Po ponad miesiącu spędzonym w praskim areszcie, frontman Lamb of God – Randy Blythe – został z niego zwolniony i wrócił do kraju.
Ciążyły na nim zarzuty pobicia ze skutkiem śmietelnym w zw. z zajściem z maja 2010r., kiedy to 19-letni fan (podobno nie będący pod wpływem czegokolwiek), który trzykrotnie próbował wedrzeć się na scenę po barierkach, został przez Randiego zepchnięty z powrotem w publikę (poprzednie dwa razy zrobiła to ochrona, za trzecim nie zdołali powstrzymać nadgorliwca). Chłopak rzekomo uderzył się w głowę, po czym w późniejszym czasie zapadł w śpiączkę i zmarł po kilku tygodniach. Wokalisćie groziło od tej chwili od 5 do 10 lat więzienia. Czesi próbowali uzyskać wsparcie amerykańskiego departamentu sprawiedliwości, jednak spotkali się z odmową. Instutucja jednak nie poinformowała o tym managementu zespołu, dlatego ten – nieświadomy konsekwencji – zjawił się w Czechach ponownie.
Bez wdawania się w szczegóły, dość powiedzieć, że Randy wyszedł za kaucją w wys. $285,000 (ok. 1,5-rocznych zarobków oskarżonego) i wylądował już na rodzimej ziemi Stanów Zjednoczonych – konkretnie w Nowym Jorku dziś (3 sierpnia) o 1:00 w nocy naszego czasu.
Nie oznacza to uznania go za niewinnego w świetle czeskiego prawa. Po prostu nie jest dalej zatrzymywany, jednak sprawa toczy się dalej. Blythe nie zamierza jednak uciekać i chować się za ekstradycją. W wypowiedzi dla TV Nova Randy skomentował:
„Odczuwam ulgę, że nie siedzę już w areszcie w Pankrác. Nie było źle, ale nie było to też zbyt przyjemne. Odczuwam ulgę, że nie jestem już w areszcie, ale jeżeli konieczne będzie stawienie się na tą całą sprawę sądową, to zdecydowanie to zrobię.”
Póki co zespół wznowił swoją odwołaną trasę po USA, w tym występ na slipknotowym festiwalu Knotfest.
Poniżej zdjęcia Randiego po wyjściu na wolność:

