W 2012 roku Metallica zaprezentowała światu największą w swojej historii scenę do koncertów halowych. Przedsięwzięcie nazwano 'The Full Arsenal’, gdyż olbrzymia scena miała pokazać swego rodzaju koncertowe 'best of’ zespołu, w tym elementy, których wielu fanów nie miało okazji zobaczyć na żywo, takie jak białe krzyże z trasy 'Master of Puppets’ czy rozpadający się posąg temidy (przez zespół zwanej Doris) uświetniający wykonanie …And Justice For All. Metallica skorzystała z konstrukcji podczas 8 koncertów w Meksyku, a następnie zabrała ją do Kanady, gdzie kręcono materiał koncertowy, który będzie przeplatał mający premierę w tym roku film 3D „Through the Never”.
W specjalnym i bardzo obszernym wywiadzie dla kwartalnika So What! nr 4/2012 James, Kirk, Lars i Rob zdradzają źródło pomysłu, kulisy przedsięwzięcia i mnóstwo ciekawostek z nim związanych. Pełne tłumaczenie w środku.

Jak już zdążyliście się wszyscy dowiedzieć, priorytetem Metalliki jest teraz kręcenie filmu 3D. Nieodłączną częścią tego projektu był show na scenie, tak niesamowicie wielki i obejmujący wszystko, że ktoś gdzieś nazwał go „arsenałem” najlepszych chwil Metalliki na żywo. Stąd zrodził się The Full Arsenal. Pierwszy raz usłyszałem o nim w Belfaście w maju 2010 roku, kiedy to siedziałem cicho w dużej sali konferencyjnej i obserwowałem menedżerów zespołu (zwłaszcza Petera Menscha), przedyskutowujących pomysł występu na żywo z różnymi „trikami” reprezentującymi najważniejsze punkty w ich karierze. Było to uzupełnione prezentacją video Marka Fishera (człowieka odpowiadającego za tak znaczące produkcje jak zespołu Pink Floyd – a później Rogera Watersa – koncerty The Wall).
To było naprawdę coś – móc poobserwować, jak ludzie ekscytujący się niczym dzieci (Mensch jest entuzjastą występów na żywo i wciąż uwielbia wyzwania, jakimi są te inicjatywy) rzucają takie pomysły przy stole. W tamtej chwili (biorąc pod uwagę niektóre koszta) zastanawiałem się, czy zdołają udźwignąć ową ideę i rozwinąć ponad etap „zalążka”. Miało to być drogie, czasochłonne i ryzykowne…
W lipcu tego roku Mexico City było przez prawie trzy tygodnie domem dla małej Metalliarmii. To właśnie po rocznym okresie, który upłynął pod znakiem nagrywania Lulu z Lou Reedem wobec znikomego uznania ze strony słuchaczy oraz grania na Środkowym Wschodzie i w Indiach, zespół zaangażował się w ten projekt filmu 3D. Szczerze mówiąc, jeśli poddany im pomysł nie łączyłby się z dużym poziomem ryzyka, potrzebą czasu, wysiłku i wydatków, wątpię, że byliby zainteresowani.

A więc… półtora roku temu postawiliście się w bardziej „artystycznie wymagających” i „niewygodnych” sytuacjach niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich 15 lat. Graliście koncerty w Fillmore, które z tego, co wiem, były prawdziwą próbą sił. Nagraliście Lulu z Lou Reedem. Wzięliście na siebie ten festiwal Orion. A w trakcie tego wszystkiego, na pewnym etapie, zdecydowaliście się zrobić film. Zanim przejdziemy do tematu filmu, chciałbym porozmawiać z wami o tym, czy to prawda, że ciągle poszukujecie najbardziej ekstremalnych wyzwań, jakich tylko się da. Czy uważacie to za trafne stwierdzenie? I dlaczego?
Lars Ulrich: Nie wiem, czy „poszukiwanie” jest właściwym słowem. Nie wiem, czy którykolwiek z nas siedzi tu i myśli sobie „Namieszajmy sobie najbardziej jak się da”. To dzieje się dosłownie w bardzo naturalny sposób. Mówiłem to już tysiąc razy. Lou Reed pyta: Chcesz nagrać płytę z Lou Reedem? OK! Zróbmy to… Zdaje mi się, że ludzie wyobrażają sobie czterech kolesi z Metalliki siedzących i dokładnie obmyślających plan tych wielkich przedsięwzięć. Ale tak nie jest. Weźmy ten film. Peter Mensch obudził się w środku nocy i wpadł na pomysł tego filmu z najlepszymi momentami, a potem usiadł i porozmawiał z nami o nim dwa i pół roku temu, i brzmiało to jak ciekawe wyzwanie. Ale nie jest tak, że mówimy „Wymyślmy jak najwięcej rzeczy do zrobienia, żeby tylko nie nagrać płyty pełnej nowych kawałków”.
Cóż, pozwól, że ujmę to w inny sposób. Czy myślisz, że być może jako zespół i jako ludzie pracujecie najlepiej, kiedy staniecie tak blisko przepaści, jak to tylko możliwe? Czy prawdą jest, że kołyszecie się w rytm muzyki trochę lepiej i trochę naturalniej, kiedy wasze plecy są przyparte do muru wyzwaniem?
