W tym miesiącu okładkami polskich magazynów muzycznych rządzi nie kto inny jak sam Jason Newsted. Tym razem prezentujemy Wam obszerny wywiad zamieszczony w najnowszym numerze polskiego Metal Hammera, który znajduje się już w kioskach! Serdecznie polecamy lekturę i najnowszy numer magazynu. Mamy dla Was 2 sztuki nowego „młotka” – o tym, jak je zdobyć – piszemy wewnątrz newsa.

Z perspektywy lat widać wyraźnie, że rozstanie z nadal uznawanym za najpopularniejszy – ale coraz rzadziej za najlepszy – zespołem metalowym świata było dla Jasona Newsteda początkiem nowej podróży. „Heavy Metal Music”, czyli debiutancki album zespołu nazwanego bez fałszywej skromności nazwiskiem basisty, być może jest tej wyboistej podróży pierwszym komfortowym przystankiem. Przegląd drogi, jaką Jason pokonał na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat może być dobrym wstępem do wywiadu z muzykiem.
Oświadczenie z siedemnastego stycznia 2001 roku informowało:
Z powodów osobistych oraz w wyniku fizycznych szkód, jakie wyrządziłem sobie latami grania muzyki, którą kocham, jestem zmuszony opuścić Metallikę. To najtrudniejsza decyzja w moim życiu, podjęta jednak dla dobra mojej rodziny, mnie samego oraz dalszego rozwoju zespołu. Podziękowania, życzenia powodzenia i wyrazy miłości przekazuję moim braciom: Jamesowi, Kirkowi oraz Larsowi.
Wygładzone słowa oficjalnych komunikatów rozmijały się nieco z wypowiedziami muzyków zamieszczanymi na łamach prasy, a wynikało z nich między innymi, że Newsted nigdy nie zdołał wyzwolić się w Metallice ze statusu „tego nowego”, a ponadto zespół torpedował jego plany równoległej współpracy z innymi muzykami. Chociażby w Echobrain.

No właśnie – Echobrain. Jason powołał tę grupę do życia jeszcze jako członek Metalliki, choć debiutancki album tria ujrzał światło dzienne w 2002 roku. I zaledwie kilka miesięcy później epizod członkostwa w Echobrain był już dla Newsteda przeszłością. Długo nie potrwała też kooperacja z żywą – okazjonalnie ledwie żywą, ale jednak – legendą rocka, Ozzym Osbournem. Jason towarzyszył mu w zaledwie jednej trasie w 2003 roku, by zaangażować się później w Voivod.
Voivod to, zupełnie jak Ozzy, legenda, ale, w przeciwieństwie do Ozzy’ego, niespecjalnie dochodowa. Na Newsteda spadł ciężar finansowania nagrań oraz promocji zatytułowanego nazwą zespołu albumu z 2003 roku. I chociaż na płycie zaśpiewał po raz pierwszy od lat wokalista oryginalnego składu, Denis „Snake” Bélanger, sama muzyka rozczarowywała na tle wcześniejszych, nierzadko rewolucyjnych, dokonań tych futurystów thrash metalu. Kolejne dwie płyty zespołu, na których pojawiły się basowe partie głównego bohatera tego tekstu, powstały na fundamencie riffów, jakie na swoim komputerze pozostawił zmarły w 2005 roku gitarzysta, Denis „Piggy” D’Amour.
Rok 2006 przyniósł prawdopodobnie najmniej interesującą płytę, w nagraniach której Jason wziął do tej pory udział. Trudno zresztą się dziwić, skoro zespół, który ją nagrał – Rock Star Supernova – uformował się niejako jako odprysk telewizyjnego show „Rock Star”. Otóż jego producenci zaproponowali trzem wyjadaczom – Gilbertowi Clarke’owi, który zaliczył trzyletnią współpracę z Guns N’ Roses, Tommy’emu Lee z Mötley Crüe, no i Newstedowi – stworzenie instrumentalnego rdzenia kapeli, wokalistę dla której miały wyłonić telewizyjne przesłuchania. Czyli coś jak „Idol”, tylko gorzej… Rock Star Supernova znaleźli jednak frontmana w osobie niejakiego Lukasa Rossi. Nagrali z nim nawet album, który zasłużenie został skopany przez krytykę i zignorowany przez rynek. Zespół zapadł się niedługo po premierze w otchłań i nikt nie sprawia wrażenia stęsknionego…

