No tak, zaraz się odezwą głosy, iż trochę przysnąłem z recenzja, gdyż album wyszedł już w zeszłym roku. Cóż mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? Przede wszystkim to, iż Pan Mustaine sam mnie w ostatniej dekadzie zbytnio nie zachęcał do swoich wydawnictw. Nie to abym w ogóle nie interesował się Megadeth. Co to to nie. Jak duża część wyznawców The Big 4, tak i ja byłem swego czasu wyznawcą arcydzieł muzycznych wychodzących z pod ręki rudego. Niestety wraz z końcowym rozpadem kultowego line upu, czyli Mustaine-Friedman-Menza-Ellefson, straciłem chęci na słuchanie kolejnych dokonań wypuszczanych pod szyldem Megadeth. Zresztą już po albumie Youthanasia rudy zaczął zmierzać w niebezpiecznym kierunku. W mojej opinii w tym niebezpiecznym kierunku pchał go demon prześladujący go całe życie, czyli chęć bezustannego dogonienia Metalliki. Youthanasia (na nieszczęście dla muzyki Megadeth) odniosła dość duży sukces komercyjny i Mustaine chyba zwietrzył szansę iż Megadeth może stanąć w cugle w wynikach sprzedaży z Metą. Jak to się skończyło to wiemy – wydawaniem albumów coraz bardziej piosenkowych a na przełomie wieków albumem którego tytuł wskazywał na ryzyko, czyli Risk. Od tamtego czasu straciłem serducho do dokonań Megadeth. I pewnie nie byłbym świadom ich ostatniej płyty gdyby nie… impreza.

Wpadłem do znajomego na parę piwek, gdy podczas jakże przyjemnie płynącej konwersacji nagle z głośników poleciała „Trzynacha”. Pytać nie musiałem co to – Mustaine jak mało kto ma rozpoznawalny nosowy sposób śpiewania, a i jego gra na gitarze ma to czego nie ma wielu gitarzystów – czyli rozpoznawalny, własny styl. Płytka przeleciała cała na imprezie i tym sposobem zostałem zachęcony do nowego dokonania Dave’a. Wraz więc z końcem libacyji pokornie zabrałem ze sobą pechowe dziełko Megadeth czyli TH1RT3EN. I wszystko było fajnie dopóty nie przyszło mi się zmierzyć z recenzją. O ile słysząc TH1RT3EN pierwszy raz miałem do tego albumu pozytywny stosunek, to po wgryzieniu się w niego nie wiem co mam myśleć. Tzn. tak, album jest naprawdę dobry i absolutnie nie można o nim powiedzieć iż to jakiś odrzut albo wypełniacz tudzież gniot. Mustaine odwalił kawał dobrej roboty i jeśli miałbym kogoś wybrać z The Big 4 kto obecnie trzyma dla mnie poziom, to dokonania rudego stawiam przed całą resztą (sorry Metalliko), nawet Slayer którego namiętnie słuchałem w latach młodości i był dla mnie nr1 przez wiele lat, obecnie w ogóle mnie nie rusza. Za to rudy mnie pozytywnie zaskakuje.
