Prezentujemy Wam wywiad przeprowadzony przez Kansas City Star z Larsem Ulrichem.

Co przypomina Ci „Death Magnetic”?
Przypomina mi album Metalliki. Gdy myślę o naszych płytach przychodzą mi do głowy migawki z procesu nagrywania. Więc gdy np. myślę o „Master of Puppets” mam tendencję do przypominania sobie miejsca, w którym byliśmy pisząc tamte utwory. To może wydawać się nudne, ale ciężko mi przypomnieć jakiś szczególny moment.
Co więc myślisz o tym albumie? Jaki masz do niego stosunek?
Nauczyłem się, że podczas nagrywania, albo już po jego zakończeniu, możesz tak bardzo wsiąknąć w ten proce, że wszystko, co stworzysz, błyszczy jak złoto. Żeby móc wydać ocenę, musisz oddalić się od tego na trochę. Gdy parę tygodni temu słuchałem „Death Magnetic” w samochodzie – pierwszy raz od ukończenia – pomyślałem, że brzmi bardzo ludzko. Brzmiało jak kilku kolesi grających ze sobą, a nie jak jakieś sterylne nagranie z którego wyssano życie.
Czy takie były intencje od początku?
Gdy kilka lat temu spotkaliśmy się z Rickiem Rubinem, powiedział, że chce stworzyć nagranie, które uchwyca energię, którą wytwarzamy grając razem. Miał wrażenie, że nigdy wcześniej to się nie udało. Gdy słucham tego albumu, słyszę ten rodzaj energii, coś jak uderzenie prosto w twarz. Słychać, że ten album ma charakter, dynamikę i energię; brzmi jak kilku kolesi wspólnie grających tutaj – na planecie Ziemi – i cholernie dobrze się przy tym bawiących. Przez to jechałem samochodem szybciej niż zazwyczaj. To zawsze jest dobry znak. Jeśli się spóźniasz, włącz album Metalliki. Zajedziesz na czas.
Znam Ricka bardzo długo. Dłużej, niż Boba Rocka. Zawsze był przyjacielem i zawsze zastanawiałem się, jakby to było współpracować z nim. I było wspaniale. Potrzebowaliśmy zmiany, więc zaprowadziliśmy zmianę. W pewnym sensie pozwalamy Rickowi sterować tą łodzią; ja i James próbowaliśmy odpuścić trochę, pozwalając Rickowi podejmować wszystkie najważniejsze decyzje. Rick mocno różni się od Boba. Wszystko robi w zupełnie inny sposób. Nie jest muzykiem. To typ faceta, który leży na kanapie, słucha piosenek z zamkniętymi oczami, i mówi: „Może spróbujmy tego albo tamtego”. Nie powie: „Zagraj ostatni akord dwa razy” lub „Użyj Fis zamiast G”. Bardziej chodzi mu o całokształt. Potrafi rzucić: „Nie gracie razem. Grajcie razem. Słuchajcie siebie podczas grania”. Takie coś słyszysz zamiast komentarzy w stylu „Spróbuj innych dźwięków w tej solówce”. Nie jest taki dokładny. Polega na intuicji. Tak jakby – oczywiście w pozytywnym znaczeniu – był w tym element chaosu. Nie sądzę by on miał pojęcie o tym, co zdarzy się za tydzień.