kolejny utwór przepadł, co denerwowało niezmiernie. Złe emocje mieszały się z dobrymi, bo na pograniczu Nothing Else Matters i Enter Sandman James przykucnął, a na jego rękę została skierowana kamera, ukazująca kostkę z logo Wielkiej Czwórki (BTW, fajerwerki podczas tego drugiego na ekranie robiły jeszcze większe wrażenie niż na żywo, serio!). Zwiastowało to koniec właściwego setu.
Czyżby koniec? Odbębnią zwykły koncert i tyle?
Wątpliwości rozwiane zostały bardzo szybko. Wprowadzająca mowa Heta, niespodziewane pojawienie się Belladonny na scenie i te dodatkowe werble… I nagle informacja: wielka Czwórka, Am I Evil?, jazda! Nie byłem w stanie uwierzyć – cały czas kiwałem głową, że to niemożliwe. Pięknie było – nie przeszkodziło mi nawet to, że Mustaine spóźnił się ze swoim wokalnym wejściem. Potem były uściski (Araya i Hanneman na końcu przyszli się wyściskać chyba tylko) i podziękowania.
„Wspaniałe na finał” – tak właśnie pomyślałem. Ale proszę, to nie koniec! Hit The Lights (aż chciałoby się, żeby zagrali to z Rudym, oj…) i obowiązkowe Seek & Destroy, podczas którego nogi tupały bardziej w podłogę niż bas z głośników.
Nikt nie miał wątpliwości, uczestniczyliśmy w wydarzeniu wyjątkowym. Było tak nieprzewidywalne, że każdy utwór dawał wielką radość. Trzeba było się pojawić w kinie lub na stadionie, bo nie wiem, czy DVD odda atmosferę takiego thrashowego święta, jakie odbyło się 22 czerwca w Sofii i pośrednio w Katowicach (i wielu różnych miejscach).
Kwestie techniczne: Dźwięk zaiste koncertowy, czyli dudniąco-ogłuszający bas; obraz ostry do tego stopnia, że można było zliczyć krople potu na czole Heta; kamerzyści fajnie pokazywali obraz; montażowo mogło być troszkę lepiej. Jak na godzinne (?) opóźnienie – bardzo dobrze przygotowanie.
gorbaczovsky