LU: Myślę, że to jest związane z ciekawością. Myślę, że cała nasza czwórka ma bardzo ciekawskie osobowości i jest otwarta na wiele różnych rzeczy. Oczywiście to sukces, który to mało powiedziane, że szczęśliwie, osiągnęliśmy, pozwala nam na luksus podejmowania się tych wszystkich przedsięwzięć. I zamiast patrzenia np. na Oriona jak na maszynkę do robienia pieniędzy, patrzy się na całokształt. I dochodzi się do wniosku, że wszystkie rzeczy związane z Metalliką, począwszy od Oriona, poprzez koncerty i filmy aż po Lou Reeda i tak dalej, to wszystko w końcu jakby się wyrównuje.
Oczywiście w żadne z tych przedsięwzięć nie stawia pieniędzy na pierwszym miejscu.
LU: Oczywiście.
To znaczy, tak naprawdę tylko idiota mógłby tak pomyśleć. Wy pewnie tracicie teraz kupę forsy na tego typu rzeczy.
LU: Właśnie próbuję przez to powiedzieć, że mamy na tyle szczęścia, aby generować wystarczające przychody na [inne]sposoby, aby utrzymać nasze rodziny. Nie musimy grać 200 koncertów rocznie, żeby to wypaliło. Więc mamy na tyle szczęścia, że nie jesteśmy w takiej sytuacji, i to pozwala nam na luksus zaangażowania się w festiwal Orion, czy projekt Lou Reeda, czy cokolwiek, ponieważ nie musimy za tydzień wyjechać do Iowy i grać siedmiu koncertów, aby nam się to wyrównało, jeśli wiesz o czym mówię.

Robert Trujillo: Wiesz, to jest sytuacja, w której wydaje mi się, że robimy to wszystko z miłości do muzyki, i jak już mówiłeś, wyzwań. A co do pakowania się w nie… Uświadomiłem sobie, że z wieloma rzeczami, które robimy, mało ludzi, zwłaszcza muzyków, byłoby w stanie sobie poradzić. Weźmy np. Fillmore. Wzięcie takiej dużej ilości materiału i próba przyswojenia go całego przy niezbyt dużej ilości snu… To znaczy, graliśmy te koncerty i potem nagle szliśmy spać o trzeciej czy o czwartej rano, a potem musieliśmy wstawać i robić to samo od (przynajmniej jeśli chodzi o mnie) dziesiątej rano. A wiesz, muzycy z reguły nie chcą tak pracować! Chcą spać! Ale to jest dużo roboty i myślę, że być może dlatego wiele kapel (kiedy stają się bardziej popularne) nie jest w stanie przetrwać, a może ma to związek z tym, że tracą głód wyzwań. A myślę, że my zabiegamy o wyzwania, przyjmujemy je, a to niesie nas do następnego etapu naszej podróży. To druga rzecz; nigdy tak naprawdę nie wiemy, jaki jest kolejny etap, ale wiemy, że coś na nas czeka tuż za rogiem i jeśli jest to wystarczająco ciekawe, spróbujemy się z tym zmierzyć. Wracam myślami do Lou Reeda – kiedy to było, rok temu, czy coś? To znaczy, czy to naprawdę się kiedykolwiek wydarzyło? Czy my rzeczywiście nagraliśmy płytę z Lou, a potem pojechaliśmy z nim do Europy?
James Hetfield: Tak, po prostu chcemy mieć więcej historii do opowiadania swoim wnukom, to wszystko. Dlatego to robimy. Co innego będziesz robić? Wiemy, że muzycy nie przechodzą na emeryturę, a będziesz po prostu ciągle robił to samo w kółko? Wtedy to się staje monotonne, nudne. Na naszej drodze pojawiają się wyzwania i mamy ekipę menedżerską, która ciągle nas czymś zajmuje i zwyczajnie sprawia, że jesteśmy nadal młodzi i czujemy, że żyjemy, właśnie także dzięki podrzucaniu nam nowych rzeczy.
Kirk Hammett: Tak, dla mnie wyzwania to dobra zabawa. A kiedy biorę je na siebie, to do pewnego stopnia, muszę udowodnić samemu sobie, że potrafię to zrobić. I kiedy coś nam się uda, daje nam to uczucie spełnienia. Jak mówił James – co będziesz robił, zawsze będziesz grał koncerty? To wspaniałe, kiedy możesz łączyć różne rzeczy, i wspaniałe są nowe doświadczenia. Jak to całe Fillmore. Kiedy tego dokonaliśmy, nie mogłem uwierzyć w to, co przeszliśmy, ale to było dla nas bardzo satysfakcjonujące i mamy dzięki temu naprawdę wspaniałe wspomnienia. To z Lou Reedem było dla mnie niesamowicie satysfakcjonujące, i to była podróż tak pełna emocji. A więc to świetnie, że takie rzeczy pojawiają się przed nami, to świetnie, że jesteśmy w stanie docenić, jak wspaniałe są te szanse, i o ile wspanialszymi możemy je uczynić.
To ciekawe, że współpracujecie z takimi ludźmi z waszej ekipy menedżerskiej, którzy są gotowi, by was popchnąć, a nie tylko siedzieć na tyłkach i się niczym nie przejmować. To ważne.
JH: Tak, to prawda, jest wielu menedżerów biznesowych i agentów, którzy czekają na twój telefon. Nasi ciągle się z nami kontaktują i to my mówimy: „Potrzebujemy przerwy”. Bardzo dbamy o nasz czas wolny i nasz czas z rodziną. Wiedzą o tym, ale wciąż naciskają, co jest wspaniałe. I robią tak ze wszystkimi swoimi zespołami. To wielkie szczęście, że mamy takich ludzi wokół siebie, ludzi, którzy pragną wyzwań. Nasza ekipa jest niesamowita. A co do tych trzech kolesi tutaj – ja nie jestem najbardziej zmotywowanym człowiekiem na świecie, ale kiedy tam jestem i przebywam z nimi, myślę sobie: „Wow, to jest niesamowite”. I popatrz na to, co robimy, w końcu stworzyliśmy trochę historii.
