We wrześniu tego roku Metallica była gościem specjalnym The Howard Stern Show, jednego z najpopularniejszych w USA programów radiowych, którego twórca i prowadzący słynie z dociekliwych, często bardzo odważnych pytań zadawanych uczestnikom. Specjalnie dla Was przetłumaczyliśmy całe, trwające 1,5 godziny spotkanie, w którym James, Kirk, Rob i Lars szczerze opowiedzieli o funkcjonowaniu swojego zespołu, poczuciu braterstwa, trudnych momentach z przeszłości, sposobie pisania muzyki i tekstów, traceniu słuchu, pomyśle na nakręcenie filmu,a także historiach kryjących się za trzema utworami, które wykonali na żywo w programie.
Pomoc w tłumaczeniu: Paweł Goliński
httpvh://www.youtube.com/watch?v=Ov4AsJKNSt8
Howard Stern: Siedzę tutaj z legendami we własnej osobie. Metallica! Czekałem na to od miesięcy. To szaleństwo!
Robin Quivers (współprowadząca): Gadałeś o tym przez miesiąc!
Wiecie, puściliśmy Guns N’ Roses, gdy się szykowaliście. Pamiętam, że coś z nimi mieliście, nie? James, wiem, że nienawidziłeś tych pieprzonych gości. Pojechaliście razem w trasę – to musiał być koszmar, nie? Mam rację.
JAMES: Masz rację.
O co się wkurzaliście? Oni mają złą sławę z powodu spóźnialstwa, czy to właśnie przez to, czy po prostu byli prima donnami?
JAMES: O tak, ciągle się spóźniali, właśnie za to ich nienawidziłem. Oni symbolizowali wszystko to, czego nie znosiliśmy: glam, Los Angeles… to wszystko, od czego próbowaliśmy się uwolnić w naszych wczesnych latach.
Tak, bo to co wiem na wasz temat… Wydaje mi się, że ludzie myślą, że gwiazdy rocka spóźniają się, mają gdzieś fanów… A tymczasem wy, nawet teraz w Apollo w sobotę, nie dość, że się pojawiliście, to jeszcze o czasie, nikt nie musi na was czekać, zero gwiazdorzenia. Strasznie to doceniam, to dla mnie bardzo ważne! I naprawdę wyglądaliście, jakbyście się świetnie bawili… Lars, wszystko OK?
LARS: Trzymam się, jest świetnie. Dzień dobry!
Nie wiem, jakim cudem jesteście jeszcze na nogach. Gdy was widziałem w sobotę, to chyba zużyliście na tym koncercie naprawdę dużo energii… Sprawdzaliście kiedyś, ile masy gubicie podczas koncertu? Pytam poważnie: tracicie 5-10 funtów?
JAMES: Kumpel chciał mi kiedyś zainstalować krokomierz, bo wiesz… scena, którą ze sobą woziliśmy na trasie Death Magnetic zajmowała całą halę do hokeja. Ciekawiło go, ile przebiegamy w trakcie jednego występu.
To musi być naprawdę dużo energii. I tak sobie myślałem, nawet, jak oglądałem wasz film – tak w ogóle to w życiu nie widziałem tak świetnie zrobionych ujęć zespołu, a ta jakość dźwięku – ale o tym za chwilę. Chcę się dowiedzieć, jak to wszystko zrobiliście. Oglądając was widziałem, że autentycznie dobrze się bawicie. Ale martwiłem się, małe miejsce, 1500 ludzi, będzie wam się chciało powtarzać te wszystkie sekwencje? Ale chyba was poruszyło bycie w teatrze Apollo?
LARS: To miejsce ma w sobie tyle historii. Poza tym, kiedy ludzie są tak blisko, masz wrażenie, że starasz się jeszcze bardziej. Były trzy poziomy – tuż pod sceną oraz dwa balkony, widzieliśmy wszystkich, a ci na górze prawie jakby na nas siedzieli. Widzieliśmy dosłownie każdego.
Czy po tych wszystkich latach granie w tak małych miejscach jest dla was czymś nowym?
JAMES: Wiesz, zwłaszcza w miejscu o takiej muzycznej historii – to dla nas zaszczyt, że było nam dane tam wystąpić. Ale wiesz, jak to jest, nieważne, gdzie jest koncert, i tak się nim albo denerwujemy i ekscytujemy…
A jednak! Wspomniałeś o tym przed występem, że są jakieś kawałki, które gra ci się trudniej, gdy masz nerwówkę.
JAMES: Tak.
Zauważyłem, że jak gracie z Kirkiem, trochę przypominacie mi Allman Brothers… jak Dickey Betts i Duane Allman razem grali, byli jednymi z nielicznych, którzy robili podwójne solówki i harmonie w partiach gitary prowadzącej – wy chyba robicie to samo, ale mam wrażenie, że to dość trudne. Ile zespołów tak robi?
KIRK: Wiesz, wielką inspiracją dla mnie i Jamesa było Thin Lizzy, oni mieli tego pełno. Kiedy już podzielimy się partiami, po prostu trzymamy się tego, co ustaliliśmy, wtedy jest dość prosto.
Kiedy gracie próby przed trasą, to pewnie doprowadza was do szału… Ludzie myślą, że robicie to na żywioł, więc za każdym razem wychodzi trochę inaczej. A to przecież wymaga sporej precyzji.
ROB: Wiesz co, ostatnio wydaje mi się, że jednak gramy trochę na żywioł. Ostatnio mamy w trasie nieźle zapchany grafik, mamy okienko dla prasy, nawet wydzielony czas dla rodziny – wszystko staramy się zbalansować. I, co straszniejsze, udaje nam się. Jednego dnia lecimy do Danii na Roskilde Festival, gramy dobry koncert, następnego dnia lecimy do Rio de Janeiro na Rock in Rio, też nam wychodzi. A te miejsca jednak są trochę oddalone, to różne strefy czasowe.
W pewnym sensie musicie dużo zapamiętać.
JAMES: Tak. Trzeba też mieć sporo zaufania, wiary w to, że dasz radę zagrać kolejny raz, że jesteś dobry w tym, co robisz, że cokolwiek wydarzy się za minutę, ty dasz sobie z tym radę. tak trzeba do tego podchodzić. Pewnie masz to samo prowadząc program – jesteś pewien, że cokolwiek nie zostanie w ciebie rzucone, i tak sobie poradzisz.
Kiedy zacząłeś grać?
JAMES: 14 lat… tak, 14.
A wcześniej? Żadnych lekcji muzyki? Nic?
JAMES: Musiałem chodzić na lekcje gry na pianinie.
Nienawidziłeś tego.
JAMES: Zgadza się.
A gitara była twoim wybawieniem, bo jednak jakimś pokrętnym zrządzeniem losu i tak ciągnęło cię do muzyki. Ktoś cię uczył, czy nauczyłeś się samemu?
JAMES: Sam się uczyłem.
Niemożliwe! Ile miałeś lat, gdy napisałeś swój pierwszy kawałek?
JAMES: Miałem z 15 lat. Mój zespół go nienawidził, więc… wywaliłem ich.
I pewnie długo ci zajęło nauczenie się, jak śpiewać? W sensie…
JAMES: Ciągle się uczę.
Słuchałem waszego starszego materiału. Próbowałeś odnaleźć swoje brzmienie, tak sądzę. Brzmiałeś prawie jak Robert Plant, niż tak jak brzmisz dzisiaj!
[w tle bardzo wczesne koncertowe nagranie Hit the Lights, James naśladuje swój ówczesny głos]
LARS: Jaja mu jeszcze nie odpadły.
JAMES: Wszystkie trzy.
Dokładnie. Ale kiedy stałeś się artystą, zacząłeś myśleć o tym poważniej, pewnie trochę cię to zastanawiało. To tak, jak gdy przyszedłem po raz pierwszy do radia, byłem naprawdę spięty, ciągle mi zasychało w gardle, mówiłem naprawdę szybko. Miałeś tak?
JAMES: Miałem.
Kiedy odnalazłeś swój własny styl, który wszyscy dziś znamy?
JAMES: Cóż, człowiek jeździ dużo w trasy, buduje swoją pewność siebie, buduje ją wśród ludzi dookoła, a oni też cię prowadzą, pytasz ich jak powinieneś brzmieć. Słuchasz siebie na nagraniach i myślisz sobie, „oj, jednak nie chcę tak brzmieć”.
