Zapraszamy do lektury recenzji filmu „Metallica Through the Never” autorstwa Pawła Piotrowicza, dziennikarza portalu Onet. Powinna ona sprawić, że jeszcze bardziej będziecie się niecierpliwić przed wizytą w kinie.
Megalomania? Przekraczanie granic? Potężny zastrzyk adrenaliny? Wszystkiego po trochu… Emocji w „Metallica: Through the Never”, pierwszym koncertowym filmie Metalliki, rzeczywiście nie brakuje. Na cud zakrawa fakt, że wśród tych niezliczonych wybuchów, fajerwerków i przegięć nie zgubiło się to, co nadal jest w przypadku tego zespołu najważniejsze.
Niewiele jest filmów, o których pisałoby się przed premierą tak często jak o „Metallica: Through the Never” – atmosferę wyczekiwania na koncertową fabułę Nimróda Antala, znanego z „Kontrolerów”, „Motelu” i „Predators”, podgrzewano od dobrych kilkunastu miesięcy. Chodziło przecież o zespół, na który – mimo osiągnięcia najwyższego gwiazdorskiego statusu – starzy fani się nie wypięli. Przynajmniej nie wszyscy. Innymi słowy – może iMetallica sprzedaje miliony płyt, może i zaliczyła wiele flirtów z radiem, ale to nadal… Metallica, o czym przypomina choćby na koncertach. Zespół ma przy tym tak otwarte i przyjazne podejście do fanów, że niemal każdy z nich może odnieść wrażenie, iż gra wyłącznie dla niego.
Zawartość filmu tyko częściowo odzwierciedla to, czego mogliśmy się spodziewać po zapowiedziach. Zaczyna się niewinnie: zwykłemu – na pozór – koncertowi towarzyszą perypetie młodego członka ekipy koncertowej, który dostaje polecenie odebrania ważnej dla grupy przesyłki. W drodze przeżywa dość nieprawdopodobne i zarazem niezwykle brutalne przygody. Na tyle oderwane od rzeczywistości, że bardziej przypominają surrealistyczny teledysk niż film. I tak należy je odbierać – to po prostu dwugodzinny videoklip, pełen zapierających dech w piersiach scen, ilustrowany znakomitą muzyką. Dobrze jednak, że koncertowych ujęć jest znacznie więcej niż fabularnych
Sam koncept fabuły, oryginalny czy nie, nie decyduje na szczęście o wartości dzieła. „Through the Never” ogląda się świetnie głównie ze względu na to, co się dzieje na samej scenie. Z okularami 3D bez trudu można się poczuć tak, jakby się stało na niej, a przynajmniej miało ją w zasięgu ręki. Widoczny jest każdy detal, gest, a nawet najmniejszy tatuaż na ciele Jamesa Hetfielda. Sporadyczne niedoskonałości obrazu na drugim planie tylko przydają mu autentyczności i surowości.
Wisienką na torcie jest sama scena, niemal w każdym utworze oferująca nowe atrakcje. Odgłosy wystrzałów i płomienie, które zawsze towarzyszyły na koncertach „One”, mają się tak do tego, co widzimy w „Through the Never”, jak zwykły sylwestrowy pokaz sztucznych ogni do obrazków z powitania Nowego Roku w Dubaju, Londynie czy Sydney. Podobnie zachwycają wychodzące z podłogi krzyże w „Master of Puppets”, błyskawice w „Ride the Lightning” i dziesiątki innych atrakcji, które najlepiej zobaczyć na własne oczy. Inna sprawa, że większość tych elementów widzieliśmy wcześniej – posąg Temidy to stary znajomy z trasy „Damaged Justice Tour”, a udającą awarię gigantyczną rozwałkę pod koniec „Enter Sandman” pamiętamy choćby z koncertu w Katowicach w 1996 roku. Tyle że tu wszystko podane jest zgodnie z zasadą „więcej, mocniej, głośniej!”. Ale czy lepiej?
Cieszy na pewno, że w tym nafaszerowanym atrakcjami trójwymiarowym widowisku nie zgubiło się to, co nadal jest w przypadku tego zespołu najważniejsze – muzyka. Zespół prezentuje świetną formę, nawet nie zawsze staranny jako instrumentalista Lars Ulrich jest wyjątkowo zdyscyplinowany. Czy to efekt dogrywek? Dowodów nie ma. Jeśli czegoś zabrakło, to pewnej przyjacielskiej atmosfery – Hetfield już dawno dał się poznać jako świetny frontman, bez trudu łapiący kontakt z widownią, zagadujący ją, niekiedy się z nią drażniący. Tymczasem tu jego wyluzowanych odzywek i pogawędek właściwie brak; zamiast tego mamy irytację na twarzy po konfrontacji z zepsutym mikrofonem. Wyreżyserowaną i sztuczną.
Dla wieloletnich fanów „Through the Never” będzie po prostu kolejną okazją do spotkania z muzyką ulubionego zespołu, tym razem w nieco innej formie. Dla wszystkich innych ciekawą filmowo-muzyczną przygodą, która może, choć nie musi, stać się początkiem nowej fascynacji. Nie jest to na pewno film rewolucyjny, ale ogląda się go na tyle dobrze, że z potyczki z niejedną przedstawioną na ekranie filmową rewolucją wyszedłby z tarczą.
– I tak nam są te fajerwerki niepotrzebne – słyszmy na koniec od zespołu, podłączającego się do zwykłych wzmacniaczy, by zagrać „Hit the Lights” jak za starych dobrych czasów. I coś w tym jest.
Warto zobaczyć film do ostatniej minuty, gdyż napisom końcowym towarzyszy nowa wersja instrumentalnego „Oriona”, zagrana przez Metallikę już przy pustej sali. W trakcie pokazu prasowego w kinie IMAX wyszła tylko jedna osoba. Mina zaskoczonego, a raczej zdezorientowanego biletera, pragnącego jak najszybciej opróżnić salę, bezcenna…
![Paweł Piotrowicz (Onet.pl): film 3D zachował to, co w Metallice najważniejsze [RECENZJA]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2014/07/Kvelertak_Sonisphere_Stadion-Narodowy_2014-576x10241-576x1024.jpg)