To naprawdę zespół z misją! Nigdy nie widziałem zespołu, który miałby takie poczucie misji. To znaczy, macie zadanie, nie obijacie się i wykonujecie je.
JH: Każdy ma swój własny talent.

Jesteście agentami muzyki rockowej! (Na twarzach uśmieszek, małe zamieszanie i Lars chichoczący z frazy „z misją”, powtarzający ją z angielskim akcentem – red.)
JH: W pewnych sytuacjach dowiaduję się nowych rzeczy o tych kolesiach. Przypomina mi się Fillmore, kiedy jammowaliśmy z Ozzym i Geezerem. Spojrzałem na Larsa i był gdzieś indziej, co cholernie mnie wystraszyło, bo to on jest zazwyczaj tym najbystrzejszym, mówiącym: „OK, zrobimy to!”. No i stało się, obaj byliśmy kompletnie wykończeni, a Robert powiedział: „Hej, a co powiecie, żebyśmy spróbowali tego?”. Pomyślałem: „Wow, ktoś inny przejął ster, kiedy zobaczył, że wyczerpała nam się energia. Podjął się i spróbował tego w inny sposób”.
RT: James siedział na podeście perkusyjnym, a Lars po prostu… tak, naprawdę miał dość na tym etapie. I Ozzy podchodzi do nas i jest, wiesz, podekscytowany! „Hej chłopaki, co słychać…”. I Geezer patrzy na nas, jest tam. I to naprawdę było dość przerażające!
JH: Tak, a Tru naprawdę dawał radę jako prowadzący.
RT: (Pamiętam, jak myślałem) cóż, coś musi się tu stać. I to dobrze, ponieważ zrobiliśmy próbę dźwięku, ledwo zrobiliśmy próbę dźwięku, i poszliśmy na górę. Upewniłem sie, że Gillies (inżynier dźwięku, techniczny Metalliki od długiego czasu) zdobył dla nas kopię tej wersji „Iron Mana”, którą zrobiliśmy razem z Ozzym na koncercie Rock and Roll Hall of Fame w Nowym Yorku. Więc mogliśmy słuchać, James posłuchał i powiedział: „A, tak, ok, pamiętam to”. A Kirk napisał małą ściągawkę…
KH: Jedną z wielu!
RT: Więc powiedziałem, wiecie co? Zrobię „plan działania” wielkości plakatu, i udało nam się przejść przez to. I czuliśmy taką satysfakcję. Ponownie, postawiliśmy się w sytuacji, która mogła skończyć się katastrofą. A w czasie grania setu Geezer stał koło mnie, więc gdy James go zapowiedział, ten lekko jakby trąca mnie i mówi: „Jaką wersję gramy? Co to ma być za wersja?”. Po prostu z takim strachem mówi to do mnie, a ja mu na to: „Nie martw się, damy radę”. I daliśmy!
JH: Nie martw się, nie podnieciłeś się!
(Wszyscy się śmieją)
RT: Taaa.
JH: To było dziwne.
RT: Ale to było naprawdę niezwykłe, że przebrnęliśmy przez to. To było jakby ostatnie wyzwanie z Fillmore, i…
To poważna sprawa. Ten zespół wciąż cierpi na ZONPF, czyli Zespół Ostrej Niewydolności Post-Fillmore’owej. Widzę to wyraźnie. (Salwa śmiechu)
LU: Kiedy myślę o zeszłej nocy (w Fillmore), jedyne co mi przychodzi na myśl to mina Boba Rocka, kiedy on, kurwa, ulotnił się z tej sceny i nikt go więcej nie widział.
JH: Kiedy skróciłem jedną z tych piosenek do połowy?
Co masz na myśli, jaką miał minę?
LU: To było po prostu śmiertelne przerażenie. Zagraliśmy właśnie wersję „Frantica”, która była ucięta mniej więcej do połowy, jak powiedział James. Najpierw były uściski i rozmowy, nawet nie doszliśmy do połowy piosenki, a ten rzucił bas i pobiegł z powrotem do Maui, dosłownie! Wprost przez wodę!
Rozmawialiście z nim od tamtej pory.
LU: Obchodziłem się z nim jak z jajkiem!
Był wściekły czy przerażony?
KH: Rozmawiałem z nim, i dobrze się bawił.
JH: Ja rozmawiałem z nim po wszystkim i powiedziałem „Sorry, zjebałem”. A on na to: „Nie martw się tym”.
LU: No (oczywiście), że wyolbrzymiam dla wzmocnienia efektu.
Dzięki Bogu. A więc, przed ZONPF, jest nawet możliwość, że chyba w maju 2010 siedzieliście, jeśli dobrze pamiętam, w Belfaście? Oglądacie prezentację komputerową, na której są krzesła elektryczne i krzyże, i toalety, i wtedy ktoś wam mówi ile to będzie was kosztowało. Jaka jest wasza reakcja, kiedy widzicie tę prezentację?
KH: Wyglądała świetnie na papierze.
JH: Dlaczego mamy robić wideo w 3D, czy film z występu, kiedy wszystkie, które widziałem, są takie sobie i niezbyt się sprawdzają? Po co to robimy?
