W ramach limitowanego zestawu Fan Can 6, dostępnego tylko dla nielicznych członków Premium oficjalnego fanklubu Metalliki, znalazły się wywiady z Jamesem, Larsem, Robem i Kirkiem, przeprowadzone przez fanów, którzy także filmowali koncerty zespołu w Kopenhadze w 2009 r.. Dwudziestominutowe wideo z rozmową oraz pełne tłumaczenie znajdziecie w rozwinięciu niusa.

Będzie po duńsku.
Pewnie, nie ma sprawy.
Wiesz, zupełnie nie miałem pomysłów, gdy zabierałem się za układanie pytań. Miło cię znów widzieć w Kopenhadze. Jeszcze jestem trochę zdenerwowany, przeprowadzam swój pierwszy wywiad, ale OK, zaczynajmy. Przybyliście do Kopenhagi na pięć występów. Jak wpadliście na pomysł zagrania tylu koncertów w Forum zamiast np. jednego na stadionie Parken?
Zawsze staramy się zrobić coś innego niż poprzednim razem, tak, żeby występy były możliwie różne od siebie. Graliśmy w Forum w 2004, potem Vestereng w Arhus w 2007, kilka razy również festiwal Roskilde, stąd też nie graliśmy halowych koncertów w Forum jakoś od 1996 roku. Teraz mamy trasę halową po Europie, zaczęliśmy w lutym, a czasem trzeba grać w małych halach i postarać się, by takie występy były bardziej intymne jeśli chodzi o fanów i o nas. Chcieliśmy więc wrócić do tego budynku, a bilety sprzedały się w moment, stąd też dodaliśmy kolejne dwa występy, i znów błyskawicznie się rozeszły. Pomyśleliśmy, „czemu by tak nie dodać jeszcze piątego koncertu i zobaczyć, co z tego wyjdzie?” Niespodzianką było, że poszło tak szybko, ale granie pięciu koncertów jest cool. Za każdym razem chcemy, by było trochę inaczej, zmieniamy więc lokalizację i setlistę, wiesz.
Gracie wiele różnych utworów.
Tak, staramy się.
Kręcimy obecnie Fan Can, mamy dziesięć kamer, nagrywają tylko fani. Jak zrodził się pomysł na Fan Cany, jeszcze w latach 90.?
W Australii… Australijska wytwórnia muzyczna, która wydawała tam nasz „Black Album„, zdecydowała się na wrzucenie T-shirtu i płyty CD do puszki po farbie. Jakoś zobaczyliśmy tę puszkę i stwierdziliśmy, że pomysł jest świetny. W latach 90. wypuściliśmy wiele Fan Canów, ale obecnie normalnie wydajemy wszystko, co tworzymy, stąd też ciężko jest znaleźć coś wyjątkowego, co byśmy umieścili w takiej puszce. W ten sposób wymyśliliśmy, że to fani mogą coś zrobić dla fanów. Ale pierwotny pomysł na Fan Can zrodził się w Australii w ’93, gdy wytwórnia zaczęła upychać mnóstwo rzeczy do jednej puszki.
To tak to się zaczęło?
Tak.
Zdaje się, że mam takie coś w domu, zestaw ze złotym CD… nie ma tam nazwy Fan Can.
Tak, ta nazwa pojawiła się, gdy zaczęliśmy wydawać to za pośrednictwem fanklubu.
W jakim stopniu ty i zespół jesteście zaangażowani w magazyn So What! i wybór wypuszczanych produktów?
Jesteśmy zaangażowani we wszystko. Nic nie jest sprzedawane bez naszej wiedzy. Może nie siedzimy tak mocno w kwestiach twórczych, ale gdy wydajemy nowy album, omawiamy pomysły, ale nic nie trafia do sprzedaży bez sprawdzenia przez nas, a bardzo wiele sugestii zostało przez nas odrzuconych, ponieważ nie spełniały naszych wymagań. Nie umiem określić, gdzie jest granica, ale jeśli coś nam się podoba, to to sprzedajemy, a jeśli się nie podoba, to nie sprzedajemy. Działamy w sprawach fanklubu, czasopisma, w sumie to już 15… 16, 17 lat, dowodzi tym nasz redaktor, Steffan, ale sam osobiście przeglądam każdy numer, zanim trafi do druku. Zatwierdzamy, sprawdzamy, wpływamy na różne aspekty kreatywne dotyczące So What!, upewniamy się, że wszystko jest zrobione dobrze, więc istnieje jakiś standard.
Tak więc naprawdę jesteś w to włączony. To nie jest tak, że ktoś przeprowadza z tobą wywiad i wydaje go bez twojego udziału?
Nie, nie, nie… Cały zamysł polegał właśnie na tym. Wiele fanklubów zostało założonych przez firmy, które przyjmowały zamówienia pocztowe, a cały biznes był czystym oszustwem. Więc gdy uruchamialiśmy nasz fanklub w ’93, chcieliśmy być tak zaangażowani w szczegóły, jak to możliwe.
Miło słyszeć, że naprawdę bierzesz w tym udział zamiast być pod kontrolą kogoś innego.
Oczywiście, pewnie. Wszystko odbywa się w HQ – tam też przebywamy, tam tworzą się różne rzeczy. To bardzo wygodne, gdy wszystko jest załatwiane pod jednym dachem.
Przed wyjściem na scenę rozgrzewacie się i ćwiczycie. Jak układacie setlistę? Wiem, że piszecie ją na krótko przed występem.
Siadam i próbuję wybrać kilka kawałków, których nie graliśmy.
To ty zajmujesz się tym?
Tak, ja. Co wieczór próbuję zmontować kilka numerów – parę starych, parę nowych, po trochu wszystkiego; jedne utwory gramy często, inne – nie tak często, różne wyjątkowe numery i tak dalej. Zazwyczaj, gdy odwiedzamy miasto, w którym mamy zagrać jeden lub dwa koncerty, np. Sydney, wtedy zwykle przeglądam setlisty z poprzednich okazji, gdy tu graliśmy, żeby upewnić się, że nie zagramy tych samych piosenek czy w tej samej kolejności. Przeważnie proszę o wydruk z setlistami z ostatnich dziesięciu lat, żeby upewnić się, że nie zagramy tych samych setów po raz kolejny.
Czy pośród wszystkich utworów, które napisaliście, jest jeden, z napisania którego jesteś najbardziej dumny?
Nie jestem przekonany, że potrafiłbym wybrać jeden – oczywiste są takie kawałki, jak „Master of Puppets„, „One„, „Enter Sandman„.
Wielkie klasyki?
Istnieje przyczyna, dla której stały się klasykami, w porównaniu z „Carpe Diem Baby„. „One” i reszta znaczyły najwięcej, były najbardziej przełomowe, ale stanę murem za wszystkimi naszymi kompozycjami.
Czyli nie ma jednego konkretnego utworu, który byłby dla ciebie tak bardzo cool, że aż przyprawiałby cię o dreszcze?
Nie, naprawdę nie ma. Do danego utworu odnoszę się w różne sposoby – można wymienić trzy podejścia. Pierwsze dotyczy czasu, gdy komponujemy i nagrywamy, tutaj mamy też wspomnienia, to jak wtedy żyliśmy. Drugie podejście ma miejsce, gdy bardzo krytycznie słucham tych kawałków i zastanawiam się, jak można było je ulepszyć. „Co my wtedy sobie myśleliśmy? Czemu tę partię gramy dłużej?„. Trzeci sposób odnoszenia się to granie utworu na żywo – to już zupełnie co innego, np. zastanawianie się, co dzieje się teraz, co będzie następne, dlaczego ta żarówka na górze jest zielona, albo dlaczego tamten koleżka jest w takim T-shircie a nie innym. Tak więc w takiej sytuacji dochodzą inne czynniki. Do każdego numeru można odnosić się na wiele sposobów. Jedne kawałki są ekscytujące, gdy się je gra na początku, a rok później są kurewnie nudne. Nie czuję, bym ja czy ktoś inny z zespołu miał wskazać „to jest najlepszy kawałek„, nie patrzę tak na naszą muzykę.
Skoro już mówimy o graniu tego samego raz za razem – czy czasem nie męczy cię granie tych samych numerów?
Tak, oczywiście. Bardziej męczy mnie myślenie o graniu tych samych kawałków niż samo granie ich. Tutaj również odnoszę się do nich na dwa sposoby. Z jednej strony mamy granie podczas prób, gdzie danym kawałkiem można się znudzić, ale z kolei na scenie, przed 10, 20, 30, 50 tysiącami ludzi, granie tego samego utworu jest kapitalne. Zagranie „Enter Sandman” w sali prób jest prawie niewykonalne, ponieważ tak dobrze znamy ten numer, że zagralibyśmy go śpiąc, stojąc na głowach z zawiązanymi oczami. Granie „Sandmana” na koncercie jest z kolei wspaniałe, stąd też mamy tu do czynienia z dwoma podejściami.
Czy możesz powiedzieć o jednym, najlepszym wydarzeniu z fanami? Jeden moment, który wyróżnia się na tle całej kariery?
Wiele ich było. Jest paru lojalnych fanów, którzy podążają za nami na trasie, jak Ron i Blou – tacy jak oni podróżują po całym świecie, by nas oglądać – to niewiarygodne, że tak robią, z pewnością bardzo ekscytujące i lojalne. Ale są też takie chwile… np. pierwszy raz, gdy… lepiej będę wypowiadał się ostrożnie, bo nasz fanklub jest jak rodzina. Jeszcze w latach 80. zdarzyło się parokrotnie, że jakiś koleś prosił mnie, bym przeleciał jego żonę, co miałoby mieć dla niego duże znaczenie. „Gdybyś zechciał spać lub być z moją dziewczyną„. Takie coś zdarzyło się trzy-cztery razy w przeciągu kilku lat, jeszcze w latach 80. Bardzo dziwne, bo koleżka stał sobie bardzo szczęśliwy, pytając: „czy wy dwoje możecie…?„
„Zróbcie to!„
Tak! „Proszę, byś zajął się moją dziewczyną„. „Dobra, a jaką rolę będziesz w tym odgrywał?” Bardzo dziwne, bo obecnie to wszystko jest mocno na luzie, wiesz, parę autografów, parę zdjęć i tak dalej.
