Na Newsweek.pl ukazał się krótki, acz treściwy wywiad z Jasonem Newstedem, w którym opowiedział on nieco o kulisach swojego odejścia z zespołu oraz porównał swoje ówczesne położenie z obecnym.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=yDCZsrkGD90
Powyżej ostatni raz Jasona na scenie z Metalliką jeszcze w jej składzie. Jak wyjawił po latach, on wiedział już wtedy, że gra po raz ostatni. Widać to po jego minie i po tym, jak wyżywa się na instrumencie, zwłaszcza pod koniec. Bezbłędne wykonanie również reszty chłopaków. Metallica nigdy nie była później taka sama.
Okoliczności odejścia Newsteda z Metalliki fani grupy mogli zobaczyć w filmie „Some Kind Of Monster”. Czterech zmęczonych czterdziestolatków walczących z rutyną, wzajemnymi pretensjami, bez pomysłu na dalszą karierę, z wynajętym psychoterapeutą.
Chciałem znów mieć normalne życie. Spędzać czas z moim ojcem i dziadkami w ostatnich latach ich życia. W tym wielkim biznesie jakim jest Metallika nie masz czasu na nic. Nie wiesz w jakim mieście jesteś, bo widzisz tylko wnętrza limuzyn i pokoje hotelowe. Na głowie masz bandę facetów, którzy mówią ci, co i kiedy musisz robić, ciągła adrenalina i stres, który odreagowujesz prochami i wódą. Zapomnij o kontakcie z rodziną, jedyne, o czym marzysz, to chwila przerwy. Gdybym wtedy nie odszedł, wszyscy bylibyśmy dziś martwi. Na pewno ja i na pewno James. Jego wykańczał alkohol, mnie leki przeciwbólowe. Żaden z tych kolesi, którzy zarobili na nas pierdyliard dolarów nawet przez sekundę nie pomyślał, co też może dziać się w naszych głowach. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby pomyśleć: „Hm, ten dzieciak wyrósł na farmie, a przez ostatnie 15 lat zajmował się tylko tym, żeby ten interes był większy i większy”. Nikt nie zapytał „jak się czujesz? Jak twoja rodzina, jak twój kręgosłup, co się dzieje w twoim mózgu?”. Dopóki nie było za późno. A kiedy zrobiło się za późno, przysłali kolesia w kolorowym sweterku, który zapytał, jak się z tym czuję.
– I to był koniec? Nie rozmawialiście o tym wcześniej?
Rozmawiałem z chłopakami od października 2000 roku. Najpierw z Larsem, potem z Kirkiem. Jamesowi powiedziałem na końcu. Nie chciałem nikomu spieprzyć świąt, nie chciałem rozbijać zespołu. Ostatni koncert zagraliśmy 18 listopada 2000 roku, w urodziny Kirka. Zakończyliśmy „Fade To Black”. Wtedy mogliśmy jeszcze o tym porozmawiać, ale nikt się do tego nie palił. Więc w styczniu 2001 roku zwołałem spotkanie. Menedżerowie byli na dole w hotelu. W pokoju oprócz nas był ten psychiatra. Facet w sweterku. Mówi: pracowałem z tym, z tamtym, z tego zrobiłem mistrza olimpijskiego. Mówię: OK, to miłe, nie znam cię, ty mnie nie znasz, nie znasz nas, nie pasujesz tu, wypierdalaj. Rozumiesz? Płakałem całą drogę do hotelu, płakałem w czasie rozmowy i potem przez cały wieczór, byłem emocjonalnym wrakiem. Marzenie życia, wszystko, na co pracowałem, wyrzuciłem za okno. Dla dobra nas wszystkich, żeby każdy mógł żyć.
– Żałujesz?
…
Przeczytaj całość na Newsweek.pl.
Dzięki Maciej za cynk!