Niedawno wokalista, na łamach Independent, podzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat dokonań zespołu. Zapytany o to, z jakiego krążka jest najbardziej i najmniej dumny, odpowiedział:
Najbardziej dumny jestem z płyty „Untouchables”. Wydaliśmy na nią mnóstwo pieniędzy, a prace zajęły 2 lata. Pamiętam, że spędziliśmy miesiąc nad samą perkusją. Michael Beinhorn jest moim absolutnie ulubionym producentem. Ma świetne ucho i nie boi się ci powiedzieć, że coś jest do bani. Gdyby wydawało mi się, że dobrze śpiewam, ale on twierdziłby inaczej, to wysłałby mnie do domu. Byłbym na niego wściekły, ale i tak go uwielbiam. To było bardzo pracochłonne. Jeżeli znajdę materiały, to mam zamiar stworzyć coś dokumentalnego na temat tego wydawnictwa, bo jest jedyne w swoim rodzaju, takie, jakie już nigdy się nie powtórzy.
Najmniej dumny jestem z „Korn III: Remember Who You Are”. Myślę, że to byłby dużo lepszy album, gdyby producent (Ross Robinson) nie był tak cholernie poważny i pozwolił nam na trochę zabawy. Ta płyta brzmi dla mnie, jakby była robiona na siłę. Zabiera mnie w bardzo ciemne miejsce, do którego nie chcę już nigdy powrócić. Uważam, że ten krążek to coś, co chcieliśmy zrobić tylko po to, żeby przekonać się, co się stanie, jeśli znowu będziemy pracować z Rossem Robinsonem. Coś z tego wyszło, ale brzmi to, jakby było wymuszone. Tak, jakby jego misją było zabranie nas z powrotem do lat ’94 i ’95. To nie było dla mnie przyjemne doświadczenie. I nie dlatego, że to była wina Rossa, bo kocham go nad życie, ale myślę, że po prostu robiliśmy to na siłę. Udowodniło to nam, że musimy eksperymentować i trzymać się tego, co robimy. Nie boimy się próbować czegoś nowego.
