Zamieszczane przez Metallicę od pewnego czasu zdjęcia dokumentujące postęp prac w studiu skłaniają jej fanów do przemyśleń – czego powinniśmy się spodziewać po nadchodzącym dziesiątym albumie? Czy zespół sprosta oczekiwaniom swoich słuchaczy?
„
W 2008 roku, po ukończeniu prac nad swoim dziewiątym albumem, Metallica poczyniła niecodzienny krok – do swojego HQ w San Rafael zaprosiła na spotkanie zatrudnionych w firmie Turner Duckworth konsultantów i designerów marki z Londynu i San Francisco, aby omówić pomysły na to, jak ponownie przyciągnąć do siebie publikę, odświeżając zarazem „markę” Metalliki. Mimo niewielkiego dotychczasowego doświadczenia firmy w świecie rock’n’rolla – zważywszy na to, że na liście klientów Turner Duckworth znajdują się Google, Coca-Cola i sieć supermarketów Waitrose – powierzono jej nie tylko „unowocześnienie” loga zespołu oraz zestawienie grafik do książeczki nadchodzącego krążka, ale poproszono też o wybór tytułu albumu spośród czterech branych pod uwagę.
Fakt wpisania tego spotkania w harmonogram zespołu dobitnie ukazuje stan umysłu Metalliki przy obmyślaniu swojego powrotu z albumem Death Magnetic. Wciąż chwiejąc się po miażdżącej krytyce, z jaką spotkał się St. Anger, i mając na uwadze potencjalną szkodliwość niesamowicie szczerego i odważnego dokumentu Some Kind Of Monster z perspektywy nadszarpnięcia publicznego wizerunku Metalliki jako nietykalnej ikony metalu, kapela w 2008 roku była niepewna swojej pozycji w metalowym świecie, oraz niepewna co do pożądanego kierunku działań. St. Anger być może stanowił pokręconą, desperacką, paniczną próbę spojenia wyraźnie rozpadającego się od środka zespołu, jednak jak na obraz jego sytuacji w 2002 i 2003, była do bólu szczera. Niemniej, Death Magnetic, mimo iż w dużej mierze przewyższał ów album na prawie każdym poziomie, miał okazać się najbardziej skrępowanym zbiorem utworów, dźwiękiem gwiazdorskiego zespołu starającego się przewidzieć swoją sztukę i oczekiwania swojej publiki, umyślnie próbującego na nowo odkryć zaginiony ląd i znów połączyć się ze swoimi najwierniejszymi fanami przez ponowne wstąpienie na terytorium zdobyte na albumach Master Of Puppets i …And Justice For All. Na poziomie biznesowym to podejście się opłaciło – Metallica znów przejęła inicjatywę. Jednak niezmiennym pozostaje fakt, że Death Magnetic to najkreatywniej pozowane wydawnictwo zespołu od czasów, gdy ten usiłował napisać hitowy singiel Escape na Ride The Lightning – była to decyzja, której jego członkowie później żałowali tak bardzo, że nie zagrali tego utworu na koncercie aż do 2012 roku.
W takim razie gdzie umieszcza to Metallicę w 2015 roku i czego możemy się spodziewać po albumie numer dziesięć? Szczerze mówiąc, wiedzą to na pewno tylko ci czterej faceci pracowicie rzeźbiący w studiu. Nie ma szans na spontaniczne, oderwane od ziemi improwizacje kultywowane na rzecz Lulu, zapowiadające dźwięk i klimat następcy Death Magnetic. Mimo to, nie jest pewne też, czy Lords of Summer, kompozycja Hetfielda, Ulricha i Trujillo, która miała swoją premierę w marcu zeszłego roku, kryje w sobie jakiekolwiek wskazówki co do formy nadchodzącej Metalliki.
Oczywiście kwartetowi nie brakuje pomysłów do wykorzystania – rok temu o tej porze Kirk Hammett wyjawił, że on sam z Hetfieldem mieli jakieś 1200 fragmentów utworów w formie demo – pytanie tylko, czy nadal pokierują się zdrowym rozsądkiem i odpowiednim rozeznaniem, by odsiać ziarna od plew. Na początku zadanie to przejął Lars Ulrich, ale być może Metallice wyszłoby teraz na dobre zatrudnienie producenta o przenikliwym słuchu, dużej pewności siebie i wystarczającym tupecie, by powiedzieć, które z nowych kompozycji kopią tyłek, a które ssą.
W pewnym sensie można zrozumieć powściągliwość Metalliki wobec rozpoczęcia prac nad nowym albumem – nieważne, co wyłoni się z tych ostatnich sesji studyjnych – mało, naprawdę mało prawdopodobne jest, że zadowoli to każdą część ich gorliwej, głośno wyrażającej opinie publiki. Zresztą jak mogłoby? Na każdego lojalnego zapaleńca, który uznaje pierwsze trzy albumy zespołu za swą osobistą świętą trójcę metalu, przypada dokładnie tyle samo fanów uważających Black Album lub, istotnie, Load za apogeum dorobku twórczego kapeli. Próba zadowolenia (a może udobruchania?) wszystkich niewątpliwie doprowadziłaby Metallicę do niezaspokojenia absolutnie nikogo.
Być może więc klucz do przyszłości Metalliki leży gdzieś w fundamentach jej niezwykłej kariery. Obok prac nad nowym albumem Metallica jest obecnie zaangażowana także w nadzorowanie wznowionej dystrybucji luksusowych wydań Kill ‘Em All i Ride The Lightning oraz pomoc w dobraniu materiału do nadchodzącej książki Matta Taylora, Master Of Puppets. Jako że przywołują sobie z tej okazji stare dzieje, może być tak, że Larsowi Ulrichowi i Jamesowi Hetfieldowi w szczególności przypominane jest, jakimi byli nieustraszonymi, buńczucznymi, obdarzonymi intuicją gagatkami w czasach nastoletnich i krótko po ukończeniu 20 lat, jak zwisał im odbiór ich kapeli na zewnątrz oraz jak odważny i niepokorny był każdy ich kolejny krok naprzód. Ponieważ pomijając specyficzne brzmienia i utwory, jeśli fani Metalliki chcą czegokolwiek od swojej ulubionej kapeli w 2015 roku, jest to bez wątpienia wiedza, że po raz kolejny ich herosi grają, kurwa, z serca. Trzydzieści lat temu, kiedy James Hetfield przysiadł nad tekstem utworu manifestującego cel Metalliki, Damage Inc, napisał o pragnieniu swojego zespołu do „kierowania się instynktem, a nie nurtem” („follow instinct not a trend”) oraz do „podążania pod prąd aż po kres” („go against the grain until the end”). Nie wiemy teraz dokładnie, jak blisko „kresu” jest ów kwartet, lecz te buntownicze słowa wciąż mogą przeniknąć do DNA Metalliki w 2015 roku… bez żadnego instruktażu ze strony korporacyjnych „konsultantów marki”. „Fuck it all and fucking no regrets”, pamiętasz, James? Czekamy, panowie, czekamy…
Źródło: metalhammer.teamrock.com

