Przedstawiamy tłumaczenie obszernego artykułu powstałego na bazie świeżego wywiadu, który dziennikarz brytyjskiej edycji Metal Hammera miał okazję przeprowadzić ostatnio z Larsem Ulrichem. Poruszono w nim szereg tematów głównie dotyczących poglądów perkusisty na obecne sprawy Metalliki, plany na 2013 rok, nowy album czy film 3D, ale też odniesiono się do czasem trudnej przeszłości zespołu. Nie brak typowej dla Larsa pewności siebie, jak i autoironii i krytycznego spojrzenia na parę tematów. Zapraszamy do lektury.
Jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych i otwartych osób na świecie. Niestety albo stety, Lars Ulrich nigdy nie zaniemówił. W ekskluzywnym wywiadzie założyciel Metalliki opowiada, co czeka największy metalowy zespół tej planety.
Największy fan Metalliki spędził ostatnie 40 minut opowiadając bez powtarzania się, wahania i zbaczania z tematu o swoim ulubionym zespole. To człowiek, który żyje i oddycha tym tematem do tego stopnia, że mógłby z zamkniętymi oczami i związanymi z tyłu rękami napisać o tej grupie pracę doktorską. Wybierz datę koncertu i powie ci, gdzie dokładnie wtedy był. Odkurz najmniej znany utwór z ich wczesnych nagrań, a on powie ci, co robił, kiedy usłyszał go pierwszy raz. Ale nie zakładaj, że jest to ślepa miłość – on jest w równym stopniu świadomy upadków zespołu, jak jego wzlotów. Jest zarówno jego najostrzejszym krytykiem jak i największym obrońcą. Zresztą ma do tego prawo. Tak się składa, że największy fan Metalliki jest też jej perkusistą.
„Tak, myślę, że nie ma nic złego w tym stwierdzeniu”, mówi z akcentem, który utknął gdzieś między Kopenhagą i Kalifornią. „Kiedy jesteś w środku uzyskujesz pewną… perspektywę”.
Lars Ulrich zajmuje jedyną w swoim rodzaju pozycję w zespole, którego stał się współzałożycielem w Los Angeles w 1982 roku. Jest zarówno jego największym cheerleaderem, jak i głównym chłopcem do bicia. Dzięki jego niezmordowanej aktywności podczas pracy we wczesnych latach, zespół nie osunął się w otchłań zapomnienia, jak np. Lazz Rockit czy Jag Panzer, a jego determinacja i poświęcenie dla sprawy wywindowały grupę z poziomu kultowych thrashowców do gwiazd największego formatu. Metallica nie byłaby Metalliką bez Jamesa Hetfielda. Ale z pewnością nie byłaby największą metalową kapelą świata, gdyby nie Lars Ulrich.

Z drugiej strony, dla wielu Lars Ulrich jest Metalliką. Nie na scenie – ten zaszczyt przypada arcyniezwykłemu Jamesowi. Ale gadatliwość perkusisty w prasie uczyniła go publiczną twarzą Metalliki. Wszystko jest dobrze dopóki wszystko dobrze idzie, ale niezbyt dobrze, gdy nie idzie. Niczym prezes jakiegoś ogromnego konglomeratu, Lars Ulrich odczuwał najdotkliwiej złą passę Metalliki. A było kilka kryzysów w ciągu ostatnich trzydziestu lat.
Ale teraz obie strony znów są na plusie. Rok 2012 to udany rok dla Metalliki. Nie chodzi o muzykę, ponieważ jedyne, co wydali, to EP-ka Beyond Magnetic, zbiór czterech nieobrobionych utworów pozamiatanych z podłogi studia po sesjach nagraniowych albumu Death Magnetic z 2008 roku. Nie, rok 2012 zaznaczył się w ich historii jako początek czwartej dekady istnienia zespołu. Jest zapewne najistotniejszym przystankiem w podróży, która oscylowała między triumfem i katastrofą i z powrotem.