Więc teraz wszystko już jest w normie?
Tak.
Dlaczego nigdy nie słyszeliśmy, żeby ktoś z zespołu zajmował się jakimś side-projectem? Czy jest tu jakaś przyczyna, czy może po prostu nie macie na to czasu?
Jesteśmy tak dumni z bycia Metalliką i z tego, co symbolizujemy, że nie potrzebujemy nic więcej, szczególnie ja nie potrzebuję i nie jestem zainteresowany graniem muzyki z kimkolwiek oprócz Metalliki. James trochę tego próbował, ale gdy chłopcy z Mercyful Fate dzwonią spytać czy nie zagrałbym w którymś z ich kawałków, to to jest moje maksimum.
Czyli bardziej jako gościnny występ?
Tak, bo nie interesuje mnie nic więcej, ale nie wiem jak z pozostałymi. W każdym razie nie szukam większych muzycznych wyzwań niż te, które mam w Metallice.
Ostatnie trzy trasy koncertowe – Sick of the Studio, Escape from the Studio… wszystkie miały miejsce w Europie. Wielu fanów z pewnością zastanawia się, dlaczego wciąż tu wracacie, gracie na festiwalach.
W Stanach nie mamy festiwali tego samego typu, co w Europie. Tutaj jest dużo miłości, dlatego gramy tak często, poza tym lubimy spędzać tu wakacje. Nie mamy nic przeciwko fanom z Ameryki czy innych części świata, po prostu każdego lata i tak zabieram dzieciaki do Danii, więc gdy tu jestem, to mogę równie dobrze koncertować.
Popieram!
Gdy nagrywaliście „Death Magnetic„, dwa-trzy utwory nie trafiły na płytę. Co stanie się z nimi?
Gdzieś znajduje się dysk twardy wypchany zerami i jedynkami, ale w pewnym momencie coś się z nimi stanie, albo trafią do śmietnika, a może zwyczajnie zostaną w tym magazynie na zawsze. Naprawdę nie mam jasnej odpowiedzi na to pytanie, choć zawsze istnieje szansa, że do nich kiedyś wrócimy. Obecnie wszystko kręci się wokół tego, by przetrwać tę trasę i pograć jeszcze rok, a na którymś etapie coś prawdopodobnie stanie się z tymi kawałkami w jakimś kształcie.
Więc teraz chcecie tylko przetrwać trasę?
Prawie.
Jak wymyśliście, by używać „Ecstasy of Gold” jako intro?
Nasz dawny manager, Johnny Z., wpadł na ten pomysł gdy trafiliśmy na Wschodnie Wybrzeże w ’83. Jednym z jego pierwszych pomysłów było to, że przy wchodzeniu na scenę powinniśmy mieć jakąś muzykę, a nam się to spodobało. To było 26 lat temu.
Czyli to było wasze intro od…
… od mniej więcej od początku.
Dlaczego na obecnej trasie używacie sceny ustawionej na środku, jak na trasach „Black Album” i „Load„?
Zawsze ustawiamy ją na środku, gdy gramy w hali, żeby mieć coś odmiennego od tego, jak scena położona jest na stadionach. To sprowadza nas do pierwszego pytania – chcemy, żeby dana okazja różniła się maksymalnie od poprzedniej, żeby móc zaoferować coś nowego za każdym razem. Granie na środku jest cool, bo jest się bliżej ludzi, jest bardziej intymnie.
Masz praktycznie wszystko, tak wiele osiągnąłeś, czy stawiasz sobie jakieś nowe cele?
Tak, chciałbym się wyspać. Sądzę, że sporą część przyszłości przeznaczę właśnie na to.
Dobry wybór.
Poważnie – nie mogę doczekać się tego, szczególnie po trzech tygodniach w Kopenhadze. W Danii nie mogę za bardzo pospać, bo ciągle jadę na pełnych obrotach
Ciężko się z tobą skontaktować – ten wywiad był planowany na zeszłą środę.
Cały czas coś się dzieje, zawsze jest coś do załatwienia, gdy jestem w Danii, przez co nie jest to najbardziej odprężające miejsce. Mimo tego kocham Danię i nigdzie indziej nie chciałbym spędzać lata. Idea zdrzemnięcia się na kilka dni jednak bardzo mi się podoba.
Właściwie to doszliśmy do ostatniego pytania, a więc – ile osób znajdzie się na twojej liście gości w czasie tych pięciu koncertów?
Co wieczór jest 100, więc w sumie wyjdzie około 500.
Aż boję się liczyć.
Możemy puścić na dole ekranu informację o tym, jaki procent mieszkańców Danii znalazło się na liście moich gości. Oto wynik. Super!
[Napis: Łącznie 435 gości, co wynosi .00791% populacji Danii]
httpvh://www.youtube.com/watch?v=oXC-f1NK02Q
httpvh://www.youtube.com/watch?v=0ZjwgivW5Ig
