Na kilka miesięcy przed ostatnim występem Jasona Newsteda w składzie zespołu Metallica – pomiędzy 23 czerwca a 9 sierpnia – była w trasie Summer Sanitarium. Wówczas to na backstage’u jednego z koncertów Lars udzielił wywiadu, w którym oprócz tematów wymienionych w tytule padły pytania o jeszcze inne, dot. rynku fonograficznego w Stanach a.d. 2000, ograniczeń grania w zamkniętych obiektach i tragicznych wypadków podczas koncertów.

Czy ten koncert sprawia, że myślisz o tym, jak mocno zdyscyplinowane stały się koncerty w zamkniętym miejscu?
Lars: Dokładnie tak. Wszystko jest mocno powiązane z oświetleniem, telebimami i produkcją. Dużo o tym rozmawiamy, o tym jak nie stać się niewolnikami rzeczy będących wokół muzyki. Czasami mówię, „Dlaczego by nie zagrać tego?”, zespół nie ma nic przeciwko, lecz nagle okazuje się, że oświetleniowcy potrzebują trzech dni do przeprogramowania oświetlenia. Staramy się znaleźć równowagę pomiędzy muzyką, spontanicznymi wybrykami a naszym show. Lubię te chwile, tak jak dzisiaj, gdy wszystko, co robisz okazuje się być gotowe dokładnie teraz. Na dziesięć minut przed koncertem ułożę setlistę, ktoś ją zobaczy i powie „Tego nie było na próbie”, wtedy ja odpowiem „Boże. Próbę zrobisz sobie na scenie przed ludźmi”. Te chwile uczą cię, że jeżeli masz wiarę w siebie i w ludzi cię otaczających, wówczas jesteś w stanie znieść wszystko.
Myślałeś o niektórych z wypadków podczas koncertów mających ostatnio miejsce – jak fan, który stracił życie po upadku z dużej wysokości w Baltimore podczas waszej trasy, czy tragedia zespołu Pearl Jam w Danii?
Lars: Nie był to najlepszy tydzień dla hard-rockowych koncertów. Siedziało mi to gdzieś w głowie. Ważniejsze było dla mnie to, że ludzie, jak i inne zespoły byli z nami i ten moment okazał się być fajny, coś prawdziwie wspaniałego. Po części pewnie dlatego, że wszyscy wiedzieli, iż jest to jedyny taki w swoim rodzaju moment, który nigdy się nie powtórzy.
Jakie jest twoje zdanie dot. reakcji na te wypadki?
Lars: To, co jest pojebane w tym wszystkim, to mass media obwiniające kogoś cichaczem. Na poziomie zespołu takiego jak Pearl Jam, na poziomie naszych tras koncertowych – nie poklepujemy się po ramieniu, lecz robimy to tak dobrze, jak tylko tego typu przedsięwzięcia można zrobić. To nie jest tak, że siedzę na dupie i wszystko jest źle zorganizowane, to nie jest tak, że nie myślimy o ochronie. Taka jest cholerna rzeczywistość, gdy gromadzi się 100,000 ludzi w jednym miejscu. Można odwrócić kota ogonem i powiedzieć, że jeżeli koncerty byłyby niedbale zorganizowane, wówczas ofiar nieszczęśliwych wypadków byłoby osiemdziesiąt, nie osiem. To może się stać podczas dyskusji polityków, wydarzeń sportowych – gdzie i tak ma to miejsce. W tym tygodniu padło na rock & roll.
Jak doszło do tej trasy? Byłeś zaangażowany w jej tworzenie?
Lars: Jesteśmy w połowie roku, który nie obfituje w dużą liczbę naszych występów, z czym najwyraźniej nie radzimy sobie zbyt dobrze. Nareszcie udało mi się doszukać różnicy pomiędzy rokiem, gdy dużo koncertujemy a rokiem, gdy tak nie jest: teraz to oni przychodzą do nas, nie my do nich. Tak jak ostatnio, gdy cieszyliśmy się wolnym czasem tej wiosny, nagle ktoś przyszedł i zapytał “Czy nie bylibyście zainteresowani czymś nowym?”. Początkowo wyglądało to tak, że mieliśmy grać na torach wyścigów NASCAR, byliśmy tym zainteresowani, ponieważ nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiliśmy. Wówczas okazało się, że “kierowcy NASCAR jak i fani [wyścigów] nie są wielkimi fanami Metalliki, a zagrać tam mógłby jedynie George Straits”. Więc nagle te piętnaście koncertów na torach NASCAR zostało przeniesionych na stadiony. Wówczas stało się to jakby osobną bestią. Zaczęliśmy się zastanawiać ”Ok, kogo powinniśmy zaprosić?” Zaczęliśmy od najfajniejszych ludzi, których szanowaliśmy. Jednym z pomysłów był Korn. Bobby (Kid Rock) grał z nami przez trzy tygodnie w zimie i pasuje nam niczym rękawiczka. Więc nagle mamy oprócz nas samych także Korn i Kid Rock, a to już niemała grupa. Wtedy doszedł System of a Down; jest w nich coś nowego. Myślę, że wnoszą coś zupełnie innego do całości. Wiele z tych młodszych zespołów zdaje się być odrzutami z tego, co robią inni. SOAD ma w sobie tą dziwną, chaotyczną, pokręconą energię. Tak jak Coltrane lub Miles, coś dziwnego.
Wspomniałeś o fenomenie młodych zespołów. Jaki jest wg ciebie obecnie panujący trend w muzyce rockowej?