LU: Moja pierwsza reakcja była właściwie taka sama. To wyglądało jak krok, lub wiele kroków, do tyłu. Nigdy nie chodziło o jakiś rok chwały czy „oooch, czego to my nie robiliśmy kiedyś” czy „najlepsze z”, czy cokolwiek takiego. Zawsze chodziło o patrzenie przed siebie zamiast za siebie, czy wstecz. I byłem tym nieco skołowany.

OK. Ta sama reakcja?
RT: Tak, czułem się, jakby mnie ktoś zaskoczył znienacka. Sądzę, że to było już zbudowane co najmniej do połowy. Myślę, że to miała być wielka niespodzianka.
KH: Niespodzianka!!!
JH: A oto rachunek!
RT: Ale znowuż, wiecie, jeśli chodzi o mnie, zacząłem myśleć, jakie by to mogło być interesujące, gdybyśmy zrobili to czy tamto w kreatywny sposób.
KH: Mi się od zawsze podobała ta koncepcja. Miałem tylko poważne wątpliwości co do wykonania tego planu, a jeszcze większe wątpliwości miałem odnośnie strony finansowej.
Prawda. Mogę sobie wyobrazić!
JH: Człowieku, ja zacząłem myśleć, że musimy zrobić z tego film, a nie tylko koncert. Musimy to połączyć (z czymś), rozumiesz? Ile to już zespołów zrobiło jakieś niby „kultowe” filmy, które może nie są świetne, ale na końcu stają się jednym z gatunku: „Dzięki Bogu, że to zrobili, cieszę się, że im się udało”? Oczywiście The Beatles zrobili dużo filmów, nawet The Monkees, Sonny Bono i tak dalej – to jest na zasadzie: cieszę się, że to zrobili. Mogło to ich rozdzielić lub zakończyć ich kariery, ale jednak dokonali tego, rozumiesz?
Cóż, jednym z filmów, który wspomina się najczęściej jest film Zeppelinów (The Song Remains the Same). Myślę, że dość mocno różni się od…
JH: Jest zupełnie inny.
Poczekamy ze szczegółami do następnego roku, kiedy będziemy robić właściwe „filmowe” wydanie.
LU: Myślę, że ciężko jest oddzielić jedno od drugiego, ale…
Cóż, zobaczymy, dokąd dojdziemy. Więc co do spektakli… Kiedy o tym myślę, nigdy właściwie nie obejrzeliście całego występu, prawda? To niemożliwe, żebyście zobaczyli cały występ na żywo.
KH: Zgadza się.
LU: Bo jesteśmy w zespole?
Cóż, no tak, to jeden z powodów.
LU: Wow.
Dzięki. Tu jestem.
LU: Niewiarygodne.
Dziękuję bardzo. Ale nie, chodzi o to…
LU: Widzieliśmy zdjęcia.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=WI4MJ7LqRIQ
Racja. Ale kiedy ktoś podchodzi do was i mówi: „Wow, ten efekt z trumną jest świetny”, to co mówicie? Macie jakichś ludzi, którzy pokazują wam to na filmie? Reżyserujecie to? Do jakiego stopnia się angażujecie?
LU: Masz zespół ludzi. John Broderick, Dan Braun, Mark Fisher. Masz swoich Peterów Menschów. Masz grupę ludzi, którą uznajesz, a przynajmniej ja, za naszych kreatywnych partnerów w tym.
Ale nigdy byście nie siedzieli w miejscu, powiedzmy, w trakcie prób w Oakland? Nie poprzestalibyście na słuchaniu nagłośnionych piosenek i oglądaniu produkcji? Żeby tylko zobaczyć, jak to wygląda z tej perspektywy? Nie? Nigdy się to nie zdarzyło?
LU: Nie sądzę, nie.
JH: Raczej nie.
KH: Widziałem świetny bootleg na YouTube.
LU: Chodzi o to, że kiedy zobaczyłem nagranie, to było dużo większe, niż myślałem. I od razu usłyszałem, oczywiście od moich dzieci i od kilku ludzi, z którymi rozmawiam, że można w trakcie doświadczyć przynajmniej dwóch różnych odczuć, i są jak niebo i ziemia, zupełnie różne. A więc bycie na poziomie sceny, przy załodze, czy pod sceną, bycie blisko, zatraconym w tym wszystkim, było jednym doświadczeniem. A drugie doświadczenie polegało na byciu bardzo oddalonym od tego i postrzeganie całości jak spektaklu i czegoś, w czym niekoniecznie się zatracasz, ale raczej jako czegoś, na co patrzysz z daleka, zamiast bycia częścią tego. To było zupełnie inne odczucie i nie dało się, przynajmniej z punktu widzenia ludzi, z którymi rozmawiałem, stwierdzić, że jedno jest lepsze od drugiego. Są to po prostu dwa różne odczucia.
Więc byłem raczej mile zaskoczony, gdy usłyszałem, jaka zajebista była reakcja tych, którzy doświadczyli tego z daleka i nie wiedziałem nawet, że robiono nagranie po drugiej stronie trumien. Od razu na samym początku – wiesz o co mi chodzi? To tak jakby ktoś na etapie początkowym procesu spytał cię „O, chłopaki, co do trumien – bla bla bla”, a ty na to „Co? Ach, tak. Jasne”. Oczywiście, że wiedziałem, ale nie było to coś, czego byłem świadomy, kiedy tam siedziałem.
