Ostatnio na naszym serwisie można było przeczytać bardzo dużo nt. sprzętu, jakiego używają James i Kirk. W związku z tamtymi artykułami, i w oczekiwaniu na pozostałe teksty z serii, prezentujemy dziś pierwszą część bardzo długiego i interesującego wywiadu z Jamesem, przeprowadzonego przez dziennikarza czasopisma Guitar World. Wywiad miał miejsce przy okazji premiery „Death Magnetic” (przeprowadzony wówczas podobny wywiad z Kirkiem przeczytacie tu i tu), a James opowiada przede wszystkim o zmianach swojego stylu gry na przestrzeni lat, wybranych gitarach i wzmacniaczach, oraz o paru innych sprawach.
„James Hetfield powraca do korzeni, chwyta za Flying V i ponownie przysięga zabić nas wszystkich”
Jak opisałbyś to nagranie?
Powiedziałbym, że jest ono spojrzeniem wstecz – jest to sięgnięcie po esencję naszego dawnego stylu i połączenie go z naszymi obecnymi możliwościami. Nie da się zupełnie odzyskać niewinność. Gdy nagrywaliśmy pierwszy album, nie mieliśmy szacunku dla autorytetów ani dla tego, jak pewne rzeczy powinno się robić. Wchodziliśmy do studio i graliśmy to co umieliśmy i to wszystko. Niektórzy inżynierowie dźwięku narzekali: „Nie słychać wokalu” albo „Nie słychać gitary… co to za dźwięk?” a my odpowiadaliśmy: „To my! Nagrywaj, proszę”. Znów chcieliśmy uchwycić tamto nastawienie. Dlatego wybraliśmy Ricka Rubina, bo on potrafi uchwycić to, w czym artysta jest najlepszy.
Na pierwszych kilku albumach wynaleźliście coś, co dziś jest nazywane „thrash”. Tamta muzyka była bardzo typowa dla was. Później, w latach 90., pozwoliliście by czynniki zewnętrzne mocniej wpłynęły na wasz wygląd i muzykę. „Death Magnetic” wydaje się być powrotem do pierwotnych impulsów.
Być może. Od każdego członka zespołu otrzymasz pewnie inną odpowiedź. Jeśli chodzi o teksty, piszę to, co czuję. Tak po prostu. Nie rozglądam się i nie mówię „Ej, tego typu teksty są dziś bardziej popularne”.
Ale nie ma wątpliwości co do tego, że zwracamy uwagę na świat zewnętrzny teraz, gdy poprzeczka w muzyce została ustawiona tak wysoko. Jednym z powodów dla zatrudnienia Ricka Rubina było to, że podobało nam się brzmienie wyprodukowanych przez niego albumów Slipknota i System of a Down. Rick i nasz inżynier, Greg Fidelman, wynieśli nasze brzmienie na nowy poziom. Jest tu siła i zachwyt. Album jest pełen życia. Naprawdę wierzę, że zawsze byliśmy najsurowszymi krytykami naszej twórczości.

Co prawda jesteś wokalistą, ale twoja gra rytmiczna miała olbrzymi wpływ na kilka pokoleń gitarzystów. Co powiesz o zmianie twego stylu od, powiedzmy, czasów „…And Justice For All”?
Naprawdę nie zastanawiałem się nad tym… Powiedziałbym, że gram teraz trochę bardziej precyzyjnie. Trochę ważniejsze jest dla mnie teraz żeby riff był przejrzysty. Kiedyś po prostu nagrywałem cztery warstwy gitar i puszczałem je w stereo. Teraz bardziej pilnuję tego, jak dźwięki się zgrywają. Trochę łatwiej akceptuję sytuację, gdy brzmienie instrumentu nie jest absolutnie fantastyczne samo w sobie, ale dobrze zgrywa się z utworem.
Jesteś uważany za jednego z najszybszych i najbardziej precyzyjnych gitarzystów rytmicznych w historii rocka.
(śmiech) Szybka gra nie sprawia mi trudności. A na dodatek uwielbiam ją. Bywa tak, że trzeba trochę czasu by rozgrzać się do pewnych utworów, ale szybkie uderzanie z góry (down-picking) – czy też naprawdę szybkie obustronne kostkowanie, szczególnie gdy gram rytm – to prawdziwa zabawa.
Czy twoje gitary są wyregulowane tak, by tego typu gra była dla ciebie łatwiejsza?
Nigdy nie zwracam na to szczególnej uwagi. Większość moich gitar stanowią instrumenty, które po prostu wyglądają cool. Nie jestem wybredny. Nigdy nie myślę sobie „Och, ten gryf nie jest z kości słoniowej” albo „To nie takie struny jak trzeba”. To nie gra wielkiej roli. Chociaż obecnie zwracam większą uwagę na struny, których używam, bo pozwala mi to być zawsze dostrojonym do reszty. Ale lubię po prostu grać szybkie riffy. Prawdę mówiąc to swego czasu stało się to dla mnie tak łatwe, np. gdy pisaliśmy „Czarną Płytę” albo Load, że potrzebowałem innego typu wyzwania. Ale teraz dobrze jest wrócić do dawnego stylu.

Dużą rolę odegrał tutaj powrót do moich starych gitar. Używam białej Vki i starych Explorerów na których grałem na pierwszych albumach. Podłączałem się też do Mesa/Boogie Mark II C+, używanych na dawnych nagraniach.
Co sprawiło, że zabrałeś się za ten stary sprzęt?
Na początku nagrywania zawsze zaczynamy od wypróbowania nowych wzmacniaczy i gitar. Często zadawałem sobie pytanie: „Po co to robię?” Zazwyczaj odpowiedź brzmiała: „Bo chcę i mogę”. (śmiech)
Zawsze myślę, że mogę poprawić moje brzmienie. Kończy się to tym, że każdy producent wzmacniaczy na świecie odwiedza nas ze swoim najnowszym produktem, również prototypami sprzętu którego jeszcze nawet nie stworzono, i z początku to tak jakbyś był w gitarowym niebie. Ale wtedy zaczynam wszystko to podłączać, i gdy już zredukuję liczbę tego sprzętu, to okazuje się, że zostałem sam z Mesa/Boogie sprzed ponad dwudziestu lat.
Ale dzięki czemu wróciłeś do białej Vki?
Stare Mesa/Boogie w połączeniu z tą gitarą to magia. Nie ma innego wytłumaczenia. Nie daje najbardziej mięsistego czy najtłustszego dźwięku, ale pasmo środkowe jest tak żywe jak się da.

Ilu ścieżek używałeś do gitary rytmicznej?
Mieliśmy włączone jednocześnie trzy albo cztery wzmacniacze. Mieszaliśmy brzmienia żeby dowiedzieć się, które brzmienie pasuje najlepiej do danego utworu. Do niektórych używaliśmy Ampega, nadal też używam mojego przedwzmacniacza Mesa/Boogie TriAxis, przeważnie jednak było tak, że lewa strona, czyli moja strona, była zdominowana przez C+.
Nie jest niespodzianką to, że wciąż wolisz używać starego sprzętu. Ten sprzęt znasz przecież najlepiej. Nie ma sposobu, żeby coś nowego i niezbadanego mogło z tym rywalizować. Kiedy ostatni raz doszło do sytuacji, że dostałeś jakiś nowy wzmacniacz albo coś, i pomyślałeś „Spędzę tydzień sprawdzając, co mogę z tego wycisnąć„? Spędziłeś za to całe lata ze swoją Vką i Boogie.
