Jakiś czas temu niejaki Keith Carman na łamach serwisu exclaim.ca napisał miejscami mocno dyskusyjny tekst o tytule jak wyżej, który postanowiliśmy dla Was przetłumaczyć.

Tłumaczenie START.
Zanim przedwcześnie zareagujecie i zaczniecie wyzywać nas wszystkimi epitetami ze słownika, miejcie na uwadze kilka rzeczy. Wiemy, że ten artykuł jest drażliwy i nie twierdzimy, że ktokolwiek powinien [był] zginąć, a na pewno nie jeden konkretny członek Metalliki bardziej niż inni, prawda Lars? Jesteśmy po prostu realistami, na swój pokręcony sposób wskazując, że na to, aby Metallica dała radę przetrwać ostatnie trzy dekady, była tylko jedna opcja. Na nieszczęście okazała się nią być strata Cliffa Burtona, R.I.P.
A dlaczego musiał odejść? Pozwólcie, że w tym celu uzasadnienie przedstawimy w formie listy:
1. Aby przybliżyć Metallikę masom.

Gdyby nie utrata Burtona, metalowy świat prawdopodobnie nadal tkwiłby w undergroundzie. Jakkolwiek desperacko to brzmi, Metallica w zasadzie samodzielnie uczyniła cały ten gatunek potęgą i wielkim finansowym potworem, który nie opuści nas prędko. Gdyby Burton wciąż tu był, zespół prawdopodobnie dalej wydawałby solidne albumy, o których wiedziałaby tylko mniejsza część z nas. Jednak – jak mówią podstawowe prawa fizyki – każda akcja ma swoją reakcję o równej, bądź większej sile i podobnie z eksplozją Metalliki nadeszła fala tych wszystkich gównianych kapel inspirowanych metalem, zapychających fale radiowe.
2. Aby Jason Newsted mógł zaoferować światu coś więcej niż Flotsam & Jetsam.

Jason Newsted to zasadniczo najfajniejsza rzecz, jaka przytrafiła się Metallice od momentu nagłego odejścia Burtona (Rob Trujillo jest spoko, ale jednak lepszy był w Suicidal Tendencies), będąc zarazem odpowiedzialnym za kilka naprawdę wspaniałych momentów w historii zespołu. Nikt nie może powiedzieć, że nie cierpi Garage Days Re-Revisited, czy roli jaką Jason odegrał w Some Kind of Monster, gdzie – poza obecnym tam też pierwotnym członkiem Metalliki i założycielem Megadeth, Davem Mustainem – jest jedynym białym słoniem*. Bez osiągnięcia przez Newsteda popularności nie mielibyśmy również zmartwychwstania kariery Voivod, co jest zdecydowanie dużo bardziej ekstra niż, cóż, wiecie kto aktualnie przechodzi załamanie. Oczywiście nie mielibyśmy również Echobrain, ale to już dygresja.
*biały słoń (a white elephant) to angielski idiom oznaczający coś zbędnego / bezużytecznego / luksusowego, co [jednak]kosztowało [nas]bardzo wiele fatygi, pieniędzy, etc.
3. Aby świat mógł wreszcie dostrzec, jak świetni byli The Misfits.

Założyciel Misfits, Glenn Danzig, ma u Metalliki wielki dług i vice versa. Cholera, metal w ogóle ma spory debet u Evil Elvisa. Jednakże, to nadal ma wiele wspólnego z Burtonem. Miał tatuaż Crimson Ghost, gdy jeszcze ani sztuka zdobienia ciała, ani Misfitsi nie znajdowały społecznej akceptacji (nie żeby on się tym przejmował), ani też nie należały do popularnych. Ponadto, zmusił on pozostałe Metallikotki – a tym samym później i miliony fanów – do uświadomienia sobie geniuszu Glenna Danziga, nakłaniając ich do nagrania coverów niektórych z jego najznakomitszych kawałków i to – można się spierać – ich najlepszy wyczyn jak dotąd. I spójrzmy prawdzie w oczy, tylko The Misfits, The Ramones i Motorhead są tymi, którzy na dobre sprawili, że punki i metale potrafią żyć obok siebie.
4. Metalowi dziennikarze / puryści nie mieliby o czym biadolić, gdyby Burton wciąż był z nami.

Ilu z nas zbudowało swoje kariery pieprząc o tym, jak Metallica ssie od odejścia Burtona? Z perspektywy czasu nawet …And Justice for All wydaje się zupełnie nabrzmiałe i słabe. Gdyby Burton nadal żył, Metallica pozornie nadal by rządziła i nie mielibyśmy czego wyśmiewać, nienawidzić albo apropos czego tworzyć jakieś naprawdę głupie listy.
5. Cliff Burton był z nich najfajniejszy.

Spójrzcie wstecz. Do diabła, spójrzcie na teraźniejszość. Lars to chytry lis, Kirk to miękka buła, a James to po prostu palant. Nie był tym najrówniejszym gościem w zespole, dopóki Cliff nie odszedł i oni sami pewnie by Wam to dziś powiedzieli. We wszystkich wywiadach od tamtej chwili każdy z nich zawsze wspomina, jak ubóstwiali tego gościa, zupełnie jakby był Jezusem heavy metalu i, zależnie od Waszej religii (moją jest metal), tak jak Jezus by ocalić ludzkość i on musiał odejść.
Pomijając sytuację z potencjalną utratą wokalisty, a tym samym całkowitą utratą [roz]głosu, jest niemal pewne, że gdyby Cliff Burton nie odszedł, gówno by wszystkich obchodziło, co dalej działo się z Metalliką po tamtej brzemiennej w skutki nocy.

Tłumaczenie STOP.