Bo niektóre rzeczy są tak wielkie, że tak jak mówiłem, ludzie mówią „Tak, damy nagranie tu czy tam”. A ty patrzysz na tego e-maila „OK, świetnie”. Ale to dopiero wtedy, kiedy jesteś na tym skoncentrowany, bo rozumiesz, że to wszystko się toczy, podczas gdy robisz płytę z Lou Reedem. Lub że to się dzieje wtedy, kiedy robimy coś innego. Więc siedzisz tam z Lou Reedem i ktoś podchodzi i mówi: „Hej, popatrz na tę scenę!”„Jest fantastyczna”. Wracając do Lou Reeda, wiesz o co mi chodzi? Na Treasure Island (latem 2011 Metallica urządziła show w magazynach na wyspie pośrodku Zatoki San Francisco, znanej jako Treasure Island, która jest połączona z miastem Mostem Zatokowym – Bay Bridge – red.) zobaczyliśmy to pierwszy raz. I wtedy wchodzisz i myślisz sobie „Wow, to żyje!”. Więc to była bardzo długa podróż. Minęło dwa i pół roku od czasu Belfastu do Mexico City i wiele rzeczy się zmieniło, później zrobiliśmy parę rzeczy na Treasure Island, a potem trochę się pozmieniało po czasie Treasure Island… ale odpowiadając na twoje pytanie –nie obserwowałem z góry, jak Flemming grał na perkusji.
Interesujące. OK, a co z obawami? Czego obawialiście się najbardziej w całej produkcji?
LU: Że wyjdzie obciachowa.
KH: Że zginiemy tam. Że stracę przytomność i wysadzę się, jeśli będę w niewłaściwym miejscu. Po prostu jest tyle sygnałów w trakcie występu. Ciągle musiano mi przypominać, gdzie nie mogę być lub gdzie mam być i doszło do tego, że Justin pisał mi krótką notkę na kawałku taśmy przyklejonym do mojej gitary, który przypominał mi gdzie powinienem być w trakcie danej piosenki.
JH: Jeśli chcesz spłonąć, zostań tam gdzie jesteś.
KH: Tak, dokładnie. W tej piosence – na tyłach sceny.
LU: Nie czytaj tej notki tutaj!
W razie wątpliwości unikaj krat, tak?
KH: Cóż, tak, tyły sceny zdawały się być najbezpieczniejszą strefą, bo jeśli coś miałoby się stać, to byś po prostu zeskoczył ze sceny i uciekał czy coś.
JH: Podest perkusyjny!
Prawie cię przygniotło, co?
RT: Taaa.
Rob, to właśnie ciebie coś by prawie zwaliło z nóg.
RT: Taaa.
JH: To była kamera. To nie było nic naszej produkcji…
RT: To była kamera na wysięgniku, lecąca w dół wprost na moją głowę.
LU: To była zemsta Nimroda za to, że czegoś mu zabroniłeś, kiedy byłeś dla niego nieprzyjemny podczas tej rozmowy konferencyjnej.
KH: Ja też się prawie usmażyłem kilka razy. Pamiętam parę razy, kiedy mogłem przysiąc, że włosy mi się paliły.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=On0V5S_eZ18
Daj spokój!
KH: Tak, byłem –
JH: Michaelem Jacksonem!
KH: Tak, coś w tym rodzaju… To w ogóle nie było fajne.
Wow. A bałeś się toalety? Powinniśmy krótko porozmawiać o toalecie.
LU: Cóż, oczywiście na ogół były tam (potencjalne) problemy rodem ze Spinal Tap. Siedzisz tam, patrząc na to wszystko. Myślę, że mamy zajebistą historię; posąg …Justice, wszystko co robiliśmy było świetne i myślę, że trzeba być ostrożnym z przeszłością, bo oczywiście chcesz to świętować w całej chwale i jednocześnie nie chcesz spocząć na laurach. Dzisiaj możemy zrobić trzy razy większy posąg …Justice, trzy razy fajniejszy i trzy razy bardziej szczegółowy i tak dalej, ale (wcześniej) miał on w sobie niewinność, jako że dopiero jakby się rozbudowywał. A więc oczywiście w 2012 możesz zrobić większy, bardziej niegrzeczny i fajniejszy, ale wciąż musisz być ostrożny, żeby nie utracić tego klimatu, wiesz o co chodzi? Więc o to się najbardziej bałem. Ale myślę, że wszystko wylądowało w bezpiecznej strefie, a my wyszliśmy z tego bez szwanku.
Powiedzcie o stronie psychologicznej grania tak wielu koncertów w jednym mieście (odnośnie maratonu w Mexico City). Z praktycznie takim samym setem. Osobiście nie przypominam sobie większej liczby koncertów pod rząd zagranych w jednym budynku, w jednym mieście, w jednym miejscu, i prawdopodobnie z najmniejszą dawką elastyczności, na jaką pozwalaliście sobie od co najmniej 15 lat.
RT: Jeśli chodzi o mnie, uważam, że to było genialne. Q Prime właściwie założyło sklep w Mexico City w celu rozpoczęcia tej produkcji, upewniając się, że sygnały świetlne były włączone i stwierdzając, czy jako zespół mieliśmy odpowiednie warunki i przygotowanie do bezpiecznego manewrowania tą sceną. I to jest jak wejście do okopów, naprzeciwko takiej publiki, co jest bardzo intensywne. Wystąpiliśmy osiem razy i mieliśmy dwa koncerty produkcyjne, to było mnóstwo pracy. Ale po doświadczeniu tego wszystkiego, a później wyjeździe do Kanady, Kanada to była praktycznie bułka z masłem, ponieważ naprawdę zapracowaliśmy sobie na to w Mexico City, więc byliśmy naprawdę nieźle przygotowani. W razie czego to ekipa filmowa musiała wkroczyć i to oni musieli być świadomi tego, co się działo. Musieli nauczyć się bardzo wiele w bardzo krótkim czasie.