Naprawdę masz rację. Pamiętam, jak kiedyś odkryliśmy Mesa/Boogie, jeszcze w latach 80. Usłyszeliśmy o tej firmie, mieszczącej się w Pomona, blisko miejsca gdzie mieszkamy. Gdy podłączyliśmy się pierwszy raz, powiedzieliśmy „O! To jest niesamowite! Genialne! Ile kosztuje? O nie….”. Wtedy nie mogliśmy sobie pozwolić na taki zakup. Ale gdy już do tego doszło, w `83 czy `84, w czasie „Ride the Lightning”, spędziliśmy tygodnie na ustawianiu brzmienia, dodawaliśmy pedały z efektami, próbowaliśmy tego i owego, tak jak powiedziałeś.
A biała Vka – to nie jest Gibson V, prawda?
Nie, to japońska podróbka. To tak naprawdę jest trzecia gitarą w moim życiu. Moją pierwszą gitarą był używany rupieć za 5 dolarów, który pomalowałem chyba ze 12 razy. Tak jak każdy dzieciak, chciałem ją upodobnić do gitary Eddiego Van Halena. Druga gitara to było SG z 1969, kupiona za 200 dolców od jakiegoś dzieciaka ze szkoły. Opchnąłem ją za aktywny głośnik, bo chciałem być wokalistą. Każdy szukał wtedy wokalisty. Następną gitarą którą nabyłem była właśnie ta Vka.
Ten, co mi ją sprzedał, mówił, że to Gibson V, a ja głupi gówniarz nie znałem się. W końcu do mnie dotarło: „Hmm, ma gryf przykręcany (bolt-on). Nie może być. Hmmmm, czemu tutaj jest napisane ’Made in Japan’?” (śmiech) Ale nie przejmowałem się tym. Nic mnie to nie obchodziło. To biała Vka! Jak Michael Schenker, jak Scorpions! To był właśnie metal: czarne spodnie, biała Vka, i do przodu! Miałem gdzieś to, że to nie był prawdziwy Gibson.
Ta gitara stworzyła twoje charakterystyczne brzmienie. Zawsze fascynują mnie opowieści o tym, jak ludzie odnajdują proste narzędzia i tworzą nimi coś niesamowitego. W ten sposób powstaje najlepsza muzyka. Nie chodzi o to, by mieć każde narzędzie, tylko pracować tym, co masz.
To jest walka. Z takich walk tworzą się wspaniałe dary. Nawet jeśli na początku nie zauważasz, że coś jest darem, to z czasem one się nimi okazują. ESP tworzy dla mnie wspaniałe instrumenty – wszystko co zechcę, ale mimo tego wciąż używam tej gitary. To jest tandetna kopia Gibsona V z późnych lat 70., może wczesnych 80. Mimo tego, trzymam ją na okładce Guitar World!
To dlatego, że to twoja gitara.
Ja dopiero odkrywam to, o czym mówisz. Niedawno ktoś do mnie podszedł i powiedział, że wydaje album ze zdjęciami, i żebym przyniósł kilka moich gitar. Zacząłem się nad tym zastanawiać. Rzeczywiście, mam nową sygnowaną przeze mnie gitarę ESP, ale z czego ludzie mnie znają? Na których instrumentach spłodziłem najlepsze riffy? Więc wyciągnęliśmy pierwsze Explorery zrobione dla mnie przez ESP – te z „So Fucking What”, „Eeet Fuck”, „More Beer” – i zacząłem na nich grać. Może to brzmi jak frazes, ale zakładam te stare buty i one wciąż pasują.

Pomyślałem – to dlatego gram na tej gitarze. Tak ciężko mi znaleźć sprzęt typowy dla mnie – ale to właśnie są te gitary. Jestem wdzięczny za to, że ktoś pomógł mi to zauważyć.
Ciekawa analogia. To samo zrobiłeś ze swoją muzyką. Zacząłeś w jednym miejscu, zbadałeś wszystkie inne obszary, by zatoczyć pełne koło i wrócić w tamten pierwszy punkt.
Ale nie wiesz tego, póki nie spróbujesz zmian. Nie widzisz domu do momentu, gdy z niego nie wyjdziesz. Dlatego wspaniale jest do niego wrócić.
to be continued…