Wielu ludzi znających charakter Kerry’ego Kinga wie, że gitarzysta nie należy do ludzi użalających się nad sobą i popadających w nostalgię. Muzyk jest znany ze swojej bezpośredniości, a jego wypowiedzi są z reguły zdecydowane i pozbawione zbędnego owijania w bawełnę. Właśnie z tego powodu coraz częściej pojawiają się wobec niego zarzuty o braku wyrażania odpowiednich emocji podczas wspominania swojego zmarłego kolegi z Slayera, Jeffa Hannemana. King postanowił wytłumaczyć się ze swojego podejścia.
Gitarzysta skomentował swoją niecodzienną „minutę ciszy”, którą zadedykował Hannemanowi kilka godzin po jego śmierci, podczas rozdania nagród Revolver Golden Gods w 2013 roku (sprawdźcie nagranie poniżej):
Pomyślałem „Czy powinienem poprosić o minutę ciszy?” I powiedziałem sobie, że kurwa nie. To Golden Gods, człowieku. Jeff fucking Hanneman grał w Slayerze. On nie chce minuty ciszy. Jeff chce minutę pieprzonego hałasu. Podnieśliśmy do góry nasze drinki, pięści i wychyliliśmy jednego za naszego zmarłego brata.
Z kolei w rozmowie z Loudwire King został zapytany o dzień, w którym dowiedział się, że Jeff nie żyje:
Wiedziałem, że był w szpitalu, wiedziałem, że był w kiepskim stanie, ale nikt nie myślał, że jest z nim aż tak źle, bo nikt nie popędził tam, żeby to sprawdzić. A potem on odszedł. Byłem w ten dzień na próbie, miałem wystąpić na Revolver Golden Gods, po czym niektórzy ludzie obrzucili mnie gównem za to, że nie powyłem się do mikrofonu. Ale to uroczystość, nawet jeśli chodzi o śmierć.
Chciałem, aby ludzie świętowali. Oni tego potrzebowali. Potrzebowali kogoś, kto powie: „Jest w porządku. Musimy iść do przodu”. Nikt nie chciałby, aby ktoś podszedł do mikrofonu podczas Golden Gods i był pierdoloną, przygnębioną osobą. Poradziłem sobie z tym, z czym musiałem, publiczność mnie wsparła i wydaje mi się, że to dobre upamiętnienie Jeffa.
W sierpniu 2013 Kerry mówił dla Guitar World o swoich osobistych relacjach z Hannemanem:
Za każdym razem, gdy kończyliśmy trasę, Jeff wracał do domu i izolował się. Mógł mieszkać 45 minut drogi od ciebie, ale jeśli nie byłeś częścią jego wąskiego grona, to ciężko było utrzymywać z nim kontakt. Zajęło mi kilka lat, żeby to zrozumieć. Na początku myślałem: „Czemu ten gość nie oddzwania na mój telefon?” Ale z biegiem lat zrozumiałem, że Jeff taki po prostu był. Nie wydaje mi się, że byliśmy z Jeffem najlepszymi przyjaciółmi. Myślę, że byliśmy chyba najbliżej w zespole, ale nigdy nie byliśmy najlepszymi przyjaciółmi.
Mówiąc tak, żeby każdy mógł zrozumieć – byliśmy jak partnerzy biznesowi. Czy uważałem go za przyjaciela? Oczywiście. Ale nie najlepszego. Ostatni raz byłem w domu Jeffa w styczniu 2003 roku. Poszliśmy do jego miejscówki i oglądaliśmy Raidersów (drużynę futbolu amerykańskiego – przyp. red.) w playoffach. Brzmi strasznie, ale wcale tak nie było. Jeff po prostu był tego typu człowiekiem.
Rozmowę z Loudwire oraz przemówienie Kinga na Revolver Golden Gods obejrzycie poniżej:
