Najnowszy numer kwartalnika So What! wydawanego tylko i wyłącznie na potrzeby MetClubu jest numerem specjalnym poświęconym osobie ś.p. Cliffa Burtona i zawiera przede wszystkim wspomnienia autorstwa Jamesa, Larsa, Kirka i Roba, pełne nieznanych i przeważnie zabawnych historii o nieodżałowanym basiście.
Poniżej obszerny wywiad, w którym James przedstawia swoją znajomość z Cliffem, wspólne przygody, zabawne historie, opowiada o uczeniu się od niego pisania muzyki czy tym, jak Burton różnił się od reszty zespołu.
Tłumaczenie wywiadu: Iga Bugajewska i Piotr Zając. Dzięki!

„…wiem, że jest z nami…” – James Hetfield opowiada o Cliffie Burtonie. Wywiad z Danem Nykolayko.
Jeżeli jest jedna osoba w Metallice, na którą Cliff Burton miał największy wpływ, to jest to James Hetfield. Kiedy Cliff dołączył do zespołu, było to dla Jamesa jednocześnie znalezienie nauczyciela i partnera zbrodni. Cliff nauczył Jamesa jak ważna jest muzyka w teorii, przekraczali możliwości swojej wątroby i rozwalali różne dziadostwa. Jeśli o mnie chodzi, to najważniejsze składniki mocnej przyjaźni.
Legendą jest, że James zniósł wypadek w Szwecji szczególnie ciężko. Wszyscy słyszeliśmy historie, że biegał tam i z powrotem szukając czarnego lodu, w który rzekomo uderzył kierowca busa. Jest również dość dobrze wiadome, że on sam, jak i reszta zespołu nie byli w żałobie wystarczająco długo, co dla Jamesa było sporym problemem, z którym musiał się zmierzyć podczas własnej walki na odwyku. Ponieważ James bardzo wcześnie stracił matkę, śmierć Cliffa miała również głośny wpływ na wciąż (wtedy) młodego człowieka.
Od śmierci Cliffa, James nie był całkowicie zamknięty na jego temat, ale nigdy nie rozmawiał o tym otwarcie w wywiadach. Jednak w ciągu ostatnich kilku lat zdawał się odpuszczać i otwierał się na temat Cliffa coraz bardziej i bardziej … kiedy tylko była okazja dedykacji po zagraniu na przykład 'Orion’ albo 'Ktulu’, kiedy był na scenie z Jimem Martinem i wspominali swojego kolegę w Fillmore, lub umieszczając zdjęcia Cliffa w serwisie Instagram. Teraz wydaje się dobry moment, żeby usiąść z Wielkim Hetem i posłuchać kilku historii o jego przyjacielu, wielkim wkurwionym czterostrunowym skurwysynu – Cliffie Burtonie.
———————————————————————————————
Przypadkowo były wczoraj urodziny Cliffa. Dziś skończyłby 51 lat.
(kiwa porozumiewawczo)
Jesteśmy tutaj, żeby popatrzeć wstecz, powspominać i usłyszeć kilka świetnych historii. Ponieważ, całkiem szczerze, jestem fanem od ponad 20 lat, ale zacząłem dopiero po tym, jak Cliff nas opuścił. Nie ma wielu jego wypowiedzi z niewielu przeprowadzonych z nim wywiadów, a wszyscy, którzy byli z nim naprawdę blisko… rzucają raczej anegdoty i takie właśnie informacje znajdują się w wywiadach. Nie wiele konkretnych informacji na temat Cliffa.
Dokładnie. Wiesz, jest trochę dobrą rzeczą utrzymywanie pewnej tajemnicy. Ale zdaję sobie sprawę, że ludzie chcą o tym słyszeć tylko dlatego, że są ciekawi. Nawet ludzie, którzy nigdy go nie spotkali albo widzieli, albo nawet nie byli blisko tamtego etapu zespołu, są super zainteresowani tym wszystkim. I wiesz, chciałbym mieć lepszą pamięć i więcej tych wspomnień. Co jest dla mnie bardzo dobre, to możliwość oglądania kilku zdjęć – nagle okazuje się, że jest sporo zdjęć Cliffa, i przy dzisiejszych nowoczesnych połączeniach oraz Internecie, pojawia się wiele zdjęć, o których sam nie wiedziałem, że istnieją. Myślałem, że mamy je wszystkie na Cliff’Em All.
Przykładowo, jestem na Instagramie, jest tam koleś, wydaje mi się, że z Glasgow. Pisze: „O, cześć, wysyłam Ci kilka zdjęć, które znalazłem kiedy sprzątałem w szafie”. Ja na to: „Hej, OK!”. Kilka zdjęć, na których Cliff jammuje, ja mam złamaną rękę, więc grał John Marshall. Jest wiele naprawdę świetnych ludzi, którzy nie próbują spieniężyć tajemnicy Cliffa. Są ludzie, którzy może nawet nie wiedzą, że coś mają i tak naprawdę zbytnio się tym nie przejmują. Jakby był częścią historii, i tutaj zdjęcie. Ci ludzie nie próbują czegokolwiek z tego wyciskać, co zawsze jest najlepsze.
Oglądanie tych zdjęć jest naprawdę świetne. Zwłaszcza tych, na których wygłupiam się razem z Cliffem. Mieliśmy wiele wspólnego w porównaniu do, powiedzmy, reszty zespołu. Nie próbuję tutaj komukolwiek, w żaden sposób, umniejszyć jego relacji z nim. W moim mniemaniu lubię myśleć, że mieliśmy razem dużo więcej wspólnego w niektórych stylach muzycznych. W niektórych stylach życia, gustach muzycznych, zainteresowaniach. Wszyscy w zespole mieliśmy swoje podobieństwa, ale moim była dziwna fascynacja bronią, wysadzaniem różnych rzeczy.

„Throw all your bullets in the fire.” (Rzuć wszystkie swoje naboje w ogień.)
Dokładnie. Wiele z tego powstało w czasach, kiedy Cliff spędzał czas ze swoimi zespołami w Castro Valey i Hayward – w tym z naszymi obecnymi przyjaciółmi jak Mike Bordin i Jim Martin. A na pewno było ich sporo więcej. Ale nasze wycieczki na rancho Martina w Maxwell były jedyne w swoim rodzaju … zawsze miały się dziać jakieś szalone rzeczy, tak po prostu. I wydaje mi się, że Cliff zaprosił nas tam raz w stylu „Hej, to jest mój nowy zespół”. Jechaliśmy tam, strzelaliśmy, jeździliśmy po okolicy, strzelając do czego się tylko dało. W zasadzie upijaliśmy się, strzelaliśmy i graliśmy w środku nocy. Wydaje mi się, że ciągnęło mnie do tego bardziej niż resztę zespołu. Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek poszli na całość w taki sposób. Pijacka część była oczywiście dużą częścią całości, i zabawą. Był też kemping, były tam domki i mogliśmy się po prostu upić i …
Odpalić generatory i …
Tak, odpalić generatory, przynieść sprzęt i narobić okropnej, strasznej muzyki w górach Maxwell. Kto wie kto mógł to słyszeć i co sobie myślał o 4 nad ranem. „Jakieś chore psychole!”. Cliff miał 50 pedałów podpiętych do jednego, małego wzmacniacza. Cóż, właściwie to chyba wszyscy byliśmy podpięci do jednego wzmacniacza i tworzyliśmy jakieś szalone, szalone dźwięki. Jeżeli ktoś był w pobliżu, to na pewno myślał, że jest na innej planecie albo, że kosmici wylądowali. Wychodziło stamtąd sporo chorych dźwięków. Ale były to świetne czasy.
Pamiętam, że wokół tego wszystkiego na pewno ujawniała się jego niebezpieczna strona, tak samo jak u mnie. Ale zawsze towarzyszyła temu głęboka i silna wartość moralna, którą posiadał i jeżeli tylko przekroczyłeś w jakiś sposób granicę, dawał Ci znać. Zawsze była to więc jazda na krawędzi, ale dla świetnej zabawy.
Zaraz po tym jak nas opuścił, eksplodowaliście niemal natychmiast. Skok popularności od …And Justice For All do Czarnego Albumu i oczywista trudność do imprezowania. Wasze ego stało się większe. Myślisz, że gdyby był nadal w pobliżu pomógłby nad tym zapanować? Popatrzeć na kogoś w białej skórzanej kurtce i rzucić, „Stary, nie bądź chujem”?