Ale jak ciężko było się skoncentrować?
JH: Tyle się działo w tłumie, że nigdy nie było nudno, to na pewno. Ale nie wiem. Zrozumiałem, że chyba nie mógłbym mieszkać w Las Vegas przez rok! Myślę, że przebywanie w jednym miejscu staje się trochę monotonne. Podobało mi się to, że byliśmy razem w hotelu i spędzaliśmy ze sobą czas. Budziłem się i myślałem: „Hmmm, ciekawe kto siedzi teraz w basenie?” I szliśmy na górę, jedliśmy lunch, i to przebywanie ze sobą było naprawdę fajne. Nie robiliśmy tego od lat. Chodzi o to, że nie mieliśmy wyboru, ale to oznaczało, że ostatecznie robiliśmy coś razem, co było na swój sposób świetne.
LU: Zatrzymywaliśmy się razem w pokoju w Fairway Lodge w New Jersey!
JH: To była dobra zabawa. Szło się do siłowni albo na basen i widziało tam czyjąś rodzinę. I to bycie razem było naprawdę fajne. A później jazda na koncert… OK, już czas wziąć swoją aktówkę. Tata idzie do pracy. Ta sama droga, wszystko to samo. Osiem razy. Ale czyż nie bawiliśmy się dobrze?
Ale to nigdy nie staje się automatyczne, więc wytłumacz, jak unikacie tego automatyzmu.
JH: Chodzi ci o sam show?
Tak.
JH: Jeśli chodzi o sam show, nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Jest tyle zmiennych i tyle miejsc, gdzie może coś nie wyjść, że dzięki temu każdej nocy było to ciekawe. Weź np. moment, w którym upada Doris. Kto wie, gdzie tego wieczora spadnie jej głowa? To całkiem niezła zabawa. A więc nie ma zbyt wielu rzeczy, których nie możesz się doczekać.
Bycie zmiażdżonym młotem …Justice, albo wagą Sprawiedliwości.
JH: Jakiego ochroniarza zmiotłaby głowa Doris!
KH: Dla mnie to naprawdę trudne, bo przez pierwsze trzy występy miałem problemy żołądkowe. A na ostatnich pięciu…
JH: Wszyscy mieliśmy problemy żołądkowe?
KH: …Bolało mi gardło, kaszlałam i miałem katar. A szkoda, bo wydaje mi się, że cieszyłbym się całym doświadczeniem dużo bardziej. Ale występy były tak dobre, że bardzo mnie rozpraszały i odwróciły moją uwagę od choroby. I to było niewiarygodne, mieć tę scenę w tamtym pomieszczeniu, z tyloma ludźmi na płycie, którzy zupełnie oszaleli. Poziom energii był po prostu niesamowity.
LU: Myślę, że to pokazuje ciekawą rzecz o artystach i o kreatywnych ludziach, o ludziach, którzy robią to, co my. Co do bycia w domu przez ostatni miesiąc, rozmów z rodzicami w szkole i tego typu rzeczy – zdaję sobie coraz bardziej sprawę z tego, jak bardzo różnię się jako człowiek od wielu, z którymi mam do czynienia. To taka mentalność artysty, że „zawsze jesteś gdzie indziej”. Ciągle o czymś myślisz, jesteś w trasie, podróżujesz, myślisz sobie „O, kurwa. Kolejne miasto”. Wiesz, „dzisiaj jest dzień trzech krajów”. Budzimy się w A, gramy w B i idziemy spać w C. I mówisz wtedy sobie „O mój Boże, szkoda, że nie zostajemy w jednym mieście na tydzień” i tak dalej. A później to robisz i rozumiesz, że… wiesz… nigdy nie jesteś do końca szczęśliwy. Zawsze gonisz te „10%”, ale te „10%” jest tym udręczonym artyzmem. A później…
httpvh://www.youtube.com/watch?v=F-jMCVo8QF8
(Próbuję przerwać, bo według mnie bardziej chodzi o charakter danej osoby, a nie o cechę osoby kreatywnej – red.)
… ale pozwól mi dokończyć. I jedziesz potem do Mexico City, na dwa tygodnie. To takie zajebiste. O mój Boże, nie musimy wsiadać do jebanego samolotu przez dwa tygodnie. Ale wciąż jest tak, że wkrada się zniecierpliwienie. Jesteś w tym samym miejscu i myślisz „O mój Boże, ciągle ta sama trasa każdego dnia”, a później myślisz sobie „Czy to szósty koncert? Czy siódmy?”. Wiesz o co chodzi? Ta energia zawsze pulsuje z jakiegoś powodu. To znaczy, mieć tyle farta, żeby grać dla 200 tysięcy ludzi przez ponad dwa tygodnie, to jest pierdolone marzenie każdego.
JH: Trzydzieści lat kariery.
LU: Trzydzieści lat kariery. To jest, kurwa, niemożliwe. Ale chyba o to chodzi, tak myślę, w byciu artystą, i jak dla mnie to nawiązuje do twojego wcześniejszego pytania o to, dlaczego ciągle robimy to wszystko. Chodzi o to, że zawsze może czekać na ciebie tuż za rogiem coś innego, co może być fajniejsze, lepsze, ciekawsze, bardziej satysfakcjonujące, wiesz o co chodzi? I dla mnie to jest po prostu jak zniecierpliwienie. Na zasadzie „Kurwa, siedzę tu już dwa tygodnie, spierdalajmy stąd”.
To konieczność dla ciebie. To ty tego potrzebujesz.