W 2006 roku Jason uległ kontuzji barku, która wykluczyła go z muzycznej aktywności na kilkanaście miesięcy. Zainteresował się wówczas – w dużej mierze pod wpływem swojej ówczesnej partnerki, a obecnie żony – malarstwem. Na przestrzeni ostatnich kilku lat stworzył wystarczająco dużo prac, by w 2010 po raz pierwszy wystawić je w San Francisco. Nie oszukujmy się jednak – nie z powodu malowideł zapamiętamy Jasona.
Do muzyki wrócił on na przełomie dziesięcioleci, kiedy reaktywował swój półamatorski, hałaśliwy zespół Papa Wheelie (jego korzenie sięgają połowy lat dziewięćdziesiątych) i wziął udział w sesji nagraniowej charytatywnego singla „Out of My Mind / Holy Water” epizodycznej supergrupy WhoCares z muzykami Deep Purple, Black Sabbath, Iron Maiden i HIM. Był jeszcze gościnny udział w jubileuszowych koncertach Metalliki w grudniu 2011 i twórcze zaangażowanie w prace nad najnowszą płytą starych kumpli z Flotsam and Jetsam.
Jeszcze później… O tym opowie już sam Jason, z którym udało nam się porozmawiać telefonicznie na kilka godzin przed niemieckim koncertem europejskiej trasy.
MH: Zastaję cię na trasie, prawda?
Zgadza się. Za nami już piętnaście koncertów, a zespół ma tak naprawdę dopiero cztery miesiące. Wystartowaliśmy z dużym impetem.
MH: I zdążyliście zahaczyć już o Polskę.
Dokładnie, pojawiliśmy się na festiwalu Impact w Warszawie. Koncert był bardzo dobry, miło było mi widzieć wszystkich przybyłych.
MH: Większość fanów rocka zna choćby pobieżnie twój olbrzymi dorobek, a jednak „Heavy Metal Music” pod pewnymi względami można rozpatrywać jako twój debiut. Jak to jest debiutować po trzech dekadach muzycznej działalności?
(śmiech) Fajnie to ująłeś. I cóż, masz rację, w pewnym sensie to dla mnie kolejne nowe otwarcie. Czuję, że odmłodniałem, raz jeszcze czuję rosnącą ekscytację. Zabawa jest przednia, jednocześnie jednak i oczekiwania są wyższe. Ale i one mi nie przeszkadzają, bo uwielbiam być częścią tego biznesu. Cieszę się, że wróciłem.
MH: Mówisz, że odmłodniałeś. Z zewnątrz może to wyglądać trochę tak, że EP „Metal” i album „Heavy Metal Music” to prezenty, jakie sprawiłeś sobie z okazji pięćdziesiątych urodzin.
Tak, można to w ten sposób ująć. Postawiłem sobie twórcze wyzwanie. Ale jednocześnie to prezent dla słuchaczy. Właściwie nie planowałem tego rodzaju działalności – nie miałem zamiaru wyruszyć z zespołem w trasę, nie planowałem już płyt w podobnym stylu. Ale nagle mnie trafiło, jak grom z jasnego nieba…