„Dużo się wydarzyło”, stwierdza z ironicznym niedopowiedzeniem. „Wiem, że niektórzy mają już serdecznie dość słuchania tego, ale po raz pierwszy doceniliśmy nasz sukces i to, ile mamy szczęścia, że wciąż funkcjonujemy po 30 latach”.
W HQ Metalliki, czyli w ich studiu, a jednocześnie siedzibie klubu, znajdującym się po drugiej stronie mostu Golden Gate od San Francisco, stoi stara, sfatygowana kanapa, która grała niewielką, acz istotną rolę w ich karierze. To na tej kanapie siadał Lars, kiedy on i pozostali członkowie zespołu ponownie zaczęli zbierać się około 2005 roku po rocznej przerwie, aby rozmawiać o swojej burzliwej nieodległej przeszłości i o najbliższej przyszłości, a dokładniej, czy takową mają czy nie. To ta sama kanapa, na której Lars siedzi teraz, kiedy robi sobie przerwę od zwykłych, codziennych spraw by porozmawiać praktycznie na te same tematy, ponad pół dekady później.
Obecnie głównym przedmiotem dyskusji jest rzekomo Quebec Magnetic, dwupłytowe DVD z koncertu nagranego w Kanadzie w 2009 roku na trasie promującej Death Magnetic. Początki tego stulecia były dziwne dla Metalliki. Przez pierwsze 20 lat swojego istnienia zespół był tak niezniszczalny, jak się tylko dało. Później, mniej więcej w czasie medialnie głośnego starcia perkusisty z Napsterem w 1999 roku, rzeczy przybrały niestabilny obrót. Następna połowa dekady jest dobrze udokumentowana – James bliski załamania, odejście Jasona Newsteda, rodzące się w bólach St Anger i konsternacja, z jaką się spotkał album. Wszystko to zostało ujęte z katartyczną szczerością w Some Kind Of Monster. To był czas, w którym Metallica była bliższa upadkowi niż kiedykolwiek. Nagle ta absolutnie nadludzka spośród grup metalowych okazała się niespodziewanie nazbyt ludzka.
Punkt zwrotny nastąpił w listopadzie 2005 roku, kilka tygodni po tym, kiedy kapela miała wrócić do boju w kilku występach supportując The Rolling Stones w San Francisco. Członkowie zebrali się wokół tej sofy, by narysować mapę drogi, w którą wyruszali.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=sqA0V8UoOVo
„Te kilka lat od czasu grożącego zespołowi rozpadu uwiecznionego w Some Kind of Monster, oczywiście nie było łatwych”, mówi Lars. „Wciąż staraliśmy się to rozgryźć, post-odwyk Hetfielda, post-odejście Jasona, post-wszystko. Ale w listopadzie 2005 roku weszliśmy do HQ i usiedliśmy na kanapie, na której siedzę teraz, i wszystko wydawało się takie świeże. Nie było żadnej ekipy filmowej, żadnych psychiatrów, każdy był wypoczęty. Wydaje mi się, że zwłaszcza Hetfield poczuł, że czymkolwiek było to, z czym się zmagał z powodu swoich problemów, i ponowne przystosowywanie się do jeżdżenia w trasy i do całego świata Metalliki, to wszystko wyglądało, jakby się rozproszyło”.
Tydzień po koncertach Stonesów, Metallica wkroczyła w coś, co Lars nazywa kolejnym „cyklem” w ich karierze. Kiedy album Death Magnetic stopniowo nabierał kształtów, było jasne, że zespół znowu jest w dobrej formie.
„Była inna atmosfera”, mówi. „Była tylko nasza czwórka. I to było naprawdę świetne. I ten nastrój trwał przez cały cztero- lub pięcioletni cykl. Było w nim coś magicznego”.