Możliwe. Nie miałem innego sojusznika. Co zrobisz na koniec dnia? Nie możesz kontrolować ludzi. Chodzi mi o to, że jeśli ktoś ma zboczenie do białych skórzanych kurtek … wszyscy mamy swoje osobowości i każdego z nas inspiruje coś innego. To bardzo głupie by zastanawiać się „Jakby to było, gdyby nadal był w zespole?”, „Jak brzmiała by nasza muzyka?”. Szczerze wierzę, że nic nie dzieje się bez powodu. I ktokolwiek by się nad tym zastanawiał, czy to ktokolwiek w zespole, czy ktoś bliski, czy fan, to nie ma kurwa pojęcia. To jest coś do rozważania i po prostu kolejna wielka tajemnica życia. Jest tyle rzeczy, które wydarzyły się w historii zespołu, wliczając śmieć Cliffa, które mogły wpłynąć na rozwiązanie zespołu. I czy pewne rzeczy się stały czy nie, czy Cliff by nie zginął, czy Jason by nie odszedł, czy ja nie uległbym poparzeniu, czy cokolwiek innego, Metallica by przetrwała. Zawsze byśmy przetrwali, bo to jest to co robimy. Pomimo jakichkolwiek okoliczności, staniemy na wysokości zadania ponieważ kochamy to co robimy. Więc cokolwiek nie stanie się w karierze Metalliki, poradzimy sobie z tym jak najlepiej. Śmierć Cliffa była po prostu straszna i przerażająca – ale chyba mogę powiedzieć, że Cliff nie nosiłby białej skórzanej kurtki. Nie dostałby fioła jak Lars, więc…

Ale nadal w 1991 nosiłby dzwony?
(śmiech) Dobre pytanie.
Musiałby znaleźć czarne dzwony?
O, staraliśmy się. Bardzo się staraliśmy. „Stary, nie możesz ich po prostu jakby wyprać w naszej muzyce, ” i przypadkowo dawaliśmy trochę mroku. Był własnym mistrzem i nosił co chciał, i to było częścią jego piękna. Przyjmujesz charakter od tak, co jest częścią uroku zespołu. Zmuszanie Cliffa do noszenia czajników (stovetops, stovepipes), czy jakkolwiek byśmy ich nie nazywali, do tego czarnych, nie miało sensu. Dostał swoją porcję żalu od każdego z nas. Jego, jak je nazywaliśmy, disco medaliony, te małe czerwone krzyżyki, naszyjniki, które nosił … to były disco medaliony. Dostał zupełnie nową dżinsową kurtkę, była cała pomarszczona i bardzo niebieska, i on uważał to za przebieranki. Niech go bóg za to błogosławi. Ale na koniec dnia wchodzisz na scenę, albo do studia i błyszczysz, człowieku. I z Cliff’em było tak bez wątpienia. Oglądanie go na żywo było za każdym razem urzekające i właśnie dlatego trafił do zespołu.
Żałuję, że nie zobaczyliśmy więcej; wiele istniejących nagrań jest na Cliff’Em All i to właściwie wszystko.
Raczej tak. Ale mówię Ci, to jest ta fajna część tajemniczości. Całkowicie w to wierzę. Jeśli to był ten czas, kiedy wszystko jest filmowane bez wyraźnego powodu, byłoby tego dużo więcej. Czy byłoby większe zainteresowanie tą tajemniczością? Pewnie nie.
Dzisiaj każdy może teraz wejść na YouTube i zobaczyć sześć różnych nagrań tego samego utworu wykonanego na tym samym koncercie.
Dokładnie. Dlatego nagranie to jedno, ale zdjęcia to coś zupełnie innego, jeśli chodzi o złapanie chwili. Możesz wymyślić sporo na prawdę świetnych historii wokół fotografii, zamiast oglądając nagranie osądzać ten moment. Uwielbiam zdjęcia, które się ukazują. Wraz z czasem wspomnienia rozpływają się odrobinę bardziej, co jest smutne, ale cieszę się, że są jeszcze fani, którzy mają poukrywane zdjęcia albo cokolwiek. Niedawno widziałem jedno z Cliffem, chyba na jakimś weselu. To też jest świetne zdjęcie. Nie wiem czy wypłynęło z kolekcji Raya (ojciec Cliffa) czy skądś indziej, ale samo zobaczenie młodego Cliffa jest cudowne.
Czy pamiętasz, jak komponowało się z nim na początku?
Tak. Tak jak my dzisiaj, [Cliff] przychodził z kawałkami utworów, które były multi-trackamiOczywiście wszystkie z nich to były zapisy basu i nie mogłeś usłyszeć, o co kurwa chodzi. Było echo, był fuzz, było sześć podkładów wykonanych przez gitarę basową, ale to było piękne. To ma swój charakter, przez to jakie jest. Oczywiście były rzeczy, np. „(Anasthesia)-Pulling Teeth”, które były jego własnym kawałkiem, które sam opracowywał i grał zawsze na żywo. A inne utwory Metalliki, jak np. 'Orion’? Te były wykonywane na basie. Słuchałem ich i pytałem 'Hej, mogę to zagrać? Pozwól mi zagrać to na gitarze. Był niesamowitym kompozytorem. Cliff był prawdopodobnie najbardziej wyszkolony spośród nas wszystkich, przynajmniej wtedy. Uczęszczał na kursy muzyczne, znał teorię i był w stanie przeanalizować, w jaki sposób robić pewne rzeczy. Ja byłem bardziej ze szkoły…
Riffów.
Dokładnie. To jest riff. Ten jest dobry, a tamten nie. To mnie porusza.

Zawsze, gdy słucham ”Fight Fire with Fire”, słyszę go jako prawie dwa różne utwory pod względem zapisu. Jest niezłe intro i harmonijne bity, które przyrównuję do Cliffa, a nagle są wściekłe riffy, które przyrównuję do Ciebie i Larsa.
Z pewnością.
Pomagał łączyć dwie różne rzeczy.
Tak. To kolejna rzecz, którą wprowadzał. Było dużo małych kawałków, wstawek i innych rzeczy, które były całkowicie oparte na klasyce, co bardzo wpływało na zespół. Cliff nauczył mnie dużo o teorii i harmonii. Jako gitarzysta, to ja powinienem ich uczyć, ale on to robił. Ta wiedza, o której wcześniej nie mieliśmy pojęcia, na zawsze nas zmieniła i ukazuje się w naszej muzyce. Wprowadził coś, o czym nie mieliśmy wcześniej pojęcia.
Czy jak patrzysz w przeszłość – mówię o pisaniu harmonii w ”Suicide and Redemption” – to myślisz ”Co chciałby Cliff, żebym zrobił?”
Bez wątpliwości. Jak moglibyśmy myśleć inaczej? „Jak by to zrobił? A może chciałby to pchnąć w inną stronę?”. Zazwyczaj jest to bardzo podobne do jego osobowości. Bardzo klasycznie, prosto, ale jednocześnie nawiązuje do jego szalonego stylu. W jego grze zastanawiałbyś się, dokąd melodia cię zaprowadzi, jak rozwinie się, jak możesz z nią zadrzeć… To był jego styl.
Pamiętasz występ Traumy?
Oczywiście.
Byli dobrzy?
Dla mnie Trauma to Cliff. Byli dobrzy, bo Cliff był u nich w zespole i nie mam co do tego wątpliwości. Dokładnie pamiętam przesiadywanie na ulicy, na rogu Broadway, i z całym szacunkiem do Rona [McGovney’a], ale on nie był prawdziwym muzykiem. Był początkujący. Pamiętam, że po koncercie spotkaliśmy Cliffa na ulicy i wtedy… „Proszę, proszę, proszę. Dołącz do naszego zespołu, proszę!’ O Boże, no wiesz, 'Przyjdź zobaczyć nas jeszcze raz”, „Będziemy tu grać i wtedy możemy pojammować czy coś. Jesteś zainteresowany? Prosimy.” Bardzo go błagaliśmy i możemy powiedzieć, że Cliff widział muzyczną wolność w Metallice, jakiej nie miał w Traumie. Był wolną duszą jako basista, bez wątpienia. Był pieprzonym gitarzystą ukrytym w ciele basisty. Te momenty były cenne, wartościowe. Aż w końcu udało nam się go przenieść do nas i to było bardzo łatwe. To nieco ironiczne, że jego tata mieszka w L.A., ten facet ma charakterek i jest wielką inspiracją. Widzę w nim mnóstwo Cliffa. Jest piękną osobą, człowieku. I te historie, które opowiedział w Fillmore, klasyka! On się nie przejmuje. Jest bardzo śmieszny.
Jak na 88-letniego mężczyznę jest bardzo klarowny i ma swoje zasady. Jest jedną z najmilszych osób, które kiedykolwiek spotkałem.
Cóż, on po prostu cuchnie szacunkiem, nie ma co do tego wątpliwości. I jak teraz siedzimy tu i zastanawiamy się, to jeśli Cliff by żył, pozostałby w swoich latach ’80, headbangował i wariował.