LARS: Zauważyłem dużą… Na naszych wczesnych koncertach w klubach LA i San Francisco James był tak nieśmiały, że nawet nie gadał z publicznością, gadką zajmował się Dave Mustaine, nasz gitarzysta.
JAMES: Wciąż to robi.
LARS: Jego największa przemiana miała miejsce podczas naszej pierwszej wizyty w Europie, w 1984. Wyszliśmy przed europejską widownię – te kilkutysięczne tłumy, które na nas czekały od kilku lat, skandowały naszą nazwę. Wtedy zauważyłem, jak James zaczyna komunikować się z widownią.
Ciężko to wyćwiczyć, to wymaga tysięcy godzin praktyki. Wiecie, tak myślałem, oglądałem ostatnio, jak Led Zeppelin zostali uhonorowani przez Kennedy Center. Gracie jeszcze mocniej, niż oni, a bywałem na koncertach Zeppelinów w latach 70.. Zastanawiam się, czy śmialibyście się, gdyby wam się przytrafiło coś podobnego? Wiecie, wielka Metallica, a tu nagle takie tradycyjne nagrody.
KIRK: Myślę, że to świetne, że po tych wszystkich latach ludzie dalej ich doceniają w taki sposób. Mam taką cichą nadzieję, jak już będziemy starzy…
JAMES: Starsi, starsi.
Starsi i grubsi.
JAMES: Taa.
Ale gdyby was tam zaprosili, pojechalibyście na coś tak tradycyjnego? A może byście powiedzieli „Pieprzyć to, to nie w naszym stylu”?
LARS: Zależy, skąd by to wyszło. Nie mamy żadnej określonej linii w takich sprawach. Rozpatrujemy wszystko indywidualnie. „To jest fajne, to nie do końca”. Zawsze lubiliśmy otwartość, tym bardziej, że do wszystkiego doszliśmy po swojemu, wiesz, co mam na myśli? Wszystko robimy po metallikowemu. Nigdy się nie sprzedaliśmy, nigdy nie zrobiliśmy nic, czego byśmy nie uważali za czyste i szczere, więc Kennedy Center? Pewnie. Darmowa wycieczka do Waszyngtonu.
Zauważyłem, że to właśnie największe zespoły nigdy się nie sprzedały. W sensie, mogliście zmienić brzmienie na bardziej komercyjne, pod presją wytwórni. Widziałem, jak w sobotę na scenie graliście coś w stylu historii Metalliki, to samo zrobiliście w filmie, słucham więc tych utworów i zastanawiam się, czy ktoś mógł wam powiedzieć: „Ej, to nie jest komercyjne”, a wy postanowiliście nagrać prawdziwie komercyjną płytę i sprzedać się. Nigdy tego nie zrobiliście. Pewnie to dlatego wasza publiczność cały czas przy was trwa.
JAMES: Zgadzam się całkowicie, widzą, że szczerość w tym, co robimy. Mówiono nam, że się sprzedaliśmy…
Milion razy.
… od zawsze, ale to wszystko ma związek z tym, jaki jest twój własny świat, jak mały on jest. Jesteśmy ze sobą szczerzy i tylko to umiemy.
Kiedy zaczęło się takie gadanie? Po „Czarnym Albumie”?
JAMES: Nie, dużo wcześniej.
LARS: Mieliśmy na drugiej płycie utwór pt. „Fade to Black”, dalej gramy go prawie na każdym koncercie. James stwierdził, że świetnie będzie, jak tam dorzucimy gitary akustyczne, więc gdy społeczność metalowa usłyszała Metallikę z gitarami akustycznymi, wszyscy fani potracili głowy.
[Fade to Black]
To ten utwór.
LARS: Tak się sprzedaliśmy, 29 lat temu.
Jak dla mnie to jeden z najpiękniejszych utworów na świecie.
JAMES: Jest szczera.
Lars powiedział kiedyś, James, że miałeś obsesję na punkcie śmierci. To prawda?
JAMES: Dalej mam, czasami. Myślę, że to jest strach, z którym zmaga się każdy z nas. Pamiętam, że to było na kanapie u Metal Joe.
Kim jest Metal Joe?