LU: Najlepszą rzeczą w tamtych dniach było, niezależnie od tego jak się czułem każdego dnia, kiedy przychodziłem na spotkania meet and greet i widziałem tych dwudziestu, trzydziestu ludzi dziennie, to po prostu odwracało moją uwagę od tego, co się działo. Miałem całkiem ciężkie lato z pewnych przyczyn osobistych, ale stawanie codziennie przed tymi dzieciakami, i te spotkania, to jest natychmiastowe lekarstwo, które zwalcza to wszystko.
W tym towarzystwie nie jest tajemnicą, że zawsze naciskam, żeby grać różne kawałki. To dosyć trudne dla mnie, żeby siedzieć tam i grać 16, 18 tych samych piosenek co wieczór, bo wydaje mi się, że występy są okazją, by dzielić się tą chwałą, którą oferuje twórczość Metalliki. Więc gdy jesteśmy pięć nocy w Melbourne lub pięć nocy w jakimś innym mieście i mamy szansę, by się porządnie wkręcić i widzieć uśmiechy na twarzach, kiedy wchodzimy z „Orionem” czy „Call of Ktulu” i im podobnymi, ludzie rozpromieniają się, rozumiesz? Myślę, że gdybyśmy mieli robić coś takiego jeszcze raz (maraton w stylu Meksyku), tą jedną rzeczą, którą moglibyśmy zrobić lepiej byłoby wyjaśnienie, że była to próba generalna do filmu. Myślę, że było tam mnóstwo ludzi, którzy patrzyli na to jak na osiem koncertów Metalliki. Coś jak „Cześć, jesteśmy. Fajni jesteście. To próba generalna do filmu, który kręcimy, więc pomóżcie nam złożyć to wszystko do kupy”. To próba generalna. Wyczułem, że niewystarczająco wielu ludzi było nastrojonych do tego, bo ciągle słyszałem „Czemu nie grają tego i tamtego, co to jest?” i tak dalej. Więc czułem, że od tej strony to nie wypaliło. Ale słuchaj, móc siedzieć w jakimś mieście dwa tygodnie i grać dla 200 tysięcy ludzi, jakie to jest kurwa, nie do ogarnięcia! I ci ludzie byli tacy zapaleni, niesamowite. Co za wspaniały dar.
Jak ciężko było myśleć o tym jako o koncertach, a nie jako o kręceniu filmu? Ile było w tym tej świadomości „robimy film, to jest część filmu, to plan zdjęciowy”? Czy to wpływa na wasze podejście do występu samego w sobie? Jeśli tak, jak wpływa to na wykonanie?
KH: Kamery nas strasznie rozpraszały.
LU: Kamery zawsze strasznie rozpraszają.
KH: Ale jesteś tam dla kamer, więc to taka dziwna sprzeczność.
Robisz głupie miny, grasz do nich?
KH: Cóż, musisz. To była jedyna okazja, by móc to zrobić. Chcesz jednocześnie móc dobrze grać i jesteś świadomy, że publika obserwuje, jak robisz głupie miny do kamery, i ma się trochę tego poczucia winy, zwłaszcza w moim przypadku, kiedy muszę to robić. Ale jak już mówiłem, jesteś tam dla kamer, kamery są tam dla ciebie i trzeba to zrobić. Musisz tym się zająć.
Czy Nimrod (Antel, reżyser) mówił ci, byście robili pewne rzeczy, czy powiedział po prostu, żebyście byli sobą, ale pamiętali, że to film 3D, więc jeśli chcecie rzucić kostkę, to macie to robić w stronę kamery?
KH: Nie widziałem z jego strony zbyt dużo reżyserowania, jeśli chodzi o występ na żywo. Myślę, że wiedział doskonale, że instynktownie wiedzieliśmy, co robić.
JH: Tak myślę o nas, jesteśmy krytyczni wobec siebie do tego stopnia, że nawet po świetnym koncercie, po którym członek rodziny Metalliki by powiedział „Ten koncert był genialny”, bardzo dużo znaczenie ma wtedy twoje wyczucie i twoje zaangażowanie, tego typu rzeczy. Ktoś mógłby powiedzieć „To najlepszy koncert, jaki w życiu widziałem” i mogłoby chodzić o to, że poznał na nim jakąś dziewczynę. Albo jakąkolwiek inną rzecz, jaka mu się przytrafiła w związku z tym koncertem, która zapadła mu w pamięć. A dla nas schodzenie ze sceny i słyszenie „Koncert był dobry…”… Nie cierpię określenia „dobry”. Chcę albo niesamowity albo gówniany. Czasami podchodzę do tego na luzie, ale po koncercie chcę, aby był najlepszym ze wszystkich. I ciężko jest zebrać całą swoją kasę, wręczyć ją gościowi z kilkoma kamerami 3D i powiedzieć „Staw się tego dnia, o tej godzinie, i wszystko się wyrówna. Moje nastawienie będzie świetne, moje zdrowie fizyczne, moja gra, moje wszystko! Gwiazdy będą nam sprzyjały, ty to nagrasz, i będzie świetnie”.