W górę i w dół, przewracał oczy do tyłu głowy?
O tak, białka! Klasyczny headbanging Cliffa. Jego oczy byłyby w połowie zamknięte i uciekałyby do tyłu głowy. Zachowywał się, jakby był w transie i jak grał, to muzyka wypływała z każdej cząsteczki jego ciała. Pamiętam, że Cliff i Lars mieli zupełnie inne style. Lars był, i ciągle jest, dumny podczas grania, bardzo nieprzewidywalny. Cliff za to był bardziej dźwięczny i „płynny”. Bywało tak, że kiedy Lars gubił rytm, i cholera, wtedy Cliff byłby jak porażony piorunem czy coś. Po prostu przestawał grać i „O mój Boże”, odwracał się, patrzył na Larsa, pokazywał mu palec albo przewracał oczami: 'Co to kurwa było?’ Schrzaniłeś to, stary. Wszystko ustawało. Myślę, że reszta z nas w pewien sposób nauczyła się przez to przebrnąć i grać dalej.

Wiem, że Cliff i Dave [Mustaine] znali się bardzo krótko, ale jak było między nimi?
Nie wiem. Nie sądzę, żeby byli blisko siebie. To był bardzo krótki okres czasu, miesiące.
Pod względem koncertów to były tylko cztery.
Racja, kiedy przeprowadziliśmy się do San Francisco. Myślę, że Dave był już wtedy jak przybrany syn, niestety.
Pasierb-Rudzielec?
(śmiech) Dokładnie! Nie mieszkał z nami w domu przy Carlson, zostawał u babci. I nie wiem, ale on był jednym z tych ”nie możemy być wokół niego cały czas” czy coś z tych rzeczy. To była jego osobowość, z pewnością to mu służy, jako frontmanowi w swoim zespole. Ale nie pamiętam, żeby często spędzali wspólnie wolny czas.
Pierwszy występ Cliffa był w marcu, a Dave został wykopany w kwietniu. Jeśli Cliff dołączył w grudniu albo styczniu, to naprawdę mogli grać razem góra cztery miesiące.
Jest dużo zdjęć w domu przy Carlson…
Tego samego dnia.
Mniej więcej. Myślę, że tam w salonie pierwszy raz jammowaliśmy z Cliffem. O mój Boże, pamiętam pierwszą próbę „Seek & Destroy” i to był jedyny kawałekprzy którym pomyślałem: „Cholera jasna! To jest doskonałe, to będzie dobre.” Później robiliśmy korekty w garażu, który wkrótce stał się studiem i miejscem jammowania dla następnych albumów. Oczywiście dla Master of Puppets.
Jak Cliff poradził sobie z czasem, gdy byliście w Kopenhadze?
Był w Christianie (autonomiczna dzielnica w Kopenhadze, słynąca z używania marihuany), domyślam się, że tam było sporo marihuany. Jeśli nie byłoby tego w okolicy, to nie sądzę, że by przeżył. Wszyscy wtedy mieliśmy bardzo trudny czas. Oczywiście oprócz Larsa – to jego rodzinne miasto. Był gościem od robienia biznesów, nadal jest, planuje wiele rzeczy z wyprzedzeniem. Lars ma pewne plany dla rzeczy, które mogą iść po jego myśli, jak np. rezerwacje i to jest to, co masz do zrobienia, więc miał to wszystko dokładnie rozplanowane. On zamierzał spędzić czas w rodzinnym mieście, a my nagrać album. Więć tak, obydwa albumy: Ride the Lightning i Master of Puppets. To było trudne.
Wiem, że twoje wspomnienia z trasy nie są zbyt wyraźne, ale czy masz jakieś dobre historie, które wtedy miały miejsce (z udziałem Cliffa)?
Cliff miał zwyczaj pakować młotek i jest nawet takie zdjęcie w Internecie; jestem pewien, że niektórzy je widzieli. To nie był finezyjnie wygrawerowany młotek albo młot kowalski, to był po prostu zwykły młotek ze sklepu z narzędziami, który ze sobą nosił i zawsze miał przy sobie.
Jakieś szczególne powody?