MH: Skoro mowa o wieku, to niektórzy twierdzą, że metal to muzyka młodych, niekoniecznie pięćdziesięciolatków. Oczywiście rzut oka na Lemmy’ego Kilmistera obala te teorie, ale ciekawi mnie, jak sam je postrzegasz.
Mogę w każdej chwili udowodnić ich bezzasadność. W porządku, kartki kalendarza opadają, ale okazuje się, że muzyka metalowa jest dla mnie eliksirem młodości. Każdemu, kto wyznaje opisane przez ciebie teorie, rzucam wyzwanie. Zmierzcie się ze mną w maratonie. Zmierzcie się ze mną w ringu bokserskim. Na rowerze górskim. Na quadzie. Na basenie. Hej, dwudziestopięciolatkowie, jesteście gotowi? Bo ja jestem.
MH: Wspomnianemu Lemmy’emu zdarzyło się powiedzieć, że muzyk rockowy nie powinien się żenić. Kiedy ponad dekadę temu opuszczałeś Metallikę, sam zarzekałeś się, że osią twojego życia pozostanie muzyka, a czasu na rodzinę nie będzie. Ostatnio zmieniłeś jednak optykę.
Co dobre dla Lemmy’ego, nie musi działać w przypadku wszystkich innych ludzi. On stanowi o sobie, na przestrzeni tych wszystkich lat wypracował dla siebie najodpowiedniejsze strategie. Jest też jednym z moich największych bohaterów, ale uważam, że jest samotnym człowiekiem. Nie wykluczam, że drogi, jakimi chadza od blisko siedemdziesięciu lat, pasują mu w stu procentach. Ale osoba, którą ostatnio poślubiłem, jest ze mną już od jedenastu lat. Małżeństwo wydarzyło się jako nieunikniona część naszego wspólnego życia. Poza tym zaryzykowałbym tezę, że Lemmy nie spotkał odpowiedniej osoby. Moja żona zachęca mnie do grania. Gdyby nie ona, nie tylko nie uprawiałbym muzyki, ale nie byłbym wśród żywych… Zgaduję, że Lemmy’emu nie było dane doświadczyć czegoś takiego.
MH: Po rozstaniu z Metalliką angażowałeś się w całą gamę przeróżnych zespołów i projektów – Echobrain, Voivod, Rock Star Supernova, WhoCares, by wspomnieć tylko o kilku. Odnoszę jednak wrażenie, że przez ostatnią dekadę usiłowałeś na nowo odkryć, co tak naprawdę fascynuje cię w muzyce. I nowy album chyba jest odpowiedzią.
Świetna analiza. Uważam, że najnowsza płyta jest naturalną kulminacją wszystkich moich dotychczasowych doświadczeń. Być może brzmi to jak oczywistość, ale tak właśnie jest. Miałem szczęście grać w przeszłości z wieloma fajnymi muzykami. Po raz pierwszy stworzyłem jednak zespół od zera. Nawet Flotsam and Jetsam funkcjonował już jakiś czas z inicjatywy Kelly’ego (Smitha, perkusisty – przyp. Krzywy), zanim dołączyłem do składu. Zawsze dołączałem do składu jako dostawca nowej energii. Teraz po raz pierwszy założyłem sam kapelę, nie mówiąc o tym, że nazwałem ją własnym nazwiskiem i sam zaśpiewałem. Bardzo wyjątkowa dla mnie sytuacja. Prawdopodobnie rzeczywiście poszukiwałem jej od jakiegoś czasu.

MH: Mówiłeś o Flotsam and Jetsam. W ubiegłym roku pomogłeś im w pracach nad albumem „Ugly Noise”. Czy to również był jeden z impulsów, które skłoniły cię do powrotu do ostrzejszej muzyki?
Zdecydowanie. Chociaż zaczęło się chyba jeszcze wcześniej, kiedy Metallica poprosiła mnie, bym wystąpił na ich jubileuszowych koncertach w 2011 roku. Dwa miesiące później wybrałem się do Phoenix, by wskrzesić Flotsam and Jetsam w oryginalnym składzie. Spędziliśmy dwa weekendy, grając numery z debiutanckiego „Doomsday for the Deceiver”. Miałem pomysł, by zagrać w starym składzie z okazji ćwierćwiecza premiery debiutu i trzydziestolecia działalności zespołu. Nie udało się jednak wcielić tego planu w życie. Wyniosłem natomiast z tego epizodu energię do założenia własnej kapeli. Faktem pozostaje jednak, że pierwszą myślą, której uczepiłem się po koncertach z Metalliką, było reaktywowanie klasycznej inkarnacji Flotsam and Jetsam.
MH: Ale jak właściwie narodził się Newsted? Obudziłeś się pewnego ranka i pomyślałeś po prostu: „oto jest ten dzień”?
Nie. Z Jesusem i Jessem (odpowiednio: Mendezem Jr, perkusistą, i Farnsworthem, gitarzystą – przyp. Krzywy) jammowałem od lat. Napisałem numer dla żony z okazji naszego ślubu i weszliśmy do studia we trzech, by go zarejestrować. Udało nam się nagrać również „Soldierhead” i pozostałe kawałki, które złożyły się na EP. Nie miał z tego narodzić się zespół ani projekt, nie było mowy o koncertach, chodziło wyłącznie o to, by utrwalić muzykę, która się narodziła. Jeden z kumpli z obozu Metalliki puścił jednak te kawałki radiowemu DJowi, on z kolei wyemitował je na antenie i sprawy nabrały tempa. Oto jesteśmy cztery miesiące później – na światowej trasie koncertowej, po sesji debiutanckiego albumu. Sprawy zaczęły się dziać, nagle okazało się, że niezobowiązujące przedsięwzięcie przekształciło się w monstrum.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=6AWprBmbyuU
Więcej o Jasonie w najnowszym numerze Metal Hammera – polecamy!
Dla naszych czytelników mamy dwa egzemplarze magazynu.
Dwa numery Metal Hammera trafią do osób, które w komentarzach powiedzą krótko, czy Jason Newsted podjął dobrą decyzję odchodząc z Metalliki?
Zwycięzcy: Marios i Mate Ronin. Wyślijcie nam mailowo swoje adresy.