Patrząc na pozycję Luxtorpedy na naszym rynku muzycznym trzeba przyznać, że Litza chyba trafnie wybrał nazwę dla swojego najnowszego zespołu. Tempo, w jakim grupa przeszła od wydania debiutu i grania darmowych koncertów, do sprzedania kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy swoich albumów i wyprzedawania sporej wielkości klubów, jest imponujące. Szybko dorobili się także koncertowych DVD.

Na rynku, mimo że zespół debiutował półtora roku temu, są już trzy takie wydawnictwa. Myślę, że próba zdyskontowania zainteresowania zespołem jest oczywista, czy jednak w parze z ilością, poszła także jakość?
Słyszałem, że sam zespół nie był zadowolony ze swojej formy zaprezentowanej tego dnia w Warszawie, ale słuchając tego występu zastanawiam się, co było powodem owego niezadowolenia? Chyba tylko perfekcjonizm Litzy i jego kompanów, bo koncert żre zawodowo. Nie od dziś wiadomo, że kawałki z debiutu dopiero na żywo nabierają kolorytu, są zagrane mocniej, w lepszych tempach i lepiej widać ich prawdziwie rockowy charakter. W „Intro” dorzucone są liczne gitarowe smaczki. W „7 razy” bardzo pomysłowo wpleciono fragment „ZłoTo” z solowego repertuaru wokalisty Luxtorpedy, Hansa. „Trafiony zatopiony” nabiera trochę transowego posmaku. Grane zaraz po sobie „3000 świń” i „Niezalogowany” porażają ciężarem. Naprawdę świetnie się słucha tych wersji.

Sam koncert to nie tylko utwory z pierwszego albumu (brakuje tylko „Za wolność”, mimo że był tego dnia grany) ale także kawałki z nagrywanego wówczas drugiego longplaya. Rekonstrukcja „Gdzie ty jesteś?” 52 Dębiec robi wrażenie. Do frapującego tekstu Hansa dołożono świetny riff. Utwór ten grany jest niemal od pierwszych koncertów i już wtedy wypadał rewelacyjnie. Poza tym z „Robaków” słyszymy jeszcze „Raus”, w którym już wtedy, na kilka tygodni przed wydaniem albumu, publiczność skandowała „odejdź stąd”, oraz cudownie pachnący Slayerem utwór „Mowa trawa”. Trzeba jednak przyznać, że w tym kawałku efekt popsuł trochę sypiący się z wokalami Hans. Wieńczące koncert „Tajne znaki” trudno uznać za coś więcej, niż ciekawostkę – nie miał jeszcze tekstu, więc słyszymy tylko wersję instrumentalną. Z chęcią zamiast niego usłyszałbym granych wtedy w Stodole „Fanatyków”, których na DVD brakuje.
Z koncertu zostały wycięte fragmenty między utworami. Dzięki temu występ ma swoje tempo, sprawia wrażenie serwowania jednego utworu za drugim, bez miejsca na odpoczynek. Takie rozwiązanie ma też jednak swoje wady. Na koncertach „gadki” Litzy powodują złapanie wzajemnego kontaktu, a opowiadanie o kompozycjach, przybliżanie ich sensu, ciekawie wprowadza w ich klimat. Szkoda, że tutaj tego elementu zabrakło, ale cóż, podobno stres zjadł lidera Luxtorpedy, nie był ze swoich wypowiedzi zadowolony i wolał ich na DVD nie umieszczać.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=-hqbkY1-iLQ
Osobną kwestią jaką należy rozpatrzyć, jest obraz. Nie od dziś wiadomo, że Luxtorpeda to nie jest zespół szczególnie widowiskowy. Pięciu nieruchliwych facetów ustawionych w rzędzie, którzy całą swoją uwagę skupiają na graniu. Będąc pod sceną można tą energię kupić od razu, w warunkach domowych trzeba jednak taki koncert umiejętnie „sprzedać”. Udało się to jednak połowicznie.
Już na początku koncertu negatywnie zaskakują światła. Osoba za nie odpowiedzialna doszła chyba do wniosku, że skoro zespół nie wygląda na scenie szczególnie atrakcyjnie, to warto zrobić dyskotekę i skorzystać ze stroboskopów w naprawdę wielkiej ilości. Dzięki temu podczas oglądania „Intro” i „Jestem głupcem” naprawdę mogą rozboleć oczy. Później jest już lepiej, ale tylko dzięki rzadszemu użyciu tychże efektów, a nie z powodu jakiegoś ciekawego skomponowania świateł z dźwiękiem. Jeśli chodzi o realizację, to nikogo nie zaskoczy, że „Quebec Magnetic” Metalliki to to nie jest. Nie wgniata w fotel, nie powoduje, że ma się poczucie zasiadania w pierwszym rzędzie, postawiono po prostu na rzemieślniczą solidność.

Na plus zaliczę brak udziwnień w rodzaju dzielenia ekranu, ale to moja czysto subiektywna opinia, bo zdaję sobie sprawę, że są zwolennicy takich rozwiązań. „Koncert w Stodole” to nie tylko danie główne, ale także deser. Przede wszystkim pięć dotychczas zrealizowanych przez zespół teledysków. Najciekawiej wypada „Za wolność” i w jakimś stopniu rekompensuje brak tego utworu w zestawie koncertowym, jako że obraz podłożono nie pod wersję studyjną, ale muzykę zagraną na żywo. Poza tym znajdziemy jeszcze w miarę świeże „Wilki Dwa” i „Hymn”, kręcony na fali rosnącej popularności „Autystyczny”, a także „Niezalogowany” z czasów, kiedy o Luxtorpedzie słyszało jeszcze niewiele osób. Ponadto mamy jeszcze szybką i konkretną rozmowę z Hansem oraz czterdzieści minut wywiadu z Robertem. Ten jak zwykle wyczerpująco naświetla nurtujące dziennikarza kwestie, by na koniec zapytać „a jakie w ogóle było pytanie?”, potrafi być więc zabawnie. Dodatki w rodzaju „tapety na pulpit” czy „dyskografia” pomijam, gdyby ich nie było, wydawnictwo nic by nie straciło.
Autorem recenzji jest Jacek Klatka.