Wróćmy jednak do albumu. Jak wspomniałem, mam rozterki próbując go zreferować. Po pierwsze to co jest jego mocną stroną jest tez jego słabością, mimo iż w mojej opinii album jest dobry to brakuje mu zdecydowanych kilerów. Są numery równe i równiejsze (gniota nie znajdziecie), ale jednak brakuje mi takich kopiących totalnie 4 litery. Jakichś wyrywających trzewia jak na kultowym Rust in Peace typu Hangar 18. Druga sprawa która mi się za bardzo nie podoba to często solówki i różnej maści melodie gitarowe towarzyszące głównemu riffowi (taa, wielbiciele Brodericka pewnie już ostrzą tasaki co by mnie zgilotynować a Klu-Klux-Klan pewnie stoi już pod moim oknem). Jak wiemy Mustaine zawsze miał ciągoty do zatrudniania u swego boku wirtuozów 6 strun i nie było chyba w Megadeth u jego boku zawodnika po prostu słabego. A jednak mimo to na pytanie o drugiego wiosłowego większość wymieni tylko jedno nazwisko – Friedman. No cóż, czasami umiejętności to nie wszystko, szczególnie w zespole. Jest jeszcze coś takiego jak chemia między muzykami. Wiem że Broderick to wirtuoz, widziałem jego solowe wyczyny i szkółki – szacun i pokłon jednak na TH1RT3EN ani jedna solówa mi nie zapadła w pamięć, a czasami jak w otwierającym „Sudden Death” jest tam tyle tego nadźgane że zaczyna człowieka drażnić. Oczywiście jak kochacie takie popisy to wporzo ale dla mnie poza wciskaniem tam skal nie ma tej chemii która charakteryzowała tandem Mustaine – Friedman. Friedman też często dziergał jak szalony, ale miało to magię rozpoznawalności i charakterystycznego stylu.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=95UT6EbkHzI
No właśnie a propos Marty’ego. Na TH1RT3EN zapachniało najlepszym line upem. Mamy tutaj dwa numery które są odrzutami z okresu twórczości najlepszego składu. Jest to numer „New World Order”, którego korzenie sięgają aż 1991 roku. Numer ten choć stworzony w tamtych czasach, czekał aż do nowego albumu na pełne wydanie. Słuchając go rzeczywiście brzmi jak stworzony przez złotą czwórkę. Kto jest osłuchany z Countdown to Extinction spokojnie znajdzie w tym numerze tamte klimaty. Jak dla mnie „New World Order” idealnie pasuje właśnie do numerów z Countdown to Extinction. Podobnie „Millenium Of The Blind”, gdzie kompozycyjnie jest to dzieło dwójki Mustaine – Friedman. Generalnie TH1RT3EN umieściłbym między szybkością/wściekłością Rust in Peace a melodyjnością Countdown to Extinction/ Youthanasia. Mamy więc jak wspomniałem na początku typowe gitarowe riffy rudego, dużo zwrotek ma jakieś chirurgiczno dokładne szarpiąco-tnące zagrywki by w refrenach przechodzić w hiciarskie bujanie, a to wszystko polane charakterystycznym wokalem rudego, który studyjnie oczywiście brzmi fajnie, na koncertach jednak bywa różnie. Jeszcze jednym smaczkiem jest powrót na tej płycie Ellefsona. To niestety jedyny zawodnik złotej czwórki, który powrócił, choć z drugiej strony akurat Ellefson to właściwie brat rudego, jednak drogi obu panów jak wiemy ostatnie parę lat nie chciały się zejść. Cześć i chwała za to, że podali sobie ręce. Zresztą sam Broderick stwierdził, iż po ponownym dołączeniu Ellefsona do Megadeth od razu zauważył, że z Mustainem łączy go pewna chemia, umiejętność dopasowywania się obu panów i jakby czytania w myślach. No cóż, pewnie dlatego ta dwójka tyle lat była i na szczęście ponownie jest razem.
Cóż więc mogę rzec na podsumowanie? Album jak wspomniałem jest dobry, a najlepiej rzec – solidny i rozczarowani na pewno nie będziecie, kawał dobrego metalowego grania spod znaku wygibasów gitarowych pana Mustaine’a. Krążek jest mieszanką kunsztu, ale też myślę doświadczenia które rudy ma jako kompozytor i generalnie muzyk. I choć TH1RT3EN mimo lepszego o niebo brzmienia niż Rust In Peace nie dorównuje temu drugiemu oczywiście zabójczymi kompozycjami to bądźmy szczerzy, życzyłbym sobie aby bądź co bądź w wieku 50 lat dawać takiego czadu jak Mustaine. Większość z was w wieku 50 lat będzie przeważnie gderającymi prykami żłopiącymi zimnego browara przed TV – Mustaine kopie tyłki. Pozostaje mieć nadzieję iż rudy utrzyma formę a prywatnie dodam iż po koncercie na 30 lecie Mety z chęcią bym zobaczył go w ponownej kooperacji z Hetfieldem, nie jako muzyk Metalliki, ale jako osobny nowy projekt. Ale to już temat na inny artykuł.