Zapraszamy do lektury felietonu nadesłanego przez Piotrka, naszego czytelnika:
26 września 1986r. był dla większości ludzi zwykłym wrześniowym dniem. Dla innych był to dzień po 25 września, dla innych dzień przed 27 września, a jeszcze dla innych to wcale się nie liczyło. Jednakże, gdy tego dnia w Polsce zatwierdzano Uchwałę nr 146 z Rady Ministrów, Sztokholm gościł pewien zespół thrashmetalowy, który wtedy rozkwitał w zastraszającym tempie.
Sztokholm był ostatnim miastem, które miało okazję gościć Cliffa Burtona.

„How would you like to hear a fucking bass solo ?!” – słowa Jamesa Hetfielda na arenie Solnahallen były ostatnią zapowiedzią Cliffa Burtona, którą kiedykolwiek mogliśmy usłyszeć. Mija chwila aplauzu, po czym słychać bas wzmocniony Big Muffem, do którego po jakimś czasie dołącza perkusja – fani po raz ostatni słyszą dźwięki Anesthesii grane przez ówczesnego basistę.
Po ostatnim koncercie najwyższy czas na spakowaniu sprzętu i wyruszenie w dalszą część trasy po Skandynawii, a także na zasłużony odpoczynek, podczas którego rozgrywa się gra w karty, gra w karty, która zmieniła wszystko. Clifford Lee Burton wygrywając asem pik miejsce przy oknie po prawej stronie w autokarze, wygrał także mały bonus.
Siódma rano, okolice Ljungby, wszyscy śpią, kierowca jedzie drogą E4, gdy nagle na zakręcie traci panowanie nad pojazdem – autobus wpada w poślizg. Wszyscy się budzą, mieszając i obijając się o ściany autobusu koziołkującego na oblodzonym asfalcie, w akompaniemencie gniecionej blachy i tłuczonych szyb. James Hetfield patry w stronę Cliffa i widzi moment, w którym wypada on przez szybę, za chwilę zmiażdżony przez pojazd, z którego wypadł. To był ich punkt zwrotny w całej historii, a zarazem wielki cios.
http://www.youtube.com/watch?v=gTohiqB6qPQ
Tę historię znają praktycznie wszyscy fani Metalliki, często do niej wracają,często ją wspominają w różnych dyskusjach z refleksjami na temat „a co, jeśli on by nie zginął?”. Właśnie, co by było, gdyby? Dalszy rozwój muzyczny Metalliki był spowodowany wg samego zespołu ich zmianą wewnętrzną, okiełznaniem swoich dusz, lecz żaden z jego członków nigdy wprost nie powiedział, co na nich wpłynęło, zazwyczaj odpowiadając wymijająco. Lecz możemy śmiało stwierdzić, że gdyby Cliff Burton żył, Metallica w 99% wciąż była utrzymywana w początkowych klimatach szybkiego thrash metalu, z prowadzącymi liniami basu i innowacyjnymi rozwiązaniami.
Lecz za to pojawia się kolejna postać, która jak dotąd najdłużej działała i tworzyła historię zespołu. Polecany przez wielu, stanął na przesłuchaniu dzielnie, naucozny całego ich asortymentu. Jason Newsted. Jeszcze tego samego roku Metallica dzielnie kontynuuje trasę, prezentując swojego basistę, który pierwsze koncerty grał na Arii odziedziczonej po jego poprzedniku. Od samego początku widać było w nim coś unikalnego, oprócz tego, że preferował granie z użyciem kostki. Był dziką bestią, z charakterystycznym głosem, wspomagającym Jamesa, z charyzmą sceniczną, której nie bał się pokazywać, był… niedoceniany.
Kolejny wniosek, który możemy śmiało wysnuć to to, że James, Kirk i Lars wciąż nie mogli w pewien sposób pogodzić się ze stratą basisty, a poprzeć go możemy wyciszeniem Jasona na jego pierwszej płycie z tym zespołem „…And Justice For All” , jako przyczynę podając ” linię basową, która była niemalże identyczna, jak partie gitarowe Jamesa” . Chłopcy dali po sobie wtedy poznać, że zapomnieli, do czego służy tak naprawdę gitara basowa. Możemy porównać to do wielu starszych i młodszych zespołów, gdzie TAK WŁAŚNIE JEST – bas idzie z gitara rytmiczną, ponieważ takie jest jego przeznaczenie. Cliff był jedyny w swoim rodzaju, a jego styl grania nie oznaczał tego, że każdy będzie jak on, pomimo faktu, że był świetny.
