Wydawać by się mogło, że o meandrach komponowania Death Magnetic przez Metallikę oraz wkładzie Ricka Rubina w dziewiąty studyjny krążek zespołu powiedziano już wszystko. Nic bardziej mylnego! W lutym 2008 roku, a więc na 8 miesięcy przed wydaniem płyty, James Hetfield na łamach So What! udzielił niekrótkiego wywiadu. Skupiając się na metodach pracy Ricka Rubina, swoich odczuciach na ten temat, a także relacjach z producentem i pozostałymi członkami zespołu. W wywiadzie James mówi również sporo o swym życiu osobistym, swoich demonach, dokonując w ten sposób swoistej spowiedzi. Oczywiście nie zabraknie też salw śmiechu Papy Heta!

Sylvie Simmons [SS]: Ten wywiad ma być o tym, gdzie się teraz znajdujesz w swym życiu i karierze. Dlatego też pierwsze pytanie będzie trudne: Jak się masz?
James Hetfield [JH]: W tej chwili czuję się w miarę dobrze. Jak na karuzeli życia, wznoszę się, dziś jestem trochę wyżej, to z powodu nagrywania wokali. Gdy nadchodzi czas na nagrywanie wokalu, staram się nastawić do tego.(śmiech) Myślę sobie, o mój Boże, zbliża się ta część – wiesz, staram się wątpić w rzeczy, które chcą przedrzeć się do mego umysłu. Lecz w przeciwnym wypadku, gdy kończę coś, jestem w stanie powiedzieć, że dobrze sobie radzę skoro zaczynam robić żarty w studiu, wtedy z całą pewnością jest dobrze. Domyślam się, że to, jak radzę sobie w studiu ma wpływ na to jak się czuję. (śmiech). Choć próbuję się od tego powstrzymywać. Lecz w mym życiu dzieje się teraz wiele wspaniałych rzeczy, czuję się dobrze móc widzieć je.
SS: Czy picie herbaty miętowej jest częścią nastawiania się do nagrywania wokali?
JH: Gdy przestałem pić, rzuciłem też palenie, przestałem pić kawę, próbowałem uwolnić się od wszystkiego, co mogłoby mnie dekoncentrować, aby oczyścić się tak bardzo jak to tylko możliwe, a herbata nie robi spustoszenia w mej głowie.
SS: Więc czy odpowiednie jest powiedzieć, że jesteś ekstremistą?
[Odpowiedzi Jamesa nie daje się usłyszeć przez jego ryczący śmiech]
SS: Ponieważ większość ludzi najpierw pozbyłaby się jednej z tych rzeczy, a potem kolejnej, aby zachować jakąś równowagę. Wybierasz wszystko albo nic?
JH: Wydaje mi się, że dla mnie to jest bardziej czarno-białe – jak każdego dnia stwierdza moja żona (śmieje się ponownie).
SS: Mam nadzieję, że robi to z uśmiechem, nie trzymając za sobą broni.
JH: Tak, tak. (nadal się śmieje).
SS: W takim razie dobre z was małżeństwo.
JH: Taa, ona jest wspaniała. Wszystko mówi bez ogródek. Czasem jej wierzę. Czasem zajmuje mi to trochę dłużej, aby jej uwierzyć, lecz przez większość czasu Francesca jest w temacie.
SS: Pamiętałeś, że dziś są Walentynki?
JH: Co proszę? (śmieje się). A tak, absolutnie.
SS: To jest to święto poza urodzinami i rocznicą ślubu, o którym powinieneś pamiętać.
JH: Taa, jest kilka takich. Zależy jej – naprawdę bardzo zależy jej – na takich świętach. I lepiej abyś się pojawił tego dnia. Obchodzenie urodzin w weekend, wiesz, nie bardzo, to musi być odpowiedni dzień. Więc tak też jest.
SS: Wróćmy do tematu nowego albumu, który tworzycie wraz z Rickiem Rubinem. Wiem, że to, co Rick lubi robić – tak właściwie to jest to jego klucz – to wydobywanie esencji artysty. Jednym ze sposobów jest zmuszanie do pisania, pisania i jeszcze raz pisania aż do momentu, w którym on sam uzna, że uchwyciłeś to, co on uznaje za twą esencję. Tobie też zdarzało się takie ciągłe pisanie dla Ricka?
JH: Bywało tak już zanim zaczęliśmy pracować z Rickiem. Wydaje mi się, że jak tylko coś zaświta w głowie, to zaczyna się nagrywanie. Większość materiału na tą płytę nagraliśmy w trasie, wiele riffów nazwaliśmy roboczo „To jest riff z Glasgow, ten to jest Casper” – mamy utwór roboczo nazwany Casper. [Finalnie utwór ten uzyskał nazwę „The Day That Never Comes” i jak wszyscy wiemy, trafił na Death Magnetic – red.]
SS: Gdzie mieści się Casper?
JH: W Wyoming.
SS: Słyszałam jedynie o przyjaznym duszku o tym imieniu. Nie wiedziałam, że istnieje miasto nazwane jego imieniem!
JH: [śmieje się] Przyjazny duszek … nie tak straszny jak być powinien, jeśli chodzi o tekst utworu. Mamy wiele tytułów pochodzących od miejsca, w którym powstały, pisaliśmy i składaliśmy wszystko do kupy, odkąd rozpoczęliśmy trasę. Zbieramy riffy, następnie przesiewamy je w HQ. Mieliśmy 20 niepasujących do reszty piosenek, więc zredukowaliśmy ich ilość, wtedy przyszedł Rick i jeszcze bardziej je okroił, tak, że mamy ich 14. Chcemy ukończyć te 14 utworów i zobaczyć, co się wtedy stanie, zobaczyć, które nadają się na płytę.
Szczęśliwie wszystkie są dobre, lecz nie chcę … nie chcę kolejnego „Loadu”, „Reloadu”, czy „St. Anger”, nie chcę tego przeładowania muzyką. Trochę to się rozcieńczyło. Rick stara się uchwycić nasze wcześniejsze dokonania, „Puppets” czy „Lightning” mające około ośmiu piosenek. Osiem mocnych piosenek. Nawet „Czarny Album”, wiesz, dziesięć, dwanaście utworów.
Jestem zmęczony tym ciągłym … wiesz, za dużo tego. W szczególności, gdy chodzi o pisanie tekstów. Wszystko zaczyna się przerzedzać. Wolę mieć osiem piosenek z potencjałem i je wydać. A Rick jest dobry w, jak określiłaś, wydobywaniu esencji artysty, i to jest właśnie motyw działania Ricka, nie ważne, z jakim zespołem pracuje, od Bestie Boys do Neil Diamond.

SS: Jak zapewne wiesz, Rick jest niczym największy fan muzyki i czasami wydaje mi się, że jako fan, ma wyrobione zdanie nt. tejże esencji artysty, tego, jaka ona jest. Dla przykładu, u Johnny’ego Casha to była ciemność. Zastanawiam się, co jeśli Rick postrzega esencję Metalliki jako gniew. Jeśli tak, to czy potrafisz poradzić sobie z tym gniewem, jeśli Rubin wyciągnie go z Ciebie?
JH: Hmm, wiesz, ten gniew … ten gniew jest we mnie. Zawsze tam będzie, zawsze będzie dla mnie czymś, z czym będę musiał sobie jakoś radzić. Nie muszę go namawiać, aby wyszedł ze mnie. Nie muszę go szukać (śmiech). On tam jest. Jestem znacznie szczęśliwszy, gdy ten gniew nie znajduje się na czołówce w mym życiu. Choć wiem, że wielu ludzi jest związanych z tym gniewem (w Metallice). Nie mam problemów z robieniem następnego kroku, wiesz, zdania sobie sprawy z istnienia tego gniewu, co teraz mam z tym gniewem robić, jak sobie z nim radzić?
Mam nadzieję, że nie jest to esencją Metalliki. Myślę, że Metallika jest ekspresją życia lub tym, co teraz czujesz, cokolwiek by to nie było. I to jest właśnie trudne, gdy ta definicja nie chce się łączyć, dla przykładu, z ‘esencją’ Ricka Rubina. Można się z tym odurzyć – „Dlaczego my za nim podążamy? Dlaczego on nami kieruje?”, „On ma niemałe doświadczenie i wydaje mi się, że nie jest to dziełem przypadku. On potrafi wydobyć coś z ludzi”. Wiele razy jest tak, że coś jest dla niego białe lub czarne. Praca nad tekstami z nim często wygląda tak: „To jest dobre. Daj więcej tego”. W opozycji do (poprzedniego producenta Metalliki) Boba Rocka, który by powiedział: „Spróbuj podejść bardziej w górę i to wydłużyć”. On pozwala mi to wszystko zauważyć. Mam trochę więcej czasu … Rick jest nasza zaufaną parą uszu. Tylko jedną parą, zato bardzo cenną dla nas. Postrzegaliśmy tysiące sposobów dawanych nam przez innych ludzi na całym świecie. One mają związek z innymi sposobami.
To, o czym ja i on rozmawialiśmy, a ma to dla mnie sens, jest mistyczne, jest pewnego rodzaju tajemniczą wiadomością, mającą swe miejsce. Opis jest zrozumiały, ale sam nie wiesz, co on oznacza. To wzbudza pewne wyobrażenia, różniące się między sobą, nie wiesz czym to do końca jest. Każdy sam może tworzyć swe wyobrażenia na temat tego, co piosenka lub tekst oznacza. To jest jedna z rzeczy, na których Rick kazał mi się skupić. Im dłużej leci muzyka, tym częściej z jego ust słychać słowo „zajebiste” (śmieje się). Wiesz, „To nie jest wystarczająco zajebiste”, wtedy ja mówiłem coś jakby: „Ok.”.
SS: ‘Zajebisty’ odnosi się do rozgniewany?
JH: Taa. Cóż, ‘zajebisty’ oznacza … Hmm, osobiście postrzegam je bardziej jako: coś się dzieje, coś się zaraz posypie, coś zaraz padnie. Raczej nierozgniewany, lecz z pewnością ma moc. Lecz oczywiście, że tak, gniew ma w tym swe miejsce. Nie ma wątpliwości, że gdy wszystko nagle się wali, gniew jest jedną z tych rzeczy – przynajmniej w moim przypadku – która się uzewnętrznia. Zakrywa strach.
SS: Powiedz coś o tekstach, które pisałeś – jest coś, czym może sam siebie zaskoczyłeś, może zaskoczyłeś się czymś do tego stopnia, że nie chciałeś pokazać tego Rickowi, w razie gdyby on nie uważał to za dzieło Metalliki?
JH: To jest kolejna rzecz, na której temat mogę rozmawiać wiecznie: „Czy to jest Metallica”? Boże, jeżeli nie potrafimy napisać tego, co można by nami nazwać [Metalliką – red.] wówczas oznaczałoby to, że straciliśmy wątek. Gdy, jako przykład, idę do studia nagrywać wokal, myślę, że mój głos różni się od tego na „Kill ‘Em All” – moja żona śmieje się za każdym razem, gdy słyszymy naszą piosenkę w radiu, „Kto to, znasz tego nastolatka?” – więc chęć uchwycenia tego jak wtedy brzmieliśmy, jest jak … „Dlaczego my to robimy? Żyjemy w teraźniejszości. Jesteśmy sobą z dnia dzisiejszego. Tak brzmię, nie inaczej”.
Lecz rozumiem to, że niektórzy ludzie trzymają się tego. Przynajmniej brzmieniowo wokale, wiesz, wróciliśmy do strojenia na poziomie 440 Hz, to jest nieco wyżej i trudniej. Nasze koncerty dostrajane są do częstotliwości E-flat, czyli nieco niżej, łatwiej jest mi śpiewać, gdy stoję na scenie od trzech godzin (śmiech). Nie prosimy Larsa, aby wrócił do tego gównianego brzmienia perkusji z „Kill‘Em All” i aby nie grał tak dobrze. Tylko, dlatego że wówczas to była nasza esencja.
SS: Czy ja właśnie usłyszałam, że ‘Lars nie grał dobrze na perkusji na początku’? Czy dobrze słyszałam?
JH: [śmieje się bez opamiętania] W przeciwieństwie do …
SS: … geniusza, którym się stał?
JH: Taa. Co do powracania do przeszłości, odtwarzania tego teraz, to zaczyna być … to siedzi w mej głowie, nie w mym sercu. Wiem, że on nie chce abyśmy tacy znów byli. Chce abyśmy to czuli. Mrużę oczy i myślę ‘ok, oto jesteśmy, „Master of Puppets”. Siedzimy w naszym garażu w El Cerrito, śmierdzący garaż z wyłożonym przemokniętym i stęchłym dywanem, a my piszemy „Master od Puppets”, o czym myślimy, czego słuchamy?’ Wszystkie te rzeczy – co nas zainspirowało? Dobrze pamiętam, co to było, lecz nie czuję już tego. Nie jestem prawiczkiem. Nie potrafię przeżyć tego na nowo. Tak to już jest.
Lecz wczuwanie się w to podekscytowanie, młodość, chęć zaimponowania lub podbicia czegoś, wiesz, chęć walki. Oto jest walka. Wydaje mi się, że Rick chce abyśmy to właśnie poczuli. Może tylko ja, lecz czuję to przynajmniej z Larsem i samym sobą, dochodzisz do pewnego wieku i wszystko się układa ‘Dobra, wszystko jest ok. Może nie będziemy już tak często jeździć w trasę, może to, może tamto, zasłużyliśmy sobie na chwilę luzu”. Z kolei druga część mnie myśli „ok, to jest początek końca, gdzie siedzę na kanapie i oglądam rozdanie nagród Grammy, patrzcie na mnie” wtedy zmieniasz się w tłustego starca. Bez wątpienia nie chcę tego.
Tak szybko jak tylko znajdziemy się w trasie, wszystko to zniknie. Widzisz zespół taki jak Avenge Sevenfold, lub jakikolwiek inny, chcesz wstać ze swojego wózka inwalidzkiego i zareagować „ Pierdolcie się, tak to się robi!” (śmiech). Lecz gdy siedzisz w studio, jesteś zdany na siebie. Nie inspirujesz się innymi zespołami, które tylko czekają by skopać Ci tyłek. Tak, więc próbowanie odnalezienia inspiracji z przeszłości wydaje mi się być tym, na czym skupia się Rick.
SS: Spędzałeś pół tygodnia z Metalliką i drugie pół z rodziną, zgadza się?
JH: Dokładnie tak.
SS: Zawsze myślałam, że aktor, który kręci film będzie bardzo często poza domem, aby nie utracić więzi ze swoją rolą. Z tego, co powiedziałeś zakładam, że różnisz się o siebie samego, jako James Hetfield – członek Metalliki i James Hetfield – głowa rodziny. Potrafisz opisać proces wdrażania się w te dwie role?
JH: Oczywiście. Byłem niezwykle podzielony – tam mogłem mieć życie rodzinne, tutaj mogłem mieć siebie podczas trasy i próbować oddalić te dwa światy od siebie tak bardzo jak tylko to jest możliwe. A to… powodowało dużo problemów.
SS: W domu czy w zespole? A może tu i tu?
JH: Tu i tu. Wiesz, co mam na myśli. Próbowanie pogodzenia tych dwóch sfer życia nawet się udawało. Lecz wiem, że gdy oddaję się nagrywaniu, nie myślę już o dzieciach, czy o tym jak wspaniale wszystko się układa. Myślę sobie „Zajebiście!” (śmiech) rozumiesz? Lecz ogólnie jest dobrze. Dobrze, że te dwie strony się znają. Moja żona często się z tego śmieje mówiąc „ dobra, idź i rób te swoje rzeczy”. Trochę mnie to denerwuje. Zazwyczaj reaguję mówiąc, hej to coś, co robię to moje życie i moja pasja, poza rodziną, może w tym być trochę zazdrości, kto wie? Wygląda na to, że wszystko ze sobą współgra.
Lecz gdy jadę do LA i nie ma wtedy ze mną rodziny, wówczas jest znacznie łatwiej mi wczuć się w rytm ‘frontmana Metalliki’. Łatwiej się pisze. Chodzi nie tylko o przebywanie w innym miejscu, lecz także o bycie samemu, to jest mój klucz w pisaniu tekstów. Ciekawe jest to, że mogę czuć się samotnie znajdując się w pokoju hotelowym w Malibu, potrafię wczuć się w ten świat, zamknąć się w swej bańce, cokolwiek bym wówczas robił i nadal czuć się dobrze będąc sam. W jakiś sposób czuję się wówczas dobrze. Wtedy idę do studia, wyrzucam z siebie to wszystko, idę do domu i już jest jakoś inaczej.
Nigdy nie rozumiałem jak ludzie, lub inni pisarze, lub też ludzie znający tychże pisarzy, mogą mówić „Musisz się udać nad jezioro Tahoe, aby się wyciszyć i w spokoju pisać” albo „Idź na spacer, zobacz góry i zainspiruj się nimi”. Zazwyczaj reaguję, „Co? Nie pisze o górach”. Nie jestem typem człowieka, który … wiesz. Przyroda nie będzie na mnie oddziaływać tylko dlatego, że się przewietrzę, wejdę do jaskini czy coś w tym stylu. Zauważyłem jednak, że nawet gdybym zamknął się takiej jaskini, wówczas nawet odgłosy otoczenia miały by na mnie wpływ, tak samo jak ludzie. To tak jakby pracowały z nami pewne osoby, w których obecności, naglę przyspieszam, nie wiedząc jak i dlaczego.
Może jest we mnie chęć rywalizacji, coś, co mówi, że on jest „słabszy ode mnie”. Już lepiej wolałbym dowieść im, lub całemu światu, swej przydatności. I jest dobrze, jest fajnie, pomaga mi to iść na przód. Wiesz, wow, oni naprawdę mają rację w swych przekonaniach a ja mam zamiar pokazać im, że też mam rację. Pokażę im to wraz z Rickiem w studio. Pokażę to poprzez moje teksty, wiedząc, że niektóre z nich mogą nie zachwycać. Nie boję się pokazać tych tekstów, lecz cały czas będę się nim przyglądał pod różnymi kątami i siedząc wraz naprzeciwko Ricka powiem „Wow, to nie jest… nie jest wystarczająco dobre. To słowo trzeba zmienić. To i to”.
SS: Perfekcjonizm idący w parze z niepewnością?
JH: Jest we mnie perfekcjonista, bez wątpienia. Bez wątpienia ma to swoje dobre jak i złe strony. To mnie napędza. Sprawia, że idzie mi coraz lepiej. Muszę sobie zaimponować. Lecz muszę zdawać sobie sprawę z tego, że dzięki porażce też się uczę. Nie mogę, wiesz, nie chcę zniszczyć siebie samego z tego powodu, choć potrafię. Naprawdę, naprawdę potrafię mówić do siebie rzeczy gorsze niż do mych wrogów. Wyzywać siebie od najgorszych, samemu się znieważać, nienawidzić się itp. Muszę po prostu… nazywam to aksamitnym młotem. Muszę być dla siebie miękki, lecz jednocześnie stanowczy.

SS: Ta jaskinia i bycie samotnym sprawia, że zaczynam się nad tym zastanawiać. Zawsze zdawałeś się być samotnym wilkiem. Z drugiej strony jednak, masz bardzo zawiłe związki z jedną grupą ludzi, twoją rodziną a także z inną grupą ludzi, czyli z Metalliką. Oto więc mamy wilka w dwóch różnych stadach. Starannie utrudniałeś sobie życie, naprawdę.
JH: (James śmieje się wrzeszcząc) O rany, muszę się położyć! Dzięki za to. (śmiech) To co mówisz ma wiele sensu. Cześć! (James wita Roberta, który właśnie przeszedł obok).
SS: Wszyscy słyszeliśmy o twoim dzieciństwie, nie miałeś dobrego ojca, lecz jesteś dobrym ojcem dla siebie, dajesz sobie klapsa?
JH: Taa. To jest poważny cios, lecz nie powali mnie ani nie utoczy mi krwi, prawda? (śmiech) Więc rywalizuję z samym sobą oraz z innymi otaczającym mnie ludźmi – tak samo jak Lars. A inni ludzie – jak np. Robert, który właśnie przeszedł, on ma inny sposób rywalizacji. Lars i ja tak jakby walczymy o przewodnictwo. A Rob nie, on siedzi z tyłu i nie narzeka. Dziwne to jest.
Natomiast, co do samotnego wilka… podoba mi się jak to brzmi. (śmiech) Samotny wilk, to brzmi tak majestatycznie, romantycznie i atrakcyjnie – bez więzów, z możliwością swobodnego poruszania się bez obaw o to gdzie się zje następny posiłek. Bez lęku, bez obaw. Lecz to nie ja. To jest część mnie, lecz boję się niektóre sprawy. Kocham moją rodzinę i potrzebuję jej. Pragnąłem jej – lecz także cierpiałem z jej powodu.
SS: Lecz udało Ci się posiąść umiejętności, które wielu ludzi chciałoby mieć – wtapianie się w otoczenie, wyizolowanie się w tłumie.
JH: Racja. Ponownie, balans. To ma swe pozytywne jak i negatywne strony. Czasami, gdy staram się skupić na tym, co jest teraz, ten mały grajek w mej głowie zacznie grać piosenkę i nagle tracę kontakt z rzeczywistością. Moja żona będzie coś do mnie mówić a ja nawet nie zareaguję. Słyszę ją, lecz… nie tylko ją. Tak, niekiedy potrafię podzielić uwagę, lecz…
SS: To się nazywa bycie mężem!
JH: Być może, zgadza się! (głośno się śmieje) Więc wiesz. Potrafię się wyłączyć. Lecz potrafię puszczać sobie te taśmy, których słuchać nie chcę. Tak jak wcześniej wspomniałaś o moim ojcu, który mówił „Nie jesteś wystarczająco dobry” itp. Jednakże lubię puszczać sobie muzykę. Kiedy jesteśmy w trakcie prac jak jakimś utworem, idę spać myśląc o nim, budzę się a on wciąż gra mi w głowie. I myślę sobie, że kocham to, podczas gdy jednocześnie przeraża mnie to. Nie jestem w stanie tego wyłączyć. Lecz musze zdać sobie sprawę z tego, że jest to dar. I, że pracowałem nad tym utworem całą noc, nie ważne czy znam go czy też nie.
SS: Jak się czujesz, gdy opuszczasz rodzinne życie i dołączasz do zespołu po pewnym czasie rozłąki. Nie ma w tym żadnych niezręczności lub przepychanek o pozycję a może czy po prostu wdrażasz się natychmiastowo?
JH: Kilka razy zauważyłem, że gdy po dłuższej przerwie po trasie schodzimy się z zamiarem pisania nowego materiału to pojawia się myśl od kogoś „Wiesz, nudzę się, może zaczniemy już pisać?” lub coś w tym stylu. Mógłbym znajdować się oddalonym miejscu, ale Lars jest gotowy, lub na odwrót. Końcu dochodzi do nas to, że znów się zejdziemy i to ja z nim siadamy i rozmawiamy o tym, co się u nas działo.
Zadziwiające jest to jak bardzo podobne do siebie są nasze życia. On mi mówi „Taa, myślałem o tym, to się dzieje w mym życiu”. Wygląda to tak jakbyśmy nie rozmawiali ze sobą od miesięcy, czasami nawet przez sześć miesięcy ze sobą nie rozmawiamy. „Wow, też przez to przechodzę” lub „ Zdarzyło mi się coś podobnego” to jest takie dziwne, to tak jakbyśmy nadal byli na tej samej stronie książki, nawet pomimo tego, że mamy bardzo różne style życia.
Wciąż są w nas rzeczy, które się na tym opierają… dojrzałość lub jej brak, wszelkie doświadczenie, którego nabraliśmy, są też te małe odrobiny tego, o co pytałaś, „kto jest alfa, kto jest beta?”. Tak. A co do Roba i Kirka, nie ma pomiędzy nimi żadnego sporu. Wiesz, oni po prostu przychodzą i są uległymi sukami. (śmieje się, żartując w