Pod tym względem Quebec Magnetic jest dokumentem o zespole powracającym na właściwy tor, tak jak Some Kind Of Monster o zespole przede wszystkim wypadającym z niego. Członkowie mieli pomysł na DVD po zagraniu dwóch koncertów w Montrealu we wrześniu 2009 roku. W przeciągu dwóch tygodni naprędce zmontowali ekipę filmową, aby nagrać dwa występy w Quebecu.
„Nie wiem, czy kiedykolwiek byłeś na koncercie rock’n’rollowym w tej części Kanady, ale to jest zupełnie inne doświadczenie”, mówi. „Francuscy Kanadyjczycy są pojebani. Więc kiedy zeszliśmy ze sceny, powiedzieliśmy ‘musimy nakręcić tu DVD’”.
Koncert promujący Death Magnetic, jak widać na DVD, był odważnym posunięciem jak na zespół, który był tak bliski rozpadu kilka lat wcześniej. Cała czwórka była ustawiona dokładnie w środku areny nie tyle okrągłej, co prostokątnej. Oczywiście, to nie było nic nowego – Metallica robiła to okazjonalnie od czasu Czarnego Albumu. Różnica polegała na tym, że tym razem nie było telebimów. To, co wydawało się być nieistotnym szczegółem, całkowicie zmieniło dynamikę występu – 20 000 par oczu było całkowicie skupionych na tym, co się działo na scenie. To była bardzo ważna decyzja jak na zespół, który wciąż odbudowywał siły psychiczne po strasznej porażce w formie St. Anger. Jak mówi Lars, była to świadoma próba Metalliki, aby wydostać się ze swojego ciepłego kącika.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=oo66D0dkSaY
„To zmusza zarówno publikę jak i zespół do złapania lepszego kontaktu”, mówi. „To zmusza publikę do większego zaangażowania, a zespół do dawania z siebie jeszcze więcej. Łatwo jest usiąść tam sobie wygodnie i wiedzieć, że jesteś wyświetlany na tych ogromnych ekranach, a skoro tak, to może nie musisz się już tak starać”.
Czy brak telebimów sprawia, że dajesz z siebie więcej jako perkusista?
„To nie tylko ja”, mówi. „Każdy tak ma. Jesteś tam w samym środku tego wszystkiego. Nigdy nie ma żadnej kryjówki – to zabiera zawór bezpieczeństwa i zmusza cię do bycia tu i teraz. Musisz dawać z siebie 120 procent w każdej pierdolonej minucie. Kiedy Hetfield odwraca się tyłem do jednej części publiczności, patrzy na drugą jej część. Dlatego obraca się w stronę swojego pieca i gra tyłem do publiczności przez trzy minuty”.
Mimo że to Hetfield stoi przy mikrofonie, nie jest on jedynym frontmanem Metalliki. Za nim jest Lars, który przez większą część występu wypycha swojego kolegę spod świateł reflektorów. Robiąc dziwne, głupie miny i celując pałką perkusyjną w publiczność udaremnia monolityczny występ Jamesa.
„Słuchaj, ja już to słyszałem – ‘dlaczego on ciągle wstaje od perkusji, dlaczego podskakuje?’. Taki już jestem. Zawsze taki byłem. Zawsze chciałem kontaktu z publiką. Nie takiego w stylu popisówy: ‘Patrzcie, jakiego mam wielkiego kutasa’. Ale odkąd tylko zaczynaliśmy jako Metallica, próbowaliśmy zbliżyć się do publiki tak bardzo, jak tylko się da. I to dotyczyło każdego z nas, nie tylko wokalisty. To taki nasz trik sceniczny i podoba nam się, bo dzięki temu wciąż wykonujemy pracę na tak wysokich obrotach, jak to tylko możliwe. Człowieku, kiedy wchodzę na scenę, to ja staję się karykaturą. Widzę sam siebie – głupie miny, wiszący jęzor i tak dalej – ale to nie za bardzo jest coś, na co mógłbym coś poradzić. To po prostu się dzieje, kiedy tam wchodzę. To nie jest coś, co możesz włączać i wyłączać.