Wraz z upływem kolejnych trzech lat, doczekujemy się przełomu i rzeczy, dzięki której Metallica mogła skolonizować muzyczny świat – Czarny Album, który do dziś stawiany jest za granicę pomiędzy hard rockiem, a heavy metalem. Wydaje się, że Jason jest tam już zaadaoptowany – dzielnie użycza swojego głosu w niektórych partiach, bas jest odpowiednio nagrany, konflikt wydaje się zażegnany.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=ULq9ET7xRlQ
Wysnujmy też kolejną tezę – czy Jason miał duży wpływ na zmianę muzyki, którą serwowała nam Metallika? Czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić mniej agresywny „Black Album” wraz z Cliffem i jego charakterem z piekła rodem? Osobiście uważam, że by to nie wyszło, Cliff nie byłby w stanie wykorzystywać swojego potencjału do tradycyjnego sposobu wypełniania utworu, zatem, odpowiadając na pytanie zadane wcześniej, śmiało mogę odpowiedziec, że tak.
Pójdźmy kilka lat do przodu, i oto jesteśmy w 1996 roku, gdy całkiem nowa Metallica wydaje swój całkiem nowy album, który spotyka się z (nie)całkiem zaskakującą krytyką. Sami panowie, ostrzyżeni na krótko, bardziej spokojni, są sobą zachwyceni. Płyta porusza całkiem nowe tematy, choć wciąż zróznicowane, jednakże znacznie bardziej opowiadające o życiu, jak i późniejszy ReLoad. Po 5 latach możemy zobaczyć, jak Jason powoli dostaje swoją rolę, gdzie bas trzyma klimat – King Nothing, The Outlaw Torn, Until It Sleeps. W Reloadzie już tego nie ma, co jest zabawne, jeśli spojrzeć na oba tytuły – ReLoad sugeruje, że równie dobrze mogło być się to nazywać jakoś w stylu „Load II„, a tym czasem panowie serwują nam nieco inną muzykę, choć przyznać trzeba, że gdzieś błąka się ta muzyka znana z pierwszej płyty.
Zbliżamy się powoli do roku 1999, gdzie Metallica występuje w San Francisco (oraz w innych miastach) z orkiestrą symfoniczną. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj wykonanie „The Call Of Ktulu”. Jason przerobił całą piosenkę (nie licząc partii gitara w/ bas) pod siebie, ukazując nam swoją wizję, umiejętności i przede wszystkim chęć przypomnienia ludziom, że nie powinni patrzeć na niego jak na następce CLiffa Burtona, tylko jak na Jasona Newsteda. Jednakże to tez jest jakiś sposób chęci zwrócenia na siebie uwagi zespołu, który trzymał go w widoczny sposób na dystans.
9 sierpnia 2000r – ostatni koncert Summer Sanitarium, ostatni koncert Jasona Newsteda, scenicznej bestii, niedocenianej przez rzecz najważniejszą w jego życiu. Analizując rózne nagrania z tego koncertu, mamy odczucie, jakby Jason dawał z siebie więcej niż 100% normy, co doskonale widzimy tutaj:
httpvh://www.youtube.com/watch?v=z8a2stRUIMQ
Po tym koncercie jeszcze jeden jedyny raz widzimy Jasona na wystąpieniu na gali VH1 Music Awards.
Pomijając odejście Jasona, problemy wewnętrzne zespołu, oraz sesje psychiatryczne, Metallica pokazuje światu trzeciego już basistę, Roberta Trujillo. Pierwsze odczucia były co najmniej dziwne ; ot tak wyskakuje sobie facet, ubrany luźno, z charakterystyczną mimiką twarzy, który okazuje się brakującym elementem układanki. Metallica przeżywa kolejny renesans, co doskonale widać na koncertach, gdzie odnosi się wrażenie, jakby to oni we czwórkę od zawsze grali razem. Trujillo, wyrózniający się, lecz pasujący jak ulał po pewnym czasie nie daje po sobie poznawać, że kiedykolwiek go w zespole nie bylo, ale pamiętamy o tym my, płyty, gazety, wspomnienia. Trujillo stanął przed ciężkim zadaniem zaspokojenia wściekłości większości fanów Metalliki z Jasonem.
Co ciekawe, James w wywiadach podkreślał, że z Robertem „muzyka płynie sama z siebie, a z Jasonem przez 14 lat skomponowali mniej, niż przez te kilka lat z Trujillo”. I tak oto efektem tej swobody jest „Death Magnetic„. Płytę tę powinniśmy więc traktować jako ich prawdziwe oblicze, a wszystko, co było 15 lat wstecz, jako coś wymuszonego, niechcianego. Lecz paradoks jest taki, że traktowane to jest na odwrót. Trzeba jednak przyznac, że Trujillo jest najbardziej opanowanym z całej trójki basistów, co odzwierciedla też plyta. Przypadek? Być może.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=PaksgeVgZCs
I w końcu jesteśmy dzisiaj, na początku 2012 roku, miesiąc po koncertach 30-lecia zespołu, gdzie Jason z Robertem oraz Ronem McGovneyem, który krótko, ale fakt faktem pierwszym, był basistą Metalliki także, stanęłi naprzeciw jeszcze, prezentując swoje style, niczym machina czasu, pokazująca w pewien sposób rozwój zespołu.
Morał będzie jedną wielką metaforą, zresztą jak sam tytuł, ale od serca: Złośliwi mówią, że bas jest niepotrzebny w muzyce, ale to bez niego głebia znika.