Złośliwi mówią, że w swojej kolekcji też mają przedmioty rodem z horroru: St. Anger i Lulu, ale Kirk Hammett poważnie traktuje swoje hobby. Jako posiadacz drugiej największej kolekcji tego typu na świecie (o której już sporo powiedział w poprzednim wywiadzie), tym razem udziela wywiadu witrynie ARTIST direct, cofając się w przeszłość do początków owego osobliwego 'zbieractwa’ oraz porównując 'rytm’ tworzenia książki do utworu metalowego. Opowiada też o najrzadszym z najrzadszych przedmiotów, jakie ma w posiadaniu i o tym, co – mimo obcowania z horrorem na codzień od dziecka – wciąż go przeraża. To i więcej w tłumaczeniu wewnątrz.

– Kiedy zacząłeś zbierać potwornickie przedmioty?
Cóż, interesowałem się gatunkiem horroru odkąd miałem 5 lat. Można powiedzieć, że zacząłem kolekcjonować w wieku 6 lat. To wtedy kupiłem swój pierwszy magazyn horrorowy i zacząłem kupować zabawki – w późnych latach ’60, wczesnych ’70. Nabyłem wiele książek i pism z komiksami. To było niezmienne przez [całe] moje dzieciństwo. Potem, gdy miałem jakieś 13 lat, zabrałem się za rock’n’roll, konkretnie hard rock. To odwiodło mnie od horrorów. Jak już zacząłem słuchać muzyki, kupować płyty i samemu chodzić do sklepów muzycznych, to był dla mnie punkt zwrotny i robiłem rzeczy, które były bardziej „dorosłe”. Przez krótką chwilę sądziłem, że wszystkie moje książki z komiksami i horrorami były dla dzieci. Zatopiłem się w muzyce, kupiłem gitarę i zacząłem obsesyjnie grać. Złożyłem świadomą obietnicę, że zostanę muzykiem. To kompletnie zajęło moją uwagę przez kolejne osiem czy dziewięć lat. Jak już zacząłem trochę zarabiać w Metallice, pomyślałem, „Wow, nadal kręcą mnie horrory.” Przez cały ten czas oglądałem wiele horrorów, po prostu nie kupowałem komiksów, magazynów, czy zabawek. Byłem jednak nadal zdalnie podłączony do gatunku. Gdy zacząłem zarabiać już trochę kasy, zacząłem kupować książki z komiksami, pisma horrorowe i wiele potwornickich zabawek z lat ’60. Wcześnie nie miałem jak ich zdobyć. Naprawdę wkręciłem się w zabawki z wczesnego okresu dekady, w której byłem jeszcze małym dzieckiem. Mając trochę ponad dwadzieścia lat, zdałem sobie sprawę, że istnieje cała sieć ludzi, którzy się tym interesowali. Wpadłem w tę sieć, a ta rozpostarła się na cały kraj. Jedno doprowadziło do drugiego i ponownie zbierałem już wszystko. Ponownie byłem na pełnym gazie. Zacząłem w wieku 6 lat. Był okres, gdy rock’n’roll odwiódł mnie od bycia dzieciakiem od potworów, ale zdołałem do tego wrócić. Zupełnie się w to wkopałem i nigdy nie przestałem.

– Czy rytm składu książki był podobny do tworzenia albumu? Czy obie te rzeczy wychodzą u Ciebie z tego samego kreatywnego punktu?
Część tego może pochodzić z tego samego miejsca. Gdy wizualizujesz strukturę książki i próbujesz wymyślić, jak będzie się rozwijała, chcesz aby to było dynamicznie. Tak jak w muzyce. Chcesz tak ustawić pewne rzeczy, że gdy przewróci się stronę – „Bam!” – jest tam zdjęcie. Chcesz, aby to zdjęcie wywarło maksymalny efekt. Tak samo jest z pisaniem utworu. Osadzasz riff. Cztery takty dalej na pięciolinii, kiedy wchodzi główna część riffu chcesz, aby było uderzenie. Dobrym porównaniem byłoby intro „Enter Sandmana”. Zaczyna się delikatnie. Potem wchodzą bębny. Całość narasta. Dochodzi do momentu wielkiego crescendo. Wreszcie pojawia się główny riff, który się wszystkim wkręca. Jest tak również z książką. Piszesz swoje intro. Wprowadzasz czytelnika i walisz w niego naprawdę mocnym, wizualnym i dowcipnym komentarzem. To bardzo podobne w tym, że chcesz, aby książka uderzyła we wszystkie właściwe fragmenty we wszystkich możliwych miejscach tak jak utwór.

