To właśnie od „One” zacząłem was poznawać, teledysk i te sprawy. Skąd pomysł na kawałek o człowieku, który jest uwięziony we własnym ciele? Co w ogóle było punktem wyjścia dla tego kawałka?
JAMES: Mój starszy brat, Dave – mam dwóch starszych braci – opowiedział mi historię, czytał taką książkę, „Johnny idzie na wojnę”. Tytułowy bohater to właśnie ten człowiek – nie widzi, nie słyszy, nie może ruszać kończynami… poczułem z nim solidarność, sam jako nastolatek czułem się, jakby moja skóra była więzieniem. A ten gość doświadczył najgorszej formy piekła – brak możliwości komunikacji z kimkolwiek.
A więc dla niego własne ciało jest więzieniem. Nie ma rąk ani nóg, nie czuje smaku, stracił wzrok, węch.
JAMES: I nie może mówić.
I w pewnym sensie czułeś się jak on, bo miałeś smutne dzieciństwo. Jak o nim przeczytałem, nie mogłem się nadziwić, jak to przeżyłeś.
JAMES: A wiesz, wtedy myślałem, że to całkiem normalne.
Myślałeś, że to normalne, no bo skąd miałeś wiedzieć? Ojciec odszedł od was jak miałeś 16 lat, nie?
JAMES: 13.
Tak, idzie sobie, i już nigdy nie macie ze sobą kontaktu, nie? Nie wspierał rodziny.
JAMES: Nie wspierał.
A twoja mama niedługo później umarła na raka, zgadza się? Więc generalnie byłeś osierocony. Czy wkurwiało cię, że twój ojciec nie chciał mieć z tobą nic wspólnego nawet po śmierci matki?
JAMES: Próbował się skontaktować, ale nie chciałem o tym słyszeć. Jest taki film, nazywa się „Absent”. Zrobili ze mną na jego potrzeby wywiad, jest o roli ojca w życiu dziecka i o tym, jak brak męskiego wzorca może wpłynąć na jego dorastanie. Pogodziłem się z wieloma rzeczami, wiem, że tata się starał, ale koniec końców to nie wystarczyło. On też nie miał ojca, więc historia zatoczyła koło.
A ty jesteś dobrym tatą?
JAMES: Staram się.
Nie miałeś wzorca, więc pewnie musiałeś uczyć się tego wszystkiego samemu – jak być ojcem, czego nie robić.
JAMES: Tak, obawy związanie z ojcostwem to jedna z tych rzeczy, o których człowiek nie chce gadać, ale czasem dobrze to zrobić.
Więc gdzie się tego wszystkiego nie nauczyłeś, jak nie od własnego ojca?
JAMES: Od kumpli. A z pytaniem czasem bywa ciężko. To zmywa wszelkie fasady, obnaża prawdziwego ciebie – w końcu każdy facet chce wyglądać, jakby wiedział, co robi…
Tak, czasami przyznanie, że się czegoś nie wie, bywa najtrudniejszą rzeczą na świecie.
JAMES: Tak, ale dzieci to uwielbiają.
Twoja mama była z kolei scjentolożką, nie wierzyła w medycynę. Pewnie najgorsze dla ciebie było, jak powiedziała, „Hej, umieram na raka, ale nie chcę żadnych leków”. Gdyby poddała się leczeniu, może żyłaby dalej.
JAMES: Ale nawet nie chciała się przyznać, że ma raka. Religia nigdy nie miała dla mnie sensu. Nawet jeśli moja siostra albo ja przyznaliśmy, że mama wyglądała naprawdę źle, to oznaczałoby właśnie dopuszczanie do tej choroby. Mówiąc o tym sprawiasz, że to staje się faktem. A ja nie chciałem zabić mamy. Patrzyłem, jak umiera.
Magiczne myślenie.
JAMES: Szaleństwo.
I to w epoce, gdy ludzkość dysponuje lekarstwami, a twoja mama nie chciała nawet pójść do szpitala. Więc właśnie dlatego, kiedy słyszymy „One”, nie mówimy tylko o gościu, któremu amputowano wszystkie kończyny i odcięto zmysły. Mówimy o tobie i twoim odcięciu od świata, samotności. Dobra, puszczajcie, bez płaczu.
JAMES: Ile ci wiszę za terapię?
Płakałeś, kiedy pisałeś ten utwór? Bo jak go słucham, to czasami coś mnie chwyta za gardło.
JAMES: Nie płakałem, ale może teraz zacznę, dzięki.
Oto „One” wykonywany na żywo w naszym studio. A ty, Richard, jak chcesz to siedź sobie na kanapie, nie strasz tych gości.
LARS: Gdzie on w ogóle jest?
Robin: Wystarczy, że już nas straszy.
Tak w ogóle, Lars, to jesteś powodem, dla którego Richard zaczął grać na perkusji. Richard, nadal śmierdzisz mastką?
Richard: Ukarałem się myjąc sobie twarz gorącą wodą.
Teraz nie bardzo może ruszać szyją, bo na koncercie tak naprawdę bardziej chodziło o niego, niż o was.
Richard: Wczułem się. No i płakałem przy „One”. Teraz postaram się powstrzymać, nie chcę wyjść na ciotę przed nimi, ale mogę popłakać się już teraz od samego myślenia, że jestem z wami w jednym pomieszczeniu.
Powiedz Larsowi, dlaczego zacząłeś grać.
Richard: Z powodu Larsa. Usłyszałem „Kill’em All”, a z teledysku One nauczyłem się, jak grać na podwójnej. Zobaczyłem ujęcie zza perkusji: „A, tak to się robi!”. Wszystko ci zawdzięczam.
LARS: Chcesz tu usiąść?
On tak naprawdę chce to zagrać.
Robin: Na dodatek mieszkał z magazynie.
Richard: Gdy miałem 12 lat. Charred Walls of the Damned. Graliśmy na Orion w tamtym roku.
LARS: Zgadza się. Facet, który dał nam pierwszy kontrakt, Brian Slagel, jest właścicielem waszej wytwórni.
Richard: Tak, był na koncercie w sobotę.
LARS: To jest właśnie połączenie.
Jedyna różnica jest taka, że ten sprzedał jeden album, a ten całe miliony. Oto utwór „One”.
[One]
Tak, pielucha Richarda jest pełna!
Robin: Machał głową?
Richard: Przyjmę na siebie wszystko, by móc to powtórzyć.
Co trzeba zrobić, by napisać taki kawałek?
JAMES: Zamykasz się w garażu na jakiś czas i…
Kto wymyśla muzykę?
JAMES: Wiesz, nie pamiętam, jak było z tym kawałkiem. Chyba złożyliśmy wszyscy nasze riffy, które nagraliśmy wcześniej na kasetę, wybraliśmy te najlepsze i skleiliśmy do kupy.
A co z wokalem? Bo jak tego słucham, to bym nawet nie wiedział, w którym miejscu zacząć śpiewać. Kto pisze większość tekstów?
JAMES: Ja.
90%?
JAMES: Tak.
Gdy je piszesz, to tak po prostu, czy czekasz na muzykę?
JAMES: To dobre pytanie. Raz to powstaje jak poezja, czasem pojawiają się pojedyncze linijki, albo mamy muzykę, jest melodia i trzeba tylko uzupełnić luki.
Czytasz poezję?
JAMES: Ani trochę.
No bo nie wyglądasz mi na poetę. Sprawiasz wrażenie gościa, który leje po mordzie.
JAMES: Ale ja nikogo nie biłem. Było na odwrót.
Tak, to raczej ciebie bili.
LARS: Był strasznie nieśmiały.
Ojciec cię bił, tak?
JAMES: Nie, ale to było zupełnie inne pokolenie, jeśli chodzi o dyscyplinę. Jeśli chodzi o teksty, to po prostu zamykam się w pokoju i tam to powstaje. Często jest tak, że myślę, że tekst pójdzie w pewnym kierunku, a on rozwija się w inną stronę. W tej niewiedzy tkwi całe piękno.
Myślisz, że nauczyciele byliby zaskoczeni, że zostałeś tekściarzem?
JAMES: Nie mam wątpliwości.
Nikt pewnie nawet cię o to nie podejrzewał. Nie szokuje cię, ile poezji z ciebie wyszło?
JAMES: Dużo uczę się z cudzej muzyki, od innych muzyków. U części z nich podobała mi się muzyka, u innych tylko teksty, ale od tamtego czasu odkrywam ludzi, których teksty lubię.
Więc gdy napisaliście „Nothing Else Matters”, które tak naprawdę jest balladą, wstydziłeś się podzielić tym z zespołem, bo nie tylko byłeś nieśmiałą osobą, ale ten utwór powstał – jak mówiłeś – jako utwór miłosny kierowany do ówczesnej dziewczyny.
JAMES: Mhm.
Wolałbyś pogrzebać ten kawałek, zamiast ujawnić go fanom?
JAMES: Zdaje się Lars usłyszał go i powiedział, że jest bardzo dobry, a ja na to, że wcale nie. Jak go usłyszałeś?
LARS: Zagrałeś mi go.
Więc wcale się tak nie wstydziłeś. Przyszedł do ciebie i po prostu zagrał?
LARS: Zawsze byliśmy wobec siebie bardzo otwarci. W tamtych czasach, gdy robiliśmy wakacje od koncertów, James dawał mi swoje pomysły, tak samo Kirk, każdy szedł w swoją stronę, a parę miesięcy później zabieraliśmy się za pisanie. Każdy wiedział, co kto wnosi od siebie.
Więc jesteś osobą, na którą każdy zrzuca swoje pomysły, a ty musisz je jakoś uporządkować?
JAMES: To jedyna zorganizowana osoba w tej kapeli.
KIRK: Najlepiej się do tego nadaje.
JAMES: To nasz manager.
Jakby się zastanowić, to James i Lars są pochodzą z zupełnie różnych miejsc. Lars jest z zamożnej rodziny, cały ten tenis, z kolei James miał gównianą sytuację, sprawy z rodzicami… To szalone, że tych dwóch gości zeszło się, że w sumie cały zespół odnalazł się.
LARS: Każdy z nas znalazł w innych to, czego mu brakowało. Byłem jedynakiem, więc mój najlepszy kumpel stał się dla mnie jak brat. W tamtych czasach wszystko w zespole i w hard rocku w ogóle wiązało się z przynależnością do czegoś większego od ciebie.
Co więc was trzyma razem? Czy sądzicie, że kiedyś to mogłoby się rozpaść?
JAMES: Myślę, że to dlatego jesteśmy razem – przeszliśmy wspólnie przez ogień.
Czy spotykacie się poza zespołem?
JAMES: Nie wiem… Nie zdarza się to często. Szanujemy swoją prywatność z rodziną, ale zbieramy się na imprezach w HQ, najlepsze jest chyba Halloween, wszystkie dzieciaki w jednym miejscu. Jesteśmy razem pewnie dzięki tej szczerości oraz temu, co widać w „Some Kind of Monster” – przeszliśmy przez ogień. Wiemy, że poradzimy sobie ze wszystkim, bo to już nam się udało. Troszczymy się o to. No i jest jeszcze piąty członek Metalliki – pojedynczo nie jesteśmy najlepszymi muzykami, ale razem tworzymy siłę, z którą trzeba się liczyć.
Więc jeśli chodzi o Nothing Else Matters – co jeśli powiem, że to może być utwór Jamesa dedykowany Larsowi? W pewien dziwny sposób. Co sądzicie?
JAMES: To bardzo prawdziwe.
To miłosny utwór dla twojego brata – Larsa. Może nie wiedziałeś o tym, gdy to pisałeś, myślałeś, że piszesz to dla kobiety.
LARS: Chyba zacznę płakać.
Mówię poważnie. Zagrajmy to teraz.
JAMES: To będzie ten gejowski moment? Mam grać w twoją stronę?
LARS: Tak, odwróć się i patrz na mnie.
To piękny miłosny utwór, który istnieje, bo ty Lars dałeś Jamesowi odwagę do wydania go.
LARS: Gdy go usłyszałem, to była bardzo wczesna wersja, brakowało wielu elementów, ale nigdy wcześniej nie słyszałem Jamesa śpiewającego w ten sposób. Poruszyło mnie to i wiedziałem, że musimy podzielić się tym z resztą świata. Czuł się zbyt bezbronny, jeśli chodziło o wypuszczenie tego kawałka, ale to musiało się stać.
Ta kobieta, dla której to napisałeś – czy ona wiedziała o tym, czy nigdy jej nie powiedziałeś?
JAMES: Możliwe, ale ten utwór przeszedł długą drogę od tamtej pory – ludzie przychodzą do nas i mówią, że zagrano im to na weselu, Hell’s Angels użyli go w filmie dokumentalnym na swój temat, bo mowa tu również o braterstwie, a tekst jest na tyle niejasny, że może odnosić się do wielu tematów, do potrzebowania drugiego człowieka.
W porządku. Oto on.
LARS: Dla Larsa.
[Nothing Else Matters]
Piękne. Piękne! Jak decydujecie z Kirkiem, który z was zagra którą solówkę? Wymieniacie się, nie?
JAMES: Kirk gra. Jest lepszy.
Jak to. Jest lepszym gitarzystą?
JAMES: Tak.
KIRK: Decyduje ten, kto bardziej czuje, że powinien grać solówkę. Zwykle to James szaleje na scenie…
Jak to? A ty nie bawisz się dobrze?
KIRK: Zostawia mi solówki, a sam nie musi specjalnie zastanawiać się nad tym, co robi na scenie.
JAMES: Uwielbiam, jak Kirk gra solówki! Ja lubię pisać solówki, lubię melodię, lubię granie melodii, rozkminianie harmonii, ale żeby je grać…
Nie sprawia ci to frajdy. Wolałbyś to zostawić Kirkowi. Kirk, zastanawiam się, na twojej gitarze jest naklejka zespołu White Zombie.
KIRK: Nie, chodzi o film z 1932.
Czyli to nie jest hołd dla Roba Zombie?
KIRK: To nie ma z nim nic wspólnego, chodzi o film, który bardzo mi się podoba. Mam jeszcze jedną gitarę z „Mumią”.
Co do gitar, James, grasz na czarnej. Czy wygląd ma dla ciebie znaczenie?
KIRK: Jak dla mnie ma dobrze wyglądać, dobrze brzmieć i dobrze leżeć w łapie.
Tak. Ale, James, na twojej gitarze jest żelazny krzyż, jest czarna… najzajebistsza gitara na świecie. Więc, czy wygląd ma znaczenie?
JAMES: Pewnie. Lubię, jak gitara dobrze wygląda.
Jak się nazywała ta gitara?
JAMES: Iron Cross.
Masz jakąś ulubioną?
JAMES: To właśnie ta, Snakebyte.
Wygląda retro.
JAMES: Ma kształt Explorera, jest cieńsza, lżejsza, drut kolczasy, logo Metalliki. Explorery na mnie dobrze wiszą. Kwestia wyczucia. Na siedząco też wygodnie się gra.
Lars, wiedziałeś, że ten utwór będzie hitem. Pokłóciliście się z wytwórnią o to.
LARS: Nie do końca chodziło o hit, to po prostu była strona Metalliki, z której byłem dumny i sądziłem, że każdy powinien ją zobaczyć.
I nie bałeś się, że fani wam się zbuntują?
LARS: Nie, dobrze im czasem rzucić jakieś wyzwanie.
Pogadajmy o filmie. Dlaczego teraz, kto was do tego przekonał? Podoba mi się, nigdy w życiu nie widziałem, żeby występ jakiejś kapeli na żywo był tak ładnie nagrany. Jaki jest wasz sekret?
LARS: Jak spytaliśmy o to naszego reżysera, powiedział, że większość filmów o koncertach powstaje z zewnątrz. My chcieliśmy, żeby nasz był od wewnątrz, tak, żeby widz czuł, że jest z nami na scenie. Ślina, pot, hałas… naprawdę tam jesteś z całym zespołem. Dostał proste polecenie: „Wejdź na scenę, weź kamery i kręć”.
O tak, czułem się jak część zespołu. Właśnie to wyniosłem z filmu. Bardzo, bardzo mi się podobało.
LARS: To była jego robota. Dźwiękiem zajął się Greg Fidelman, który od paru lat opiekuje się naszym brzmieniem. Wzbili się jeszcze wyżej. Premiera była w San Francisco tydzień czy dwa temu, na dużym ekranie. Obraz i dźwięk to następny poziom.
Stresowaliście się premierą? W końcu, z komercyjnego punktu widzenia, to film Metalliki. Nieważne, ile kasy zarobiliście na graniu, ale i tak zawsze chcecie, żeby wasze projekty się dobrze sprzedawały, zgadza się?
JAMES: Tak.
Robienie filmu to ciężka robota.
JAMES: Bez dwóch zdań.
Czy w zespole był ktoś, komu to nie pasowało? „Po co stawiać się pod takim ciśnieniem”?
JAMES: Tak, był taki okres, że byliśmy tym naprawdę przerażeni. Lars i ja w szczególności. Wiesz, film 3D, i to jeszcze o nas, w kinach – komu się to będzie chciało oglądać? Widziałem film o U2, o Stonesach, coś tam się dzieje, ktoś mówi o film, i koniec. Martwiliśmy się, żeby to miało ręce i nogi.
Ale to pompuje ego, nie? Widzieć siebie w IMAX, ale z drugiej strony, kto potrzebuje takiego ciśnienia. I jeszcze pewnie nieźle się na to wykosztowaliście. Ile was to wyszło?
JAMES: Zgadza się.
Pewnie kilka milionów?
JAMES: Świat filmów to totalnie inna bajka, wciśnięcie tam jakiejś historii było dla nas bardzo ważne. Widzieliśmy siebie na taśmie już tysiące razy, ale chcieliśmy, żeby na ekranie działo się jeszcze więcej, chcieliśmy więcej fabuły, więcej Dave’a Dehaana.
Robin: Czyj to był pomysł?