Lars: Są goście, którzy zawsze będą coś ze sobą łączyć spośród unikalnych, różniących się od siebie rzeczy i tak powstaje coś brzmiącego oryginalnie, tak jak Korn czy Kid Rock, który łączy te wspaniałe zróżnicowane rzeczy. W hard rocku mamy obecnie Korn, dalej z kolei mamy około dwadzieścia pięć zespołów, które brzmią tak samo jak Korn. Obecnie pewnie coś nagrywają, lecz gdzie będą za pół roku?
Masz na myśli to, że etykietki działają tylko z szybkimi, pojedynczymi hitami, nie z długodystansowymi projektami?
Lars: Z powodu sposobu, w jaki ludzie mają dostęp do informacji, ludzie mniej skupiają się na wszystkim. Gdy ludzie nie skupiają się na czymś dłużej, wówczas trzeba ich szybciej łapać. Dziesięć, dwadzieścia lat temu, idea była taka, aby wydać album i jechać w trasę, następnie znów wydać album i znów jechać w trasę. Dzisiaj wygląda to mniej więcej tak, “Rzućmy na rynek dużo gówna i zobaczymy, co się utrzyma”. Spośród dziesięciu albumów, jeden będzie wystarczająco dobry, aby nadrobić porażki 9 pozostałych. Lecz nadal pozostaje wielu ekscytujących twórców. Eminem ma coś prawdziwie ekscytującego, styl rapowania, który należy tylko do niego. Myślę, że to dobrze, że każdego dnia na TRL [nie Twoje Radio Lubaczów, a Total Request Live – program na MTV – red.] leci Britney Spears i Backstreet Boys i nawet pieprzony Eminem tam jest. Darzę szacunkiem artystów, których gówno obchodzą różne rzeczy. Dla mnie to jest właśnie esencją rock & rolla. Pozostało niewielu artystów będących wiernymi sobie do tego poziomu. Ludzie jak Axl Rose, Liam Gallagher jeszcze kilka lat temu. Także Jim Morrison. Nie ma miejsca na zautomatyzowaną produkcję, to jest prawdziwe niebezpieczeństwo. A prawdziwe niebezpieczeństwo jest ostatnio niezwykle rzadkie.
Mówiąc o prawdziwym niebezpieczeństwie, w przyszłym tygodniu staniesz przed Senackim Komitetem Sądownictwa, aby wygłosić mowę przeciwko Napsterowi.
Lars: Patrzę na to, jak na ukoronowanie całej tej walki. Wystąpienie przed Senatem Stanów Zjednoczonych Ameryki jest czymś niesamowitym. Wiele razy mówiłem, że walczymy na dwóch frontach. Walczymy legalnie, na drodze sądowej, a także publicznie, próbując informować ludzi, starając się, aby zrozumieli. Po tym wystąpieniu będę gotowy odpuścić. Mam dosyć Napstera.
Myślisz, że dzięki temu podniosłeś świadomość społeczną?
Lars: Z całą pewnością wszystko, co robimy teraz, robimy małymi krokami. Krok po kroku. Nauczyłem się, że nie jest to problem z trzydziesto-sekundową reklamą. Nie możemy nawet o tym rozmawiać do czasu, aż ludzie odpuszczą kawały w stylu „Hahahaha, Metallica potrzebuje pieniędzy”. W czym problem? Chodzi o wybór co do tego wszystkiego, za czym to państwo optuje. Powinienem mieć możliwość wyboru, co dzieje się z moją muzyką. Jeżeli ktoś inny chce wstawić swoją muzykę na stronę Napstera, proszę bardzo, nie mój problem, niech Bóg ci błogosławi. Powinienem mieć też prawo do tego, aby moja muzyka tam się nie znalazła. Jak można z tym się kłócić? Zaczynamy wdawać się w szablony typu: informacja jest darmowa. Płyty z muzyką kosztują szesnaście dolców. Cóż, piętnaście lat temu, gdy płyty CD pojawiły się na rynku, kosztowały piętnaście dolarów, więc podrożały o zaledwie dolara. Jest to prawdopodobnie najmniejszy stopień wzrostu inflacji któregokolwiek produktu … a poza tym, mówimy o informacji, czy o czyjejś własności? Czy czyjaś własność powinna być dostępna za darmo? Gdy kupiłem mojego Chevroleta model Suburban kilka miesięcy temu, kosztował wówczas 51,000$, uważałem, że to było coś drogiego – czy daje mi to prawo do tego, aby go ukraść? Jeżeli mam prawo do udostępniania muzyki przez mój komputer, to co z tymi, którzy nie mają komputera? Czy powinniśmy usunąć nasze konta z Tower Records? Jak to będzie działać?
Trasa koncertowa nadal cieszy cię tak jak zawsze?
Lars: To jest strasznie dziwny rodzaj egzystencji. Zupełnie niepodobny do niczego innego. A im starszy jestem, to staje się to coraz dziwniejsze. To tak jak bym miał dwadzieścia dwa lata i wszystko, co chcę robić, to leżeć, pić i grać muzykę. Lecz ja mam trzydzieści sześć lat. Chcę balansować w mym życiu. Najlepsze w obecnej sytuacji Metalliki jest to, że znajdujemy ten właściwy balans. Przez trzy tygodnie w zimie byliśmy w trasie i teraz latem znów jesteśmy w trasie przez trzy tygodnie, wygląda to tak, jakby taki był nasz plan na następne dziesięć lat. Jesteśmy w momencie, w którym nie potrzebujemy nowego albumu, aby rozpocząć trasę. Możemy wyjechać w trasę, zagrać kilka szybkich koncertów i zniknąć na pewien czas. Wiesz, co mam na myśli? To tak jak w przypadku grupy Grateful Dead: możemy robić cokolwiek chcemy, gdziekolwiek chcemy.