– Co jest najrzadszym z artefaktów, jakie posiadasz?
Mam ubranie Borisa Karloffa, które nosił w filmie „The Black Cat” [„Czarny Kot”] z 1934r. To jeden z moich najbardziej ulubionych filmów. Jest w mojej trójce najlepszych. Jakieś cztery lata temu przeglądałem katalog aukcyjny. W rogu strony zamieszczona była krótka informacja mówiąca: „Ubiór Borisa Karloffa z Czarnego Kota, który nosił w 1934r.” Totalnie mnie to rozwaliło. Zaniemówiłem. Pomyślałem, „Jak to ubranie mogło przetrwać cały ten czas?” To 77 lat. Musiałem to mieć. Zalicytowałem i nie mogłem uwierzyć, że to mam. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było założenie tego stroju. Musiałem [śmiech]. Teraz jest w mojej kolekcji i prominentnie figuruje w mojej książce. Świetną rzeczą w tej książce jest to, że umożliwia mi ona stworzenie pobocznego interesu zwanego Kirk Von Hammett Toys. Tworzymy całą linię zabawek. Jedna z pierwszych dostępnych postaci będzie Boris Karloff w roli z The Black Cat. Jestem tym naprawdę podekscytowany.

– Jesteś fanem „The Old Dark House” [„Stary Mroczny Dom”] z Borisem Karloffem?
Jest świetny! Kocham ten film! Zero wątpliwości, to świetny film.
– Karloff był zabójczy, lecz emanował też tą namacalną kruchością.
Jak najbardziej! Był w Karloffie aspekt, który powodował, że czuło się sympatię do wielu z jego postaci. Był również patos, który wnosił do wielu ze swoich ról. Muszę powiedzieć, że był on mistrzem odgrywania ról przyziemnie. Nie był jak Bela Lugosi, który często był na wyrost. Choć sądzę, że to część uroku Lugosiego.
– Co cię wciąż przeraża?
Obejrzałem „Insidious” [„Naznaczony”] i wielokrotnie przeszedł mnie na nim dreszcz. Nie mogłem uwierzyć, jak bardzo mną wzdrygnął i jak bardzo był straszny. Było w nim wiele różnych, fajnych zwrotów w fabule. Jest świetny! Kocham takie zakończenia. To jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem od długiego czasu.

– Horror i heavy metal dostarczają podobnego katharsis. Mroczne emocje są wnoszone poprzez opowieść, albo utwór.
Dobry kawałek metalowy jest jak dobry horror. Powinieneś wyjść z niego naładowany i na swój sposób rozradowany. Tak ja się czułem po obejrzeniu „Naznaczonego” i tak się czuję, gdy widzę naprawdę świetny zespół, który mnie inspiruje. Te dwie emocje nie są aż tak różne.
– Czy chciałbyś napisać własną, fikcyjną opowieść?
Byćmoże… Gdybym miał na to czas i motywację, to pewnie! To są dwa czynniki, które wchodzą w grę. Nie mam ostatnio zbyt wiele czasu na robienie różnych rzeczy, więc muszę ustawiać priorytety, ale mam kilka pomysłów. Może pewnego dnia. Chciałbym tego spróbować dla samego doświadczenia.
– Czy grasz na gitarze w trakcie oglądania horrorów?
To zależy! Jeżeli napięcie w filmie mocno narasta, łapię za gitarę jak za kocyk [śmiech]. Zaczynam riffować. Napięcie mnie czasem dopada i wtedy sięgam po gitarę, żeby pomóc mi wyprowadzić tę napiętą energię, lub ból.

– Czy jest jakaś sztuka w pokazywaniu wszystkiego, co kolekcjonujesz?
Gdy już jesteś kolekcjonerem czegokolwiek i poświęcasz czas na to, by potwierdzić, że nim jesteś, od tej chwili jest już z górki. Jesteś na misji. Dla mnie, cześcią całej przygody jest poszukiwanie rzeczy. Jak już rzecz jest znaleziona, kolejną cześcią przygody jest wymyślenie, jak chcesz ją pokazać, gdzie ją chcesz pokazać wraz z historią jej zdobycia i historią jej samej. To coś więcej niż po prostu posiadanie czegoś. To endemiczne dla całej palety wspomnień, powiązań i opowieści. To podobne do bycia typowym fanem heavy metalu. Jak już podejmiesz decyzję, by być fanem metalu, zasadniczo stajesz się nim na całę życie – nawet jeśli od niego odbiegniesz i zaczniesz słuchać disco z lat ’70, czy czegoś [śmiech]. Jeżeli ktoś włączy płytę Motörhead, powiesz, „Znam to” i zaczniesz machać głową, bo fan metalu wewnątrz ciebie nigdy nie odszedł. Jeśli jesteś kolekcjonerem, ten bakcyl nigdy nie zanika. Nie da się okiełznać bestii [śmiech].