Phil Anselmo (ex-Pantera, Down i in.) rozmawiał z Markiem Eglintonem z The Quietus z okazji 25-lecia „Reign In Blood” o tym jak odkrył Slayera, jak się z nimi poznał, jakie to miało skutki dla Pantery i co o nich i o ich jubilatce sądzi.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=3Vcn5GfRsXE

– Philip, jak odkryłeś Slayera i jak wpasowywał się w to, co jako muzyk ówcześnie robiłeś?
Pamiętam, że blisko obserwowałem heavy metal, jak ewoluował. Miałem jakieś 15 lat, czy jakoś tak, gdy „Kill’Em All” Metalliki naprawdę wyznaczył standard dla tego typu metalu z brzmieniem swoich chrupkich gitar. „Show No Mercy” Slayera było świetnym albumem, ale nadal pozostawiał wiele pytań co do tego, dokąd to zmierza. Potem „Haunting The Chapel” okazało się dużo bardziej bezlitosną propozycją, ale nadal, to była tylko EP-ka. W końcu, gdy Slayer wydał Hell Awaits, ja, podobnie jak wielu innych, byłem kupiony. Ta płyta jest nadal moją ulubioną. Bardzo inspirowana Mercyful Fate, jeśli chodzi o riffy, ale sęk w tym, że: Slayer stał się bardziej ekstremalny, podczas gdy kapele jak Metallica szły w bardziej akceptowalnym kierunku. Ja byłem Slayerowym dzieciakiem w 100%.
– Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy usłyszałeś Reign In Blood? Narysuj sytuację i powiedz nam, co pomyślałeś z początku…
Kupiłem „Reing In Blood” na winylu zaraz gdy wyszło. Naprawdę nie miałem kasy, z którą mógłbym coś zrobić, ale zdobycie tej płyty było nieodzowne… Cholera, pewnie bym ją ukradł, gdyby nie przyjaciel, który mi pożyczył kasę, żebym mógł to kupić. W każdym razie, jedyne, na czym mogłem tego posłuchać, to gówniany gramofon kumpla w lokalu, w którym mieszkałem, a on ciągle przeskakiwał – byłem wściekły! Ale ostatecznie nabyłem kasetę i cała, cóż, miażdżyła! Nie było żadnego występu, na który bym nie poszedł, na którym RIB nie było głównym tematem wieczoru, to zabiło wszystko inne już uważane za „ciężkie”.
– Które utwory odstają od reszty i dlaczego?
Od czego tu zacząć? „Angel of Death”, „Piece by Piece”, „Altar of Sacrifice”, „Jesus Saves”, „Criminally Insane”, „Raining Blood”. Każdy z nich to brutalny majstersztyk. Slayer nieco przystrzygł swoje riffy, ale nadal były dość skomplikowane, żeby przykuć moją uwagę i innowacyjne, że brak słów. Ekstremalna perkusja, ekstremalne wokale, ekstremalne koncepty, szaleńsze riffowanie i solówki cholernie nie w tonacji… niczym Czarna Flaga opętana przez Katolickiego Szatana. Uwielbiam.
– Czy – świadomie lub nie – przenieśliście jakikolwiek aspekt RIB dalej do materiału Pantery, a jeśli tak, które utwory, albo motywy są najbardziej zainspirowane?
Oczywiście. Było w tym trochę wpływowej magii. Byłem fanem Slayera wśród chłopaków z Pantery – oni tkwili w Metallice, Motorhead i Def Leppard, etc., więc byłem trochę wyrzutkiem. Ale nie można było zaprzeczyć, że siła i popularność Slayera wzrastały, więc trudno było to kolegom ignorować. Slayer grał w sobotnią noc w Dallas na trasie South of Heaven i wpadli do miasta na dzień przed. Mój wspaniały przyjaciel, trener boksu, Mad Maxx Hammer w Z-Rock (który wtedy był DJ-em) zasugerował gościom ze Slayera, że powinni wpaść zobaczyć jak gramy w ten piątek. Cóż, Tom, Kerry i Jeff przyszli, i streszczając maksymalnie całą tą bardzo długą opowieść, Kerry i ja skumaliśmy się nieźle. Kerry i Jeff nawet weszli pojammować z nami „Reign In Blood” tego wieczora. Kilka miesięcy później Kerry zadzwonił do mnie i powiedział, że chciałby wpaść coś porobić (był pomiędzy odnogami trasy) i pojammować z nami. To jam session… uczenie Dimebaga riffów Slayera, a uczenie Kerry’ego naszych rzeczy przez Dime’a miało zdumiewający wpływ. Nie szukajcie dalej jak w końcówce „Domination”, żeby usłyszeć wpływ Slayera, to kurwa oczywiste!
– Slayer supportował Panterę w 2001r., co czułeś mając ich wsparcie biorąc pod uwagę twój stosunek do ich muzyki?
Wiedziałem tylko, że lepiej, jeśli będziemy jammować ile wlezie co wieczór. Naprawdę musieliśmy być w formie. Granie po Slayerze to do cholery nic prostego, gdy ruszali z kopyta z „Angel of Death” albo „Raining Blood”… adrenalina ciągle mi skacze na samo myślenie o tym! Tak się nakręcałem oglądając Slayera, że musiałem potem odetchnąć raz (lub dwa), żeby w ogóle się pozbierać i grać nasz set. To prawda! Slayer był najbardziej szalonym motywatorem ze wszystkich… i mam na myśli ZE WSZYSTKICH.
– Podsumuj, jak twoim zdaniem RIB wpisuje się w ogólny ustrój heavy metalu?
Nadal przechodzi próbę czasu i nadal zabija – nieskazitelny, klasyczny album. Dla mnie, Slayer wynalazł styl heavy metalu, który uwielbiam: ody do Szatana z niezgranymi, gitarowymi harmoniami i piorunującymi bębnami. Oni wynaleźli ten styl – to mówi wszystko. Mogły być obok inne świetne zespoły – świetne, wpływowe kapele – ale Slayer jest jeden w moim sercu aż nie zejdę, kropka. I sądzę, że historia będzie dla nich łaskawa. Przynajmniej pod moim dachem są legendami.