Zgodnie z obietnicą przedstawiamy wywiad z Kirkiem Hammettem. Został on przeprowadzony i opublikowany przed premierą „Death Magnetic”. W tej rozmowie, pierwszy raz publikowanej po polsku, Kirk opowiada m.in. o artystach, którzy go inspirują, o sprzęcie, na którym gra, czy też o… metafizyce. Zapraszamy do lektury!
Jest wieczór w Los Angeles, a za niecałą godzinę Metallica wyjdzie na scenę w Wiltern Theater by zagrać koncert charytatywny na rzecz Silverlake Conservatory of Music – bezpłatnej szkoły muzycznej dla dzieci z biedniejszych rodzin. Choć Hammett nie może się doczekać, to widać wyraźnie, że jest wycieńczony. „Rano próbowałem pospać. Mam półtorarocznego syna, w najbliższych tygodniach żona urodzi następne dziecko. Codziennie wstaję o 6:30, więc teraz już czuję zmęczenie. Jeśli mam przetrwać zbliżającą się trasę, to muszę przestawić się mój rock-and-rollowy zegar„. Przechodząc do tematu nowego albumu, Kirk wyjaśnia, dlaczego rola producenta jest w ich nagraniach tak istotna: „Potrzebujemy kogoś z zewnątrz, bo w innym wypadku wiele decyzji pozostałoby nieroztrzygnięte i nic nigdy byśmy nie nagrali. Potrzebujemy mediatora. Może gdyby zespół liczył jeszcze jednego członka, to nie byłoby sprawy, ale w chwili obecnej nie planujemy zatrudnić klawiszowca„.
„Death Magnetic” to duża zmiana dla Hammetta, któremu zabroniono grać solówek na poprzednim albumie. Tym razem pozostawiono mu pole do popisu i mnóstwo przestrzeni na szybkie, głośne i długie solówki. Można powiedzieć, że Kirk rządzi i dzieli na tym albumie.
Guitar World: Jak opisałbyś „Death Magnetic”?
Powiedziałbym, że jest gdzieś między „…And Justice For All” i „Czarnym Albumem”. Z jednej strony jest agresywna, techniczna, jak Justice, ale jest tu też dużo melodii, jak na Czarnej. Pisząc ten album, chcieliśmy żeby to był kopniak w twarz, i uważam, że się udało. Wystarczająco długo pracowaliśmy – prawie trzy lata. W pewnym momencie mieliśmy 24 piosenki, ścięliśmy to do 14, teraz jest jeszcze mniej, ale to jednocześnie jest właśnie to, czego chcieliśmy.
Czy dużo debatowaliście nad tym, jak album ma brzmieć, czy może wszystko przyszło naturalnie?
Pamiętam, że w 2005 mieliśmy spotkanie z Rickiem Rubinem i już wtedy mieliśmy trochę muzyki, którą mu zagraliśmy. Rozmawialiśmy o naszych oczekiwaniach i o tym, jaką wizję idealnego albumu Metalliki ma on sam. Zaczął nam też tłumaczyć, dlaczego w porządku będzie jeśli zaczniemy odnosić się do przeszłości, tak więc przez cały proces nagrywania pozwoliliśmy sobie być po prostu sobą.
Prawdę mówiąc, to było bardzo ekscytujące, móc wrócić do metod, które skutkowały w przeszłości, czerpać z nich nową inspirację. Udzieliliśmy sobie zezwolenia by brać najlepsze elementy z naszej przeszłości i łączyć je z tym, co najlepsze w nas teraz. W ten sposób mogło powstać coś zupełnie innego.
Powinniście mieć prawo do plagiatowania samych siebie. Wszyscy inni już kradli pomysły Metalliki.
Tak. (śmieje się) Wiesz, spędziliśmy dużo czasu na próbach oddalenia się od naszej dawnej muzyki – chcieliśmy w ten sposób udowodnić sobie, że stać nas na więcej niż tamte kompozycje. I tak wyglądała większość lat 90. Badaliśmy nasz potencjał i sprawdzaliśmy, co jeszcze możemy i co nam może ujść na sucho. Ale to już mamy za sobą. Teraz chcemy po raz kolejny być najcięższym zespołem na świecie.
Czy jesteś świadom tego, jak bardzo wasze brzmienie przeniknęło metal?
Tak, to interesujące. Słyszę jakąś muzykę w radio i myślę sobie „Ej, my to wymyśliliśmy w 1987! Co to za zespół?” To nam bardzo schlebia. Nie widzimy w tym nic negatywnego. Mówię o tym, bo przecież niejeden artysta może takie coś traktować jak okradanie go. Dla mnie to jest forma składania hołdu.
Albo po prostu ci muzycy wychowali się na Metallice i wg nich tak właśnie powinno się grać metal.
Taa, nasza muzyka stała się częścią leksykonu. Leksykonu muzyki metal!
Jak określisz swą zmianę jako gitarzysta od, powiedzmy, czasów „…And Justice For All”?
Mam za sobą okres bluesowy – to były lata 90. – co miało pewien wpływ na „Load” i „ReLoad”. Później słuchałem dużo jazzu – muzyków takich jak Kenny Burrell, Tal Farlow, Grant Green i Wes Montgomery – oni byli gigantami gitary. Była to świetna nauka, gdyż odkryłem, że wielu moich bohaterów rocka inspirowało się nimi. Jeff Beck, Clapton, Hendrix, Stevie Ray Vaughan i Jimmy Page brali od nich pomysły i wkomponowali je w muzykę własnego pokolenia.
Wchłonąłem tę muzykę i zupełnie zmieniłem styl gry. Ale parę lat temu pomyślałem, że idę z tym zbyt daleko. Więc wracam do bycia przede wszystkim gitarzystą metalowym, chociaż blues i jazz zmienił mnie dość istotnie. Mam teraz znacznie lepsze umiejętności improwizacyjne – gram bardziej płynnie; znacznie mocniej wierzę też w to, że umiem grać spontanicznie, podczas gdy w przeszłości po prostu komponowałem solówki. Kiedyś komponowane było 90% moich solówek, teraz ta liczba spadła to jakichś 40%.
Nagrywając ten album, dawałem z siebie naprawdę wszystko, zabierając moją grę tam, gdzie jeszcze nigdy nie odważyłem się być. Obecnie na nowo uczę się piosenek na zbliżającą się trasę. Czasem drapię się po głowie i myślę „Co ja tam gram?” bo nie pamiętam, w jaki sposób coś zagrałem. Może spece od transkrypcji z Guitar World powinni mi pomóc!
Jeden z tobie współczesnych muzyków – Alex Skolnick z Testamentu – nagrał kilka jazzowych albumów jako Alex Skolnick Trio. Słuchałeś ich?
Uwielbiam je. To, co on robi, czyli przerabianie utworów heavy metalowych na styl jazzowy, wnosi świeżość do muzyki. Rozwaliła mnie jego przeróbka „Detroit Rock City” zespołu Kiss, brzmi lepiej niż oryginał. Bo gdy się zastanowić nad tym, to kiedyś jazz był tym, czym dziś jest muzyka pop. W ten sposób Alex pokazał, jak na nowo możemy interpretować obecnie graną muzykę. Pomysł, żeby grać Kiss albo Scorpions w stylu Dave`a Brubecka, jest wspaniały, a jednocześnie radykalny. W Julliard jest masa ludzi grających „Straight No Chaser” (jeden ze standardów jazzowych – przyp.red.) już pewnie po raz tysięczny, więc pora, by ktoś spróbował czegoś nowego.
Grałem na twojej gitarze ESP „Mumia” i zauważyłem, że masz bardzo wysoką akcję (czyli struny są wysoko nad podstrunnicą – przyp. red.). Z twoją gitarą zdecydowanie trzeba walczyć.
Bo walka pomaga wyzwolić więcej emocji. Robię się leniwy jeśli gitara jest zbyt łatwa w graniu. Dlatego lubię z nią walczyć. Mocno uderzam kostką, a jeśli akcja jest zbyt niska a mocno uderzasz, to zaraz pojawiają się jakieś trzaski.
Gdy rozmawiałem z Jamesem, pomyślałem że to ciekawe, że wrócił nie tylkod do swego klasycznego brzmienia, ale też do instrumentu i wzmacniacza których sporo używał w nagraniach w latach 80. Twoje brzmienie z kolei dość różni się od tamtych albumów – jest 'większe’ i ma mniej pazura. Jest dużo melodyjności w twoich solówkach.
Wzmocniłem średnie pasmo dźwięku. Wciąż przydaje mi się dawne, ostrzejsze brzmienie, ale gdy uderzam akord, to chcę czuć jak ziemia drży. Więc jeśli chodzi o sprzęt, to nie było tutaj takiej radykalnej zmiany jak w ustawieniach equalizera. Na „Death Magnetic” używam tego sprzętu, co zawsze, czyli mojego koncertowego racka, składającego się z różnych Boogie i Marshalli, które mam od wieków. Używałem też nowego wzmacniacza Randall, który pomagałem projektować, a Greg Fidelman, nasz inżynier dźwięku, nakręcił Jamesa i mnie na heady Ampeg. Ampeg robił niesamowite heady gitarowe we wczesnych latach 90. i później zaprzestali, nie wiadomo czemu. Ten, którego używaliśmy, na kanale czystym ma ładne, ciepłe brzmienie; dźwięk dobrze zlewał się z innymi wzmacniaczami, które mieliśmy w studio.
Jestem walnięty na punkcie sprzętu vintage i chciałbym używać więcej z moich kolekcjonerskich wzmacniaczy, ale już udało się nam uzykać brzmienie dobre do nagrywania, więc nie chciałem nic komplikować. To samo tyczy się gitar. Używałem kilku vintage tu i tam, zdaje się Les Paula `58 i Telecastera `59 w paru czystych partiach, ale ogólnie rzecz biorąc, prawie wszystko załatwione jest za pomocą ESP „Mumia” i „Caution”, czyli pierwotnej wersji „Skully” – pierwszej gitary ESP, z 1987 roku.
Dalszy ciąg rozmowy już wkrótce…