Tegoroczny Sonisphere 2014 to nie tylko Metallica, ale i bardzo ciekawe zestawienie zespołów: Kvelertak reprezentujący norweski metal, Anthrax, czyli królowie thrashu oraz przedstawiciele grunge’u – Alice in Chains. W lineupie znalazł się także polski zespół Chemia. Od razu przyznaję się, że nie zdążyłem na jego koncert. Wiele osób narzekało na dołączenie tego zespołu do festiwalu, jednak jedno jest pewne – tego dnia pewnie niejedna polska grupa zazdrościła Chemii występu przed takimi gwiazdami.
Kvelertak – alternatywa z Północy
Kvelertak to zespół z Norwegii, która kojarzona jest głównie z black metalem. Jednak zespół wzbogaca ten gatunek o nuty punku, rocka czy klasycznego heavy metalu i bardzo umiejętnie je łączy, dodając jeszcze dobre wyczucie melodii.
O godzinie 15.45 na scenie pojawił się wokalista z maską sowy na głowie, do którego szybko dołączyła reszta zespołu. Zespół wykonał swoje najbardziej interesujące utwory – w tym 'Mjod’, 'Sultans of Satan’, 'Blodtorst’ czy 'Fossegrim’. W Kvelertaku jest aż 3 gitarzystów – co zdecydowanie dało się odczuć na scenie. Było ciężko i mocno, mimo to można było wyłapać wpadające w ucho melodie. Niestety brzmienie było trochę zbite – jednak wciąż przyzwoite (przynajmniej w Snakepicie). Bardzo ciekawy koncert – na pewno warto wybrać się na Kvelertak, gdy kolejnym razem przyjedzie do Polski.
Anthrax – stara gwardia nie odpuszcza
Anthrax rozpoczął swój występ o godzinie 17.00 utworem 'Among the Living’. Niestety tutaj pojawił się pierwszy problem. Dźwięk był fatalny! Potężne dudnienie basu i perkusji zażynało uszy, które wszyscy znajdujący się w Snakepicie zaczęli zatykać palcami. Wokal i gitarowe riffy ledwo się przebijały. Całe szczęście charyzmatyczni członkowie grupy uratowali koncert.
Joey Belladonna utrzymywał doskonały kontakt z publiką. Scott Ian odprawiał swój charakterystyczny taniec z gitarą, Charlie Benante katował perkusję, Jonathan Donais uskuteczniał porządny headbanging, a Frank Bello tego dnia na scenie był chyba wcieleniem samego szatana.
Zespół wykonał swoje największe hity – thrashowy 'Caught in a Mosh’, punkowe 'Got the Time’ oraz przebojowy 'Indians’. Po tym utworze zespół zszedł ze sceny, a na głośnikach wywieszono płachty z podobiznami Ronniego Jamesa Dio oraz Dimebaga Darrella. Anthrax oddał im należny hołd wykonując 'In the End’. Następnie zespół zagrał utwory z ostatniej płyty – cover AC/DC – 'T.N.T.’ oraz brutalny 'Fight ‘Em ‘Til You Can’t’. Oczywiście nie mogło zabraknąć 'I Am the Law’. Koncert zakończyło doskonale znane „Antisocial”. Anthrax to prawdziwa petarda na scenie. Grupa dała genialne show – szkoda tylko, że tragiczny dźwięk zepsuł odbiór jej występu.
Alice in Chains – co tutaj robi grunge?
Na pierwszy rzut oka Alice in Chains nie pasowało do Sonisphere. Gdzie wśród metalowych kapel miejsce na grunge?! Trzeba jednak pamiętać, że na przełomie 1990 i 1991 roku Alice in Chains supportowało w trakcie trasy Clash of Titans wielką trójkę thrash metalu – czyli Anthrax, Megadeth oraz Slayera. Poza tym Alice swoim ciężkim brzmieniem zahacza momentami o klasyczny heavy metal.
Alice in Chains weszło na scenę o godzinie 18.30 zaczynając od 'Them Bones’. Chociaż dźwięk trochę się poprawił, to wciąż był niezadowalający. Sytuacja poprawiła się z czasem, jednak sam występ był zwyczajnie nudny. Alice in Chains to nie jest żywiołowy zespół – to dobra, nastrojowa, acz trochę jednostajna muzyka z rockowym zacięciem. Pasuje raczej do hali, a nie do stadionu. Dodając do tego to, co wyprawiał wcześniej na scenie Anthrax, zespół Jerry’ego Centrella wiele tracił.
Mimo tego, że zespół zagrał naprawdę przyzwoity koncert, prezentując swoje największe hity – jak chociażby 'Check My Brain’, 'Down in a Hole’, 'Man in a Box’, 'Nutshell’, 'Stone’, 'Would?’ czy 'Rooster’ – nie porwał publiczności. Dlatego mam nadzieję, że Panowie zawitają do nas jeszcze raz, jednak tym razem już na kameralnym, klubowym koncercie. Tam sprawdzą się doskonale.