Inną rzeczą jest to, ile niepokoju się wiąże z tym wydarzeniem. I to, że ja niepokoję się o to, by był to „najlepszy” koncert skutkuje tym, że jest on rzeczywiście najlepszy. Więc tak naprawdę chodziło o to, by dać się ponieść. Więc Nimrod nie dawał zbyt wielu wskazówek. Powiedział tylko „Jesteście świetni. Róbcie, co robicie, a my to sfilmujemy”. Moje gardło nie było w najlepszej formie. Wiele rzeczy z Mexico City wciąż odbijało się na naszych organizmach. Ale staraliśmy się, jak tylko mogliśmy i nawet jeśli nie był on na top liście moich najlepszych koncertów, był dobry. I w końcu będzie świetny dzięki udziałowi wszystkich innych: publiki, spektaklu, wszystkich gagów na scenie, itd. Więc nie martwię się tym, że nie będzie świetny. Ale tak, byliśmy tam po to, by kręcić film. A nie chciałem się też martwić się o to, czy publika będzie świetna, czy nie. Myślę sobie „Cholera, nagrywamy film! Chodźcie, uczestniczcie w tym, zbierzcie się tu, poćcie się”. Nie możesz martwić się o takie rzeczy. Koncert jest taki, jaki jest. A my rzeczywiście graliśmy dużo dla kamer. Publika o tym wiedziała, ale oczywiście, jeśli im się chce, to nam też się bardziej chce. To sprawia, że wygląda to jeszcze lepiej. To jest all-inclusive, i jest jakie jest.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=EDEyT5Lttuw
LU: Myślę, że James wspomniał o ważnej rzeczy, do której wszyscy możemy się odnieść, a mianowicie o tym, że na końcowy efekt składa się ilość twojego doświadczenia razem z samopoczuciem danego dnia. Walczę z tym mocno, ponieważ wiem, kiedy daję z siebie 110%. A myślę, że kiedy sam dajesz z siebie 110%, to tak jakby oczekujesz, aby wszystko inne było też na poziomie 110% i wtedy jest to najlepszy koncert. Pamiętam Włochy tego roku, kiedy w środkowej części setu byłem w 110-procentowej formie i to był najlepszy występ tego roku. Może inni tego tak nie widzą, może tu chodzi tylko o mnie. A co jest jeszcze bardziej wkurzające, to czas, kiedy siedzę tam i bawię się naprawdę gównianie, źle się czuję, źle gram, ciągle coś pierdolę, a to, co chcę wykonać, nie udaje się i staję się ponury i gównianie się czuję tylko po to, żeby potem ludzie podchodzili do mnie i mówili „To był najlepszy koncert, jaki kiedykolwiek zagrałeś, byłeś, kurwa, jak ogień!”. I musisz zadowolić się tym, że kiedy wszyscy z nas są zapaleni i w załodze jest John Broderick (legendarny oświetleniowiec Metalliki – red), w załodze jest Dan Braun i cała świetna, wspierająca kadra, to to jest właśnie to kolektywne doświadczenie Metalliki, które daje pewność, że nawet jeśli nie jest najlepsze z najlepszych, to rzadko jest na niskim poziomie. Wiesz, powiedzmy, że jeśli nie jest na poziomie 120%, to rzadko spada poniżej 110%, biorąc wszystko pod uwagę. Więc może ten koleś ma 95% formę, ten 90%, ale tamten ma 130% i w jakiś sposób to się wszystko wyrównuje. Więc jestem pewien, że film będzie powalający.
To ciekawe, ponieważ sam powiedziałeś, że być może zrobiłbyś niektóre rzeczy trochę inaczej, jeśli chodzi o niektóre aspekty przygotowań…
LU: Nie wiem, nie zastanawiam się za dużo nad tym.
JH: Zawsze znajdą się rzeczy, które można by zmienić, ale jeśli to zrobisz, to coś innego, co wypadło naprawdę świetnie przez to, w jaki sposób my wypadliśmy robiąc to, mogłoby się nie wydarzyć.
LU: Za każdym razem, na to, kiedy tam byś był, i powstałby jakiś problem, czy wątpliwość, albo coś tu się wydarzyło, a tam nie zadziałało, albo moglibyśmy zmienić to czy zrobić tamto, Dan Braun ma coś w rodzaju uniwersalnej odpowiedzi „Tak długo jak jesteście w świetnej formie psychicznej, nie ma znaczenia, czy coś pójdzie tak czy siak. Najważniejsze jest, by wasza czwórka była w dobrej formie psychicznej, bo to sprawi, że film będzie lepszy, a nie to, czy dana rzecz jest tu czy tam”. I była to, przynajmniej dla mnie, bardzo cenna rada. Bo na końcu nie liczy się to, czy ta wieża powstanie „w taki sposób”, czy z trudem się uniesie. Jeśli nasza czwórka będzie tworzyć zgraną całość i będzie fajna atmosfera, kogo obchodzi to, jak postawiono wieżę?
Pomimo rozmiaru toalety, prawda? (Były, ujmijmy to w ten sposób, pewne obawy w Meksyku co do przodu toalety, odnośnie jej końcowych rozmiarów i wyglądu. W rzeczy samej, w noc przed pierwszym występem Hetfield wziął kilka puszek farby w sprayu i „Zmetallikował” tron, który wcześniej wyglądał jak lśniąca, goła i krystaliczno czysta toaleta! – red)
LU: Ale wiesz co, oni mają takie rzeczy, że są w stanie zrobić w filmie tak, aby toaleta wynurzała się z budynku! Rozerwie dach i wyjdzie na zewnątrz. Będzie… ona będzie… nawet większa niż u Limp Bizkit!
O mój Boże, zapomniałem, że mieli taką.
JH: Nigdy jej nie widziałem.
Kompletnie o tym zapomniałem! Nie jesteście pierwszym zespołem, który ma na scenie toaletę! O, nie!
LU: Jesteśmy tylko zrzynką z Limp Bizkit. Masz już tytuł artykułu.