W 2008r., gdy Death Magnetic było już miksowane bez udziału zespołu, któremu pozostało już tylko wybranie okładki, James na łamach So What! udzielił sporego wywiadu, w którym w największej mierze skupia się na szczegółach dotyczących pracy nad płytą i swoich w zw. z nią odczuciach, przy okazji odpowiadając na szereg pytań pobocznych. Na koniec dzieli się zabawną anegdotą dot. „All Nightmare Long”.

Tracy Seltzer [TS]: Dzięki internetowemu przekazowi na żywo, miałam okazję obejrzeć wasz występ na KROQ Weenie Roast w Irvine. Mieliście strasznie krótką setlistę.
James Hetfield [JH]: Więc widziałaś to. Było bardzo fajnie. Koncert w Irvine był prawdopodobnie najlepszym z trzech, które ostatnio daliśmy. Wiesz, zaczynamy na nowo – czas otrząsnąć się z rdzy.
TS: Czy około pięciu występów to dla Ciebie wystarczająco, aby wejść na te obroty, wczuć się w ten koncertowy klimat?
JH: To zależy, to naprawdę zależy od różnych rzeczy. Próby bardzo pomagają, lecz po pewnym czasie, kiedy przez kilka dni gramy próby, nieco się rozpieszczamy. Wracamy to stanu, w którym pamiętamy piosenki już w miarę dobrze i nagle, gdy stoisz na scenie, masz kompletną pustkę w głowie, nie pamiętasz następnej części utworu; wydaje się, że jest to po prostu część życia [śmieje się]. Tego nie da się w żaden sposób ograć na próbie, możesz ograć wszystkie utwory tak bardzo jak tylko jesteś w stanie, lecz ja nie mam zamiaru pamiętać ich bardziej niż teraz. Ponieważ one są w mym sercu, żyją tam, muszę jedynie na chwilę je odwiedzić i wtedy jest dobrze. Próby robimy przez kilka dni. Wówczas atmosfera robi się trochę drętwa i niszczycielska, zaczynamy się lenić, marnować czas, robić sobie żarty i grać nieczysto. Gdy jesteśmy w trasie, wówczas chodzi już o wytrzymałość fizyczną, nie tak bardzo już o pamiętanie piosenek. Starasz się ograć w tuning roomie tak bardzo jak tylko możesz, chcesz się spocić, lecz i tak nie spocisz się jak wtedy, gdy stoisz naprzeciw tysięcy ludzi i masz 25-cio metrową scenę. Tego nie da się ograć.
TS: Jak ważne jest zachowanie rutyny podczas koncertu?
JH: Próbuję sobie to rozplanować, jak w rozkładzie. Jest trudno, gdy obok Ciebie znajduje się kilka osób żyjących swoim życiem w tym samym czasie; życie rodzinne; próbujesz dokończyć nagrywanie; przygotować się do trasy; wrócić do dobrej formy, a do tego jeszcze dochodzą wszystkie te pierdoły w studio [śmieje się]. Siedzisz po prostu w studio, grasz na gitarze … nie mamy 25-cio metrowej sceny na podwórzu z tyłu, więc wciąż masz trochę tych bzdur na głowie. Lecz niech będzie co ma być, wyjeżdżasz w trasę i po kilku tygodniach ponownie jesteś w dobrej formie.
TS: Wydaje mi się, że okazjonalny, mniejszy gig jest dosyć fajną odmianą od dużych, masowych koncertów. Miałam szczęście widzieć jeden z waszych występów właśnie w takim stylu [Las Vegas, The Joint NYE 2003].
JH: Dobrze jest wykonywać jedno i drugie przez cały czas. Fajnie jest być obdartym ze sprzętu. Masz tylko połowę tego, co zwykle, jest nieco trudniej … obdarta Metallica nie jest tak bardzo obdarta jak Ci się wydaje. Gram na połowie sprzętu znajdującego się na scenie, trochę jak podczas próby, jest to naprawdę fajne. Nie martwisz się o efekty pirotechniczne, lub o oświetlenie, nie zastanawiasz się „dobra, w tej części sceny nie śpiewałem przez dłuższą chwilę.” Wiesz, lepiej się przyzwyczajam do mikrofonu, do całego koncertu, na którym będę występował i do wszystkiego wokół. Gdy stoisz na małej scenie, oto twój mikrofon. Idź i śpiewaj! Jest mniej obaw, lecz jednocześnie dużo chwil, kiedy … nie nudzisz się, że grasz na małej scenie. Męczę się nieco, gdy wychodzę na scenę, mam wszędzie mikrofony, cały czas widuję nowe twarze [śmieje się]. To jest miłe. Póki nikt Ci nie grozi, a jeśli tak, np. rzucając coś, możesz na chwilę zejść ze sceny.
TS: Dla was już nie gram, idę na drugi koniec sceny. Zachowujcie się!
JH: Taa, zachowuj się! [ponownie się śmieje].

TS: Jak było z pisaniem tekstów przez Ciebie na tą płytę??
JH: Myślę, że w ostatecznym rozrachunku zespół zaufał mi, że to, co proponuję jest w rzeczywistości czymś dobrym. Mogło mi to zająć trochę czasu. Gdy już stracę ten twórczy zapał, to trochę czasu mija nim ponownie wdrożę się w ten stan. Nie tylko muzycznie, lecz także tekstowo tworzenie piosenek i łączenie ich fragmentów w jedną całość. Jest wiele aspektów dotyczących pisania piosenek, ja wolę osobiście pisać teksty i dobrze mi z tym. Ja je śpiewam, więc to ja muszę je czuć. Wiele razy podczas nagrywania muzyki lub tekstów nie było z nami Ricka Rubina. Wolałbym osobiście pojawić się u Ricka z nowo napisanym tekstem, usiąść i razem obgadać ten tekst. On mógłby … wiesz … to jego zaufane ucho … powiedziałby „W tym momencie może osoba trzecia brzmiałaby lepiej.” Razem byśmy po prostu rozważyli te sporne rzeczy i je określili. Rick powiedziałby mi, co wg niego współgrało ze sobą. Wiesz … mistycyzm tekstu, tajemniczość, gdy występują mocne słowa, lecz jakie one razem mają znaczenie? Mogą nic nie oznaczać, lecz można wyczuć w nich dynamikę, możesz wyczuć, że coś się zaczyna dziać, lecz nie wiesz do końca, co to jest. Tego typu rozmowa [z Rubinem]to było coś wspaniałego, móc pogadać o tym, czym nasze teksty są dla ludzi? Dlaczego się z nimi identyfikują? On może podejść do tego bardziej analitycznie, ja wiele razy nie, ponieważ wówczas było by to dla mnie bardziej jak praca. Ja chcę, aby to [nadal]wychodziło ze mnie pod koniec pracy nad utworem. Chcę, aby moje teksty łączyły się z ludźmi, ponieważ łączą się z tym, co ja czuję. To jest coś w rodzaju prostego rdzenia tego, co piszę.
TS: Jeżeli czułeś, że pisanie lub występowanie było pracą, to eliminowałoby to aspekt zabawy.
JH: Usiedliśmy i prześledziliśmy tekst. Próbowałem pisać w trzeciej osobie, zamiast ciągle w pierwszej, czy nawet nie tylko w pierwszej, drugiej lub w trzeciej. Próbowałem uczynić to bardziej zrozumiałym i anonimowym. Chciałem by tekst wrócił do mnie i powiedział mi coś, co wiem – to nie brzmi za dobrze, myślę, że tak będzie lepiej. Wówczas Rick powiedziałby coś … takich rund z tekstami piosenek było około trzech.
TS: Wow, sporo było pisania od nowa.
JH: Taa, z niektórymi piosenkami to było typowe, lecz nie ze wszystkimi. Były oczywiście i takie, których w ogóle nie tykałem, bo od początku były idealne. Dobrze się z tym czułem. Więc znalazły się na płycie … śpiewanie piosenek około osiem razy, sprawdzanie ich walorów. Następnie powracanie do nich i ponowne ich rozpatrywanie … „Hmm, wiem, że mogę to zaśpiewać nieco lepiej.” Robię więc to i owo … aby móc bardziej skupić się na moim wokalu. Rozmawiamy nt. harmonii i podobnych spraw, o tym jak w przeszłości niektóre nasze piosenki dobrze brzmiały będąc dobrze zharmonizowane, niektóre nawet tej harmonii nie potrzebowały. Jest coś w tej płycie, co sprawia, że harmonia się już nie mieści. Przemawia jednym głosem, jednym charakterem, co czyni ją dla mnie bardziej osobistą. Sądzę, że wszystko dobrze się ułożyło.
TS: Co było dla Was największym wyzwaniem podczas nagrywania tego albumu?
JH: Powiedziałbym, że największym wyzwaniem, jakie napotkaliśmy było zadecydowanie, które utwory mają się znaleźć na płycie. Decydowanie, co przemawia za wycięciem materiału a co nie. Wspaniale jest mieć za dużo materiału. Nie chcieliśmy, aby obróciło się to w kolejny „Load-Reload” gdzie mieliśmy około 14-16 piosenek. Dla mnie to jest za dużo. Chcieliśmy powrócić raczej do „Ride The Lightning” i „Master Of Puppets” z jedynie ośmioma piosenkami, ze względu na pojemność winyli. Wystrugaliśmy 10 utworów.

TS: Ta dziesiątka stała się magiczną liczbą?
JH: Cóż, oto jak udało nam się wpasować w te nasze pierwotne założenia. Jest kilka piosenek dłuższych niż siedem minut. Lars i ja często omawiamy ich długość. Podczas koncertów osobiście wolę grać więcej krótkich utworów, niż powiedzmy 10-15 dłuższych. Może tak być, ponieważ to ja jestem wokalistą, śpiewam w wielu różnych tonacjach lub zwyczajnie … miewam wiele różnych odczuć podczas gry. Przy krótszych się mylę, „Hej, grasz ten riff cztery raz, zagraj go dwa razy”. Skróćmy go i skoncentrujmy, niech będzie mocniejszy. Lars wierzy, że więcej znaczy lepiej. Pasuje mi to, jeżeli jest to długi utwór, mądrze rozciągnięty tak, aby nie brzmiał zbyt długo, wówczas nie ma to większego znaczenia. Nie skracamy i nie edytujemy naszych piosenek tak, aby nadawały się do puszczania w radio. W zasadzie jest to dla nas wciąż otwarty temat, robimy wszystko, co tylko chcemy. Jest to jedna z rzeczy, o które się spieramy [śmiech].
TS: Zawsze odnosiłem takie wrażenie, że jeżeli słucha się dobrej piosenki to nie zwraca się uwagi na jej długość.
JH: Tak, dokładnie.
TS: Czy musiałeś całkowicie odrzucić jakiś utwór z powodu opinii Ricka na jej temat?
JH: Cóż, były takie utwory, które edytowaliśmy, ponieważ były zbyt stłumione w porównaniu do pozostałych. Choć mogły być wspaniałymi utworami. Jest jedna, nad którą będziemy pracować. To, co mamy, to nasze „rzemieślnicze” narzędzia, nimi będziemy ulepszać naszą pracę, aby uczynić ją tak dobrą jak inni to robią. Niekiedy możemy coś usprawnić, niekiedy nie. Pamiętam jak na początku byliśmy trochę ślepi i mówiliśmy „Coś jest nie tak”. Teraz potrafimy sprawić, że wszystko brzmi dobrze, lecz czy jest to czymś wspaniałym? Jeżeli nie, to nie znajdzie się to na płycie. Jest to dość proste. Było kilka rzeczy, które nas zadziwiły podczas pracy z Rickiem i kilka, które nas wcale nie szokowały. Tak to cały czas wygląda, moglibyśmy napisać piosenkę, którą trzech z nas by lubiło, podczas gdy Lars nie. Lub w drugą stronę. Tamtym trzem coś by się podobało, a ja nie byłbym w stanie tego znieść. Tak się sprawy mają i jest dobrze. Chcemy pisać kawałki, które cała nasza czwórka będzie popierać i bronić. Zatrudniliśmy Rickaw pewnym celu. Ma dobre ucho i wyczucie. Nie przywiązuje się do utworów, czy do zespołu. Nie miał wkładu w ich pisanie, więc nie traktujemy tego osobiście. Podchodzi i szczerze mówi „To jest wspaniałe. Tego powinno być więcej, ale tego już nie”. Proste.

TS: Rick Rubin zdaje się być kompetentny w tym, co robi.
JH: Dokładnie taki jest. On nie chce skupiać się na detalach. Zawsze może powiedzieć „Zrób przejście w tą część, a ta ma być modulowana.” Potem może do tego wrócić i powiedzieć coś w stylu „ta część nie jest dobra, ale może gdybyś tak ją podwoił’, albo „wróćmy do poprzedniej wersji tej części.” Było to trochę jak podmuch świeżego powietrza, słysząc to tak prosto z mostu. Myślę, że wszystko się dobrze potoczyło. Podczas gdy my jesteśmy w Europie, materiał jest mixowany w studio. Taa, to będzie … cóż, długo nie braliśmy w tym udziału. Zazwyczaj braliśmy w tym udział. Sądzę, że będzie dobrze dla nas, jeżeli na chwilę sobie odpuścimy. Niech Greg Fidelman czyni swą magię, jest inżynierem dźwięku, on się tym zajmie. Jest nastawiony na to, co lubimy i czego nam potrzeba. Jest nastawiony na to, co Rick Rubin lubi i czego potrzebuje. Więc jest typem kompetentnego człowieka, co jest wspaniałe. Nie musimy martwić się o to, co Rick będzie o tym myślał, ani Rick nie będzie musiał martwić się, że walczymy z nim w jakiejś sprawie. Greg zajmie się mixowaniem, też jest gitarzystą, potrafi uzyskać fajne brzmienia i to jest niezwykle pomocne.
TS: Założę się, że trochę was to stresowało.
JH: W zasadzie tak, Rick nie patrzył nam na ręce. Przychodzi i mówi„Spróbuj tego, tego i tego, ja wrócę jutro.” Lub nawet przez telefon, lub SMS-a. Nie ma go z nami … co jest innym sposobem pracy. Bob był z nami cały czas. Greg grał na gitarze w zespole, który się nazywał Rhinobucket, więc zna się na gitarach i całym osprzęcie. Dobrze mi z tym, gdy ja tworzę riffy, dobrze jest wiedzieć, że on jest ze mną i nie jest to ode mnie zależne. Czy ten dźwięk się tam zmieści? Wiem, co lubię, ale on znacznie mi pomógł z wieloma brzmieniami.
TS: Czy eksperymentowanie z dźwiękami gitar było udane i jak to przebiegało?
JH: Taa, to było dokładnie tak. Odsuwasz się od czegoś i zaczynasz myśleć, że masz coś lepszego. Gdy powracasz na stare śmieci, czujesz się idealnie. Gram tak, jak mi to odpowiada. Les Paul to wspaniała gitara, lecz Explorer lepiej mi pasuje do ciała … do mych kurzych nóg [śmieje się]. Wspaniale było wyciągnąć te gitary. Podczas sesji zdjęciowej ktoś zaproponował, aby wziąć te najbardziej rozpoznawalne gitary. Co miał na myśli? Może Flying V lub Explorer …[pokazuje]wyciągnąć je i zagrać na nich. Gra na nich jest wspaniała. Za każdym razem, gdy jestem w studio, muszę ograć wszystkie nowe wzmacniacze, które tam są. Jesteśmy za to wdzięczni, gdy ludzie mówią nam „Hej mam nowy wzmacniacz, musisz go wypróbować!” Więc wysyłają je do naszego studio. A gdy pojawiam się tam, to wydaje mi się jakbym wchodził do sklepu muzycznego. To jest taki czad … i cały czas … wydobywa to ze mnie dzieciaka. Jakbym był właścicielem tego sklepu i w każdej chwili mógł podpiąć się pod dowolny piec i grać tak głośno, jak tylko chcę [śmieje się]. A pod koniec pracy każdy utwór jest nagrany na ty samym piecu. Wzmacniacz Mesa Boogie Crunchberries, którego używaliśmy od czasów „Ride The Lightning” podczas nagrywania każdej płyty, pokazał się i tym razem. Jedyną różnicą jest to, że na tej płycie gra Flying V, tak samo Explorer i Les Paul Iron Cross, nazywamy go „Uncle Milty” i to wszystko. Brzmi grubo.

TS: Jak trudne było mieszanie rodzinnych obowiązków z terminarzem nagrywania?
JH: Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że trzeba być dobrym tatą, a jednocześnie uczestniczyć w życiu Metalliki. Niemożliwym do zapomnienia dla nas jest to, że to, co robimy … jest naszą siłą napędową. Rodzina jest priorytetem, lecz to było łatwe do ustalenia. Wszystko może się przedłużyć i to znacznie przedłużyć. Trasa z pewnością się przedłuży. Ponownie możemy być w trasie przez dwa lata. Będziemy grać przez twa tygodnie, a następnie przez kilka tygodni odpuścimy sobie. Nie możemy być z dala od naszych dzieci przez dłużej niż dwa tygodnie. Dobrze jest móc robić coś wg wstępnych założeń, wiem, że temu podołamy. Mamy tak wiele możliwości łączenia się z fanami – poprzez fan club i ich zadowolenie w trasie.
TS: Udaje Ci się dotrzymywać tych terminów i balansować pomiędzy rodziną a zespołem?
JH: Tak, zdecydowanie. Jestem szczęśliwy będąc tak na scenie jak i w domu.
TS: Z czego na tym albumie jesteś najbardziej dumny?
JH: Wow [długa pauza]. Okładka nie jest jeszcze zrobiona. Mamy kilka niesamowitych pomysłów na okładkę i promocję płyty. Sposób pakowania będzie rewelacyjny. Powiedziałbym, że to, z czego naprawdę jestem dumny to cała nasza czwórka ze swoim wkładem w tą płytę. Przeszliśmy przez to bez żadnego zbędnego ubytku krwi, nikt ze złością nie wychodził ze studia, lub histeryzował … no dobra, może tylko kilka razy [śmieje się]. Przeszliśmy przez to bez większych katastrof. Przeszliśmy przez to jak dorośli ludzie i mamy najlepszy album od „Czarnego Albumu”. Tego będę się trzymał. Jestem z nas dumny, z utworów, które nagraliśmy, ich tekstów, muzyki, którą stworzyliśmy. Jestem dumny z tego, że słuchaliśmy się nawzajem i byliśmy w stanie zrozumieć, że każdy też ma swoje życie i akceptowaliśmy każdego za to, jakim jest i za to, że stał się silniejszy.

TS: Jak ważne jest słyszeć od kogoś „Taa, warto było tyle czekać”?
JH: Wiesz, mógłbym skłamać i powiedzieć, że nie obchodzi mnie zdanie innych ludzi. Lecz gdy po ciężkiej pracy, gdy wyciągasz z siebie swe serce i wyciskasz je w nowy album, nie możesz zaprzeczyć temu, że czujesz się rewelacyjnie słysząc „To brzmi niesamowicie”. Czujesz się wspaniale, gdy ktoś mówi Ci coś takiego. Czuje się dumny z tego, gdzie w swoim życiu się znalazłem, jestem dumny z tego, jak Metallica żyje. Wydaje mi się także, że skoro wszyscy przeżyliśmy tak długo i wciąż tworzymy rewelacyjny materiał, który porusza ludzi, to mnie to wystarczająco satysfakcjonuje. Nie męczy mnie to. Pewne jest to, że usiądziemy razem i przesłuchamy to setki razy. Do momentu aż ktoś wejdzie do pokoju słucha się tego inaczej. Słucha się tego inaczej, ponieważ obok znajduje się inna para uszu. Przeżyjemy to, że komuś coś nie będzie się podobać, ponieważ są na tej planecie ludzie, których nigdy się nie zadowoli. Są na tej planecie ludzie, którzy nie ważne jak wiele im dasz, wciąż chcą więcej. Pod koniec pracy nad tym albumem czujemy, że mamy coś, co nam odpowiada, co będzie odpowiadać najtwardszym krytykom i co jest dobre dla wszystkich pozostałych ludzi.
TS: Opisz nowy album używając tylko jednego słowa.
JH: Powiedziałbym: silny. Od utworu instrumentalnego, poprzez balladę, do bardzo szybkich kawałków, wszystkie utwory są zróżnicowane. Ustawiłbym je przeciwko innym z poprzednich płyt tego typu. „Ta ballada przeciwko ‘Fade To Black’, ta ballada przeciwko ‘Bleeding Me’, ten utwór przeciwko ‘Master Of Puppets’, ten natomiast przeciwko ‘Enter Sandman’.”

TS: Więc jest instrumental na nowej płycie?
JH: Tak, mamy instrumental na tej płycie. Spośród dziesięciu utworów jeden jest instrumentalem. Jest wiele wspólnego z początkami „Master Of Puppets”, gdzie istnieje rozmaitość piosenek. Wszystkie są mocne. To właśnie czuję: teksty niemożliwie silne, melodie również mocne i obejmujące całość brzmienia. Jedyne, co szpeci całokształt to nasze durne twarze [śmiech]. Szczęśliwie, bez włochatych, białych marynarek.
TS: Scena metalowa, w szczególności w USA, zdaje się rozwijać. Czy uważasz, że będzie to miało wpływ na wypuszczenie nowego albumu i jego odbiór?
JH: Zdaje się, że jest to 20 letni cykl. Lata 80’te wracają. Rodzice mają dzieci, które pamiętają coś z przeszłości. Niektóre zespoły tworzą podwójne solówki, jak i inne zagrywki z lat 80’tych czy 90’tych. To jest wspaniałe. Jestem bardzo szczęśliwy z tego, że metal powraca i jest bardziej popularny – dla mnie nigdy nie był niepopularny [śmiech]. Coraz więcej go słyszę w radiu, coraz więcej czytam o metalu i gram w wielu miejscach. Gdy w latach osiemdziesiątych dorastaliśmy w San Francisco, zbieraliśmy się w małej grupie. Trzymaliśmy się z naszymi kumplami w skórzanych kurtkach i było dobrze, czułeś się częścią czegoś. Zdaje się, że to wraca, dobrze mi z tym. Prawdopodobnie jest to najlepszy czas dla Metalliki, aby powrócić z czymś świeżym i pomóc w rozwoju metalu.
TS: Dokładnie. Czuję się teraz tak, jak poprzednio podczas wydania „Czarnego Albumu”.
JH: Też mi się wydaje, że to cięższe z ciężkiego powraca. Rozmawiałem z Brianem Slagelem z Metal Blade, powiedział, że to teraz sprzedał najwięcej egzemplarzy od lat … więc to wraca. Szczęśliwie wypala się ten rodzaj metalu z ciężko brzmiącą gitarą, z ciężkim głosem, z mocną strukturą i melodią z muzyki popowej. Męczy mnie to. Słyszę setki zespołów, które brzmią tak samo. Teraz słucham coraz cięższych brzmień. Mają charakter i sprawiają, że ta muzyka jest ponownie rozpoznawalna. Lars wczuł się w ten klimat retro. Ja, wnosząc stare brzmienie gitar, mogę być sposobem na wyrównanie tego klimatu retro. Przynajmniej nie mamy już białych skórzanych marynarek [śmiech]. Wiesz, tak Lars działa. Obsesyjnie zajmuje się tym, co ja, lecz w inny sposób. Przywiązuje się obsesyjnie do jakiejś osoby, chcąc wyssać z niej to, co ona ma w sobie i możliwie najwięcej się nauczyć. Tak się napędza. Axl Rose i Kid Rock są ludźmi tego samego pokroju. Lars chce zadawać się z takimi jak oni myśląc, że czegoś się od nich nauczy, bez wątpienia tak będzie … lecz niestety otrze się o ich styl ubierania się [śmieje się].
TS: Powrót lajkry! [Oboje się śmiejemy].
JH: Taa, niech tak będzie. Jeśli to w ogóle robi jakąś różnicę… Lars jest naszym małym chomikiem. Zbiera absolutnie wszystko, ma gazety z trasy, listy cateringowe zewsząd … gig z Akron z 1988 roku, czy listę cateringową z 1986 roku. Zbiera wszystko, więc nie jest dla nas zaskakujące to, że Lars nie odpuszcza zostawienia jakiegoś riffu, który według niego potem może być dobry. To jest nasz chomik.
Ja staram się żyć prostolinijnym życiem. Męczy mnie gromadzenie staroci. Męczy mnie kolekcjonowanie czegoś. To, co teraz mam, jest tym, czego teraz potrzebuję. Proste. Jeśli potrzeba nam nowego riffu, to pomyślę potem o takowym. Dla Larsa odkładanie czegoś na później jest trudne. Opcje. Najważniejsze są opcje, co ma swoje pozytywne strony jak i negatywne. Nie ma wątpliwości, że Lars i ja różnimy się od siebie i że jest nam dobrze ze sobą w zespole z jakiegoś powodu, przeciwności się przyciągają. Dla mnie wiedza, że mogę pochwalić się potem nowym riffem – jestem za to wdzięczny i za to że mogę być pewien, że coś będzie tam, gdzie powinno być.

TS: Czy jest coś, co zrobiłbyś teraz inaczej wiedząc, że proces nagrywania jest zakończony?
JH: Granie w „a co jeśli…” jest dla mnie bezsensowne. Ponieważ nie znaleźlibyśmy się tu gdzie jesteśmy bez tych wszystkich zrobionych już kroków. Wszystko działa z jakiejś przyczyny. Jedyną rzeczą, którą zrobiłbym inaczej i żeby miała ten sam rezultat, jest to, aby nie trzeba było zmagać się z tyloma różniącymi się utworami. Może album powstałby wcześniej, gdybyśmy nie musieli bezmyślnie męczyć się z tak wieloma kawałkami, a było ich więcej niż potrzebowaliśmy.
TS: Czy czułeś, że prezentowanie się jak „za starych czasów” przyniesie Ci ten najlepszy stan dla pisania/nagrywania albumu?
JH: Myślę, że tak. W zasadzie, Rubin mówił mi coś takiego „Rób to, co robisz najlepiej i znaj sposób, w jaki to robisz”. To tak samo jak z gitarami, uwielbiam grać, na Les Pualach, brzmią rewelacyjnie, lecz gdy wezmę Explorera, wówczas jest jeszcze lepiej i przypominam sobie, dlaczego wybrałem tą gitarę. Nie zapominam, co dobrego mam i myślę, że powrót do początków był pomocny. Nie stanę się ponownie prawiczkiem [śmiech]. Nie możesz cofnąć czasu tylko dlatego, że teraz wiesz za dużo. To, że wiesz skąd pochodzisz i że sprawiało ci to wówczas przyjemność wcale nie boli. Powinno się to nawet powtarzać, jeżeli wciąż coś nie pasuje. Chciałem, aby było to dla nas jasne od początku, że nie próbowaliśmy pisać kolejnego „Master of Puppets”, nikt nie jest w stanie na nowo napisać historii w ten sposób. Dokładaliśmy wszelkich starań pamiętając, jacy byliśmy lata temu, pamiętając to świeże uczucie głodu. Gramy utwory, które chcemy, aby nas reprezentowały. Takim ten album okazał się być.
TS: To tak jakbyś odwiedził ten czas z przeszłości, choć teraz jednocześnie mamy rok 2008, a ty nadal pozostajesz szczerym artystą.
JH: Dokładnie.
TS: Wszyscy z pewnością zaczerpną korzyść z tego wywiadu. Podzielisz się z nami jakimiś śmiesznymi historiami z studia?
JH: Niech pomyślę … Cóż, kiedy jesteś w studiu, zdarza się zapomnieć coś zjeść, znajdzie się też ktoś, kto krzyknie „czas na obiad” … około piętnastej! Wiec gdy zamawia się jedzenie i ktoś po nie idzie, wówczas nie ma możliwości, aby zamówienie było kompletne. Ktoś zapomniał moich frytek, nie taką sałatkę chciałem – zawsze znajdzie się kozioł ofiarny. Mogę tu dać pewną informację nt. tekstów. Jest taka piosenka podobna do „Of Wolf and Man” coś w stylu „polującego łowcy”. „Feel us breathe upon your face, feel us shift every move you make”. Taki jest tekst i gdy go śpiewam, czasami zapominam go przeczytać i śpiewam cokolwiek mi przyjdzie do głowy. Raz wyszło coś takiego „Feel us shift upon your face” … gdy to śpiewałem, brzmiało to jak „shit”. Finalnie wyszło to więc tak: „feel a shit upon your face” [’Poczuj, jak sramy ci na twarz / poczuj gówno na swej twarzy’]. Wow, to było wulgarne.