Cóż… Na wypadek, gdyby go potrzebował. (śmiech) On tak mówił. I nie wiem czy kiedykolwiek nazwał to, ale jego powiedzeniem było „Prawda jest najpotężniejszym młotem”. Nie jestem pewien, czy połączyłem te dwie historie ze sobą, w każdym razie zawsze miał przy sobie młotek. To było przed dniami bezpieczeństwa na lotniskach, które były bardzo napięte, ale myślę, że wtedy używali promieni rentgenowskich do kontroli. Zobaczenie młotka w jakimś bagażu… „Co jest kurde?” Gdy wypiłeś wystarczająco dużo alkoholu, to się przydało. Przebudowy w niektórych hotelach czy coś. Tu musi być okno. Trzeba mieć młotek pod ręką.

Czy Cliff hałasował tak bardzo jak wy? [raise hell=wulg.napierdalać; zakłócać spokój, hałasować]
O tak. Wychodziliśmy, żeby się zabawić. Ale Cliff znał granicę -nigdy nie zadawał cierpienia innym osobom, w przeciwieństwie do nas. Zawsze umiał się opanować, nieważne jak bardzo był zjarany albo pijany, to było niesamowite. Uwielbiał imprezować, tak jak my, wspólnie spędzany czas na imprezach był fajny. Potrafił szybko zmienić ekstra-zwariowaną minę w bardzo poważną. Pamiętam wygłupianie się w Sweet Silent Studios, gdzie był piłkarzyki. Piłkarzyki to coś w rodzaju jednorękiego bandyty z Europy, tak sądzę. Wtedy na okrągło piliśmy, paliliśmy i graliśmy w nie. Pamiętam, że wygłupialiśmy się i trafiłem jednego z tych po stronie Cliffa. Uderzył go prosto w jaja. Człowieku, wtedy chciał mi skopać tyłek. Krzyknąłem: „Stary, ja tylko się wygłupiam!”, a Cliff: ”Pierdol się! Zaraz skopię ci tyłek!”. Stary, no weź, nie możesz. Jesteśmy w tym samym zespole. Miał granice i myślę, że ją wtedy odkryłem. Razem z Cliffem nigdy się nie wkopaliśmy w żadne gówno. Krzyczeliśmy na chłopaków z zespołu i biliśmy się, ja nawet uderzałem innych, ale to była po prostu szaleńcza młodość. On i ja mieliśmy ten pieprzony szacunek do innych i nie przekraczaliśmy pewnych granic. Wzajemnie się chroniliśmy.
Oczywiście były sytuacje, kiedy nie mogliśmy dogadać się z naszym trasowym managerem i pamiętam, że w pewnej chwili powstrzymywałem Cliffa. Był gotowy skopać mu tyłek. Nie pamiętam jego imienia, ale to był brat perkusisty Ricka Allena z Def Leppard, Robin chyba. Chwilowo był naszym managerem i podróżowaliśmy promem, a powinniśmy byli być w busie. Bus mógł wjechać na prom i wtedy nie musiałeś z niego wychodzić. Wtedy manager powiedział, że mamy spotkać się w autobusie i pojechaliśmy bez Cliffa, a on przyszedł pieszo. Manager strasznie go skarcił, a Cliff chciał go zabić. ”Nie pozwól mu odejść z bagażem, on ma tam młotek!”. Ale Cliff miał granicę, której nie powinieneś przekraczać.
A co z trasą z Ozzym?
O tak, to było niebo. Niebo dla nas wszystkich, bez wątpliwości olbrzymie dla Cliffa, przecież grał ze swoimi idolami z Black Sabbath. Przesiadywanie z nimi. Ozzy potrafił przyciągać naszą uwagę w ciekawy sposób, przed i po koncercie. Gdy coś mówił, zachowywaliśmy się jak małe dzieci, które siedzą przy ognisku i słuchają historii. „Opowiedz nam jeszcze jedną o Billu Wardzie”, „Ej, jak to nagraliście?”. Jestem pewien, że wkurzał się przez naszą masę pytań, szczególnie wtedy, gdy próbował zająć się swoimi sprawami. Nie mogliśmy na to nic poradzić, byliśmy zakochani w Black Sabbath. To czysty raj, kiedy możesz być w pobliżu jednego z twoich idoli.
Złamałeś rękę w ’86 i wtedy John Marshall dokończył wypełnianie twoich obowiązków na trasie w USA i Europie. Twój pierwszy koncert na gitarze, po powrocie, okazał się ostatnim koncertem Cliffa. Czy czujesz, że ktokolwiek kto spoglądał na to z góry, chciał podkreślić, że graliście wtedy razem po raz ostatni?
Bardzo, bardzo, bardzo dobrze powiedziane. Jest dużo pięknych rzeczy jak ta, które pomagają myśleć pozytywnie w najcięższych chwilach. Dla nas to było więcej niż kolejny koncert, bo zacząłem znów grać. Myślę, że mam jeszcze plakat koncertu, który nigdy się nie odbył.
W Kopenhadze?
Tak, w Danii. Był z nami wtedy Anthrax. To była niezła zabawa. Po prostu kolejny koncert, i kto wtedy mógł wiedzieć, co spotka nas tej nocy? Że zmieni nasz zespół, naszą historię i przemieni nas w innych ludzi. Nie wiedzieliśmy, jak poradzić sobie z utratą przyjaciela. Brata. Boże, razem tyle przeszliśmy, a Ty zabierasz kogoś tak wcześnie? To nie ma żadnego sensu. Taka piękna osoba, wspaniały kompozytor, miłośnik życia o wysokich wartościach moralnych, wielki – jak byś to nazwał? Mógł sprzeczać się z kimkolwiek o cokolwiek i być słyszanym. Ktoś, kto jest bardzo silny w swoich słowach. Boże, jego pisanie utworów. Miał w sobie tyle emocji. I kochał grać.

Ray opowiedział mi, jak ćwiczył po trzy, cztery godziny dziennie. To było wszystko, co chciał robić.
Tak. A wypadek autokaru, tamta noc kiedy to się zdarzyło, to mógł być ktokolwiek z nas tak na prawdę. Autokary z pewnością nie były tworzone, żeby w nich spać. I to jest straszne i smutne, że nic się nie zmieniło od tamtego czasu. Są autokary, które nie są zbudowane na prycze do spania. Mają okna zabite deskami i jeszcze dokładać tam prycze, nadal tak się dzieje. Baroness dopiero tego doświadczyli. Ale zdarzają się różne wypadki przez cały czas, ludzie giną a ty się zastanawiasz dlaczego. Wyraźnie pamiętam, że nie byłem w stanie spać obok Cliffa … nie na tej samej pryczy (śmiech), ale po tej samej stronie busa, bo było tam za zimno. Powietrze przenikało do środka, albo po prostu było za zimno. Więc chciałem spać z tyłu, co doprowadzało wszystkich do szału, bo ciągle tam imprezowali a ja na to, „Stary, muszę iść spać.” Zaraz przed tym graliśmy w karty na tylnej kanapie, kiedy wszyscy poszli spać. Obudziła mnie kawa, albo jakiś inny napój wylany na mnie przez obrócenie busa. I całe te wrzaski i krzyki. Wykopałem okno wyjścia bezpieczeństwa z tyłu, wyszedłem na zewnątrz i nie mogłem uwierzyć w to co się działo. Przebudzałem się na środku drogi a kierowca wciąż powtarzał, „Kurwa, kurwa, kurwa, uderzyłem w czarny lód!” i pamiętam jak chodziłem tam bez końca, tam i z powrotem i szukałem czarnego lodu krzycząc „Ty pieprzony kłamco! Nie uderzyłeś w lód.”
Nie wiedziałem co sobie wyobrażaliśmy, ale wychodziliśmy z siebie i wtedy podchodząc z boku autokaru – słysząc wrzaski ale coraz ciszej – wtedy zobaczyłem nogi Cliffa wystające spod dachu przewróconego na bok samochodu. Jedyne co utkwiło mi w głowie to kierowca busa. Chciałem go zabić. Próbował wyciągnąć koc spod Cliffa, żeby przykryć nim innych, co dla mnie było absolutnie niedorzeczne i lekceważące. To było jak, nie podchodź kurwa do niego, nawet go nie dotykaj.
Nie wiem czy to jest coś, czego nasz dźwiękowiec, Big Mick się trzyma, ale powiedział, że myślał, że Cliff nadal żył, kiedy podnosili busa, ale upuścili go i to mógł być koniec. Ale nie wiem od kogo to wyszło, i czy nie było to tylko pobożne życzenie, ale widzieć na nim busa … nie było tam nic, żadnego ruchu. Żadnych krzyków, nic. Ale jasne, inni też przy tym oberwali. Były złamane obojczyki, palce, rzeczy, ktoś wymagał szycia.
Byłeś tylko ty i zespół, czy Anthrax też jechali z wami?
Nie, nie jechali. Były oczywiście trasy, podczas których współdzieliliśmy autokar, albo, 'Hej, teraz pojedziemy z Metal Church.” albo coś takiego. Ale wtedy byliśmy tylko my i część obsługi. Wydaje mi się, że Flemming, nasz technik od perkusji, złamał palec. Nasz manager złamał obojczyk. Ale pomiędzy tym wszystkim byliśmy nieźle wystraszeni. Jak już mówiłem we wcześniejszych wywiadach, kiedy nasz manager powiedział, „Dobra, zbieramy zespół i jedziemy do szpitala”, my już nie byliśmy zespołem. Zebrać zespół, ale zaraz, zaraz. Kogoś brakuje. I wciąż go brakuje. I cały czas, aż do pogrzebu … to było jak bardzo mroczna plama. Całkiem czarna mgła. Mieszkając u Kirka – nie miałem gdzie mieszkać, a byliśmy oczywiście w trasie. Nie mieliśmy żadnych planów. Wszystkie nasze rzeczy leżały w magazynie czy gdzieś tam.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=kxQdVqVXfOQ
Byliście wtedy poza El Cerrito?
Tak. I jeszcze jedna rzecz, która otworzyła mi oczy miała miejsce na pogrzebie Cliffa, kiedy siedziałem obok Jima Martina, a on miał powiedzieć kilka słów. W kościele była księga z takim małym ołówkiem do wpisywania dotacji czy czegoś takiego, a on zaczął tam zapisywać notatki z tego co miał powiedzieć. To było jak, „O mój Boże, nawet tego nie zapisałeś ani nic?” On na to, „Po co? To tutaj zostanie.” Whoa! Miałem wtedy objawienie. I nagle, Boże, zagrali „Orion”. Nie było nikogo kto by nie płakał w całym kościele, była tam taka wielka pustka, wielka dziura w każdym z nas, bardzo trudno to pojąć albo uwierzyć.
Myślę, że nasz natychmiastowy powrót na trasę, co zdaniem naszego managera było najlepszym wyjściem – możliwe, że wtedy mogło się to zdawać odpowiednie, ale ja uważam inaczej. Myślę, że potrzebowaliśmy odpuścić na jakiś czas i dojść do siebie. Wydaje mi się, że jakby zamietliśmy to pod dywan i zdusiliśmy swoje odczucia. Może na dłuższą metę było lepiej, że nasze uczucia przenosiliśmy na utwory, przez co towarzyszyły nam cały czas. Ale powinniśmy poważnie przejść żałobę … do tego oczywiście poniżanie i cały ten syf, którego doświadczył Jason było częścią gniewu, który był w nas cały czas po tej stracie. Było tego sporo kiedy przechodziłem odwyk. Śmierć mojej matki i śmierć Cliffa były tym co skupiło się we mnie i utknęło głęboko. Nie mogłem się pozbyć tego mroku. Nie byłem w stanie odpuścić i cieszyć się szczęściem, które od nich otrzymałem przez całe swoje życie … to narastające doświadczenie. I widząc jak naprawdę te wydarzenia zbliżyły nas jako zespół, poprzez stratę widzisz co masz, przez te wszystkie lekcje, które wynikały z tych wydarzeń.
Czy grając jego utwory, czujesz jakby jego obecność?
Pewnie. Rozdziera mnie, to na pewno. Czasami przy „Fade To Black”. Na pewno „Orion”.
Bardziej mam na myśli „Orion”. Nigdy nie zagraliście tego razem z nim na żywo.
To było bardzo skomplikowane. Byłoby wspaniale zagrać z nim. Ale myślę, że chodzi po prostu o jeden poruszający fragment w środku, ten tutaj (pokazuje na wytatuowany zapis fragmentu partii basu).
Fragment partii basu?
Dokładnie. Właśnie dlatego to porusza mnie tak bardzo. Oczywiście napisaliśmy razem z nim wiele utworów, które nie działają na mnie w taki sposób, ale to jest tak piękna melodia.
Mam nadzieję spotkać go jeszcze. Naprawdę mam nadzieję, że coś takiego się stanie. Wiem, że jest wokół nas, popychając nas naprzód i pomagając nam, troszcząc się o nas. Wierzę w to. Wierzę, że jest jakiś anioł stróż, który pojawia się, kiedy powinien, albo kiedy potrzebujemy pomocy. Nie ma takich rzeczy, z którymi możemy sobie bez nich poradzić…