JAMES: Nie słyszałeś o nim?
Nie.
JAMES: Przygarnął nas, jak wykopał nas nasz menago, jakoś w 1983… żyliśmy sobie na jego farmie, graliśmy, chlaliśmy i pisaliśmy. Mieliśmy jechać pierwszy raz do Europy z…
KIRK: Z Twisted Sister.
JAMES: Tak, właśnie, i ktoś ukradł nam sprzęt. Zadzwonili do nas, że nie tylko… Nasz ówczesny manager trasy miał przyczepę zapełnioną naszym sprzętem, i ktoś całą tę przyczepkę ukradł.
Ciężko o coś bardziej przybijającego, gdy jest się początkującym zespołem, nie mieliście nawet kasy…
JAMES: Mniej więcej tak było.
Robin: Przez to nie mogli nawet grać.
KIRK: Dobrze, że chociaż gitary przy sobie mieliśmy.
JAMES: W Bostonie było wtedy tak zimno.
Możecie z tego teraz żartować, ale pewnie byliście bardzo przybici, nie mieliście gdzie mieszkać, i skradziono wam cały sprzęt. – „Jezu, o co chodzi w tym życiu, i tak wszyscy umrzemy“.
JAMES: Raczej, „Nasza kariera przepadła, jesteśmy w dupie”!
I nagle coś takiego.
[riff z Fade to Black]Fantastyczne. Ciarki przechodzą.
Czy czujecie, że jako muzycy cieszycie się takim uznaniem, na jakie zasługujecie? Pamiętam, jak słyszałem, że „Lars nie jest najlepszym perkusistą”. A jednak, jak zobaczyłem twoją grę w sobotę… w życiu nie widziałem, jak ktoś gra tak, jak ten pieprzony typek, nie wiem jak tak można. Nie sądzicie, że ludzie was nie doceniają wystarczająco? I nie, nie podlizuję wam się.
LARS: Wiem, stary. Wiesz, po prostu robimy swoje. Wirtuozami nie jesteśmy, ale wielu metalowców ma podejście w stylu, „kto jest najszybszy, kto najbardziej utalentowany, który wyprzedzi drugiego” – to nie w naszym stylu. Zawsze przede wszystkim robiliśmy muzykę, chodziło o klimat, szczerość, wyczucie.
Nie daliście się wkręcić w takie gadanie.
LARS: Nie daliśmy się, w przeciwieństwie do całej reszty. Z czasem coraz lepiej czuliśmy się ze sobą. Ze strony społeczności metalowej dawało odczuć się coś w rodzaju pogardy za to, że nie jesteśmy aż tak poważni, to trwa już 30 lat.
Robert, widziałem, jak grasz na basie, i… czy ty przypadkiem nie przemycasz do swojej gry trochę Jacka Bruce’a? Szczególnie jak grasz akordy. W końcu to on to robił jako pierwszy, nie?
ROB: O tak.
Byłeś fanem Cream?
ROB: Tak, w okresie dorastania słuchałem wszystkiego z Motown, to było niesamowite. No i duch Apollo – wszystko od Buddy’ego Holly’ego, przez Jamesa Browna, po Jimiego Hendriksa, The Temptations. Wychowałem się na tym. To mniej więcej to samo miejsce w muzyce, z którego wywodzą się Jack Bruce i nawet Geezer Butler. Led Zeppelin to pewnie nie byłby ten sam zespół, gdyby nie Apollo – w końcu te wszystkie linie basu Johna Paula Jonesa były zainspirowane muzyką Jamesa Jamersona, i…
Cóż, wszystkie recenzje jak dotąd zebraliście wspaniałe. Ale, co śmieszne, twierdzą, że z samym duchem Apollo nie macie nic wspólnego! Żadnych korzeni! Gówno prawda, wszyscy w rock’n’rollu mają korzenie. Śmialiście się ze sceny, „kto nas tu wpuścił?“, ale przyznajcie, czerpiecie trochę z R&B, nie?
LARS: Duża część heavy metalu i hard rocka jest zakorzeniona w bluesie. Wiesz, Deep Purple, Led Zeppelin, Cream – wszystko sprowadza się do bluesa. To jest bezpośrednio połączone z Apollo, wszystko przeplata się jak pajęczyna.
Jednym z najlepszych momentów występu był ten kawałek z Marianne Faithfull, wiecie.
[w tle fragment The Memory Remains, Stern śpiewa “la la la la”]Robin: Ty mogłeś to śpiewać.
Nie zadzwonili do mnie.
Gdy byłem w tłumie, wszyscy śpiewali to razem z wami. Nie jara was, że wszyscy znają wasz kawałek?
JAMES: Piękne uczucie. Zawsze szukałem sposobu, jak nawiązać więź z innymi, na różnych poziomach, a tu nagle tłum na koncercie śpiewa twoje liryki. Nie ma lepszego sposobu na taką więź.
To piękne. Skąd wytrzasnęliście Marianne Faithfull? Przede wszystkim kto wiedział, że jej głos stał się taki głęboki?
JAMES: Była chyba na fajce albo dwóch.
Możliwe.
JAMES: Cały utwór krąży wokół tematu Bulwaru Zachodzącego Słońca oraz gwiazdy, której wydaje się, że nadal jest sławna, mimo że tamten czas przeminął. W jej głosie słychać zniszczenie, zużycie.
LARS: Jest w tym sporo piękna. Wiesz, nasz producent, Bob Rock, zasugerował, żebyśmy ją wzięli. Polecieliśmy z Jamesem do Dublina, wszystkie taśmy pod pachą, mieliśmy przenośne studio, żeby nagrać z Marianne. Wypiła kieliszek wina i zrobiła to w dwóch podejściach. To było niesamowite, siedziałem tam tylko i myślałem „O kurwa. Taka legenda siedzi tam i śpiewa nasze kawałki”. Zrobiła to bezbłędnie, w jednym lub dwóch podejściach.
[Stern znowu śpiewa]
ROB: Howard, ty chyba się popisujesz, że tak umiesz śpiewać.
Robin: To jedyna rzecz, którą umie dobrze zaśpiewać.
LARS: Wpadnij zrobić chórek następnym razem.
Jesteśmy tu, by świętować wiele rzeczy. Że jesteście w studio, że wydaliście własny film 3D. Widziałem go, bardzo ciężko go opisać. Nie do końca film koncertowy, bo główną rolę gra jakiś koleś, którego cały czas ktoś leje. Ale łapię, o co chodzi, byłem w tłumie, wszyscy łamaliśmy swoje fizyczne bariery i na siebie napieraliśmy. Macie naprawdę oddanych fanów. Był tam taki jeden gość, Richard. Cały czas miał na sobie pampersa, bo nie chciał przegapić ani chwili! Pił i sikał w tego pampersa.
LARS: Jest tutaj?
Tak, jest z nami. Obiecałem mu, że będzie mógł zobaczyć, jak gracie One. Jest takim fanem… Richard dał sobie wetrzeć mastkę pod nosem, żeby tylko móc was zobaczyć.
Robin: Męczył się, żeby tu być.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=TfrpjiOlkbw
Na koncercie zrobiło się bardzo fizycznie, z tym całym pogowaniem i nawalaniem się, a później zrobiło się pedalsko, faceci łapali się nawzajem za jaja, czego przecież nie spodziewasz się na koncercie Metalliki. Zauważyliście to? To było niesamowicie dziwne.
Robin: A ty mnie próbowałeś tam zabrać. Bezpiecznie jest tylko tam u was na scenie.
LARS: To najbezpieczniejsze miejsce.
Pogadajmy chwilę zanim przejdziecie do „One”. To rzecz jasna kawałek antywojenny. Dużo u was wojny, ale jako zespół jesteście przeciwko niej, prawda?
JAMES: Możesz mieć rację co do części z nas.
Jesteście politycznie podzieleni?
JAMES: A bo ja wiem, nie gadamy o tym dużo. Religia i polityka dzielą ludzi. My chcemy zbliżać.
Powinienem odczytać z waszej muzyki, że religia to żart, czy jak?
JAMES: Cóż, wszystko zależy od człowieka. Ja jestem za wolnością. Wojna zawsze towarzyszyła człowiekowi, nie ma co się nad tym rozwodzić, my po prostu o tym piszemy i nikogo nie osądzamy. To po prostu zjawisko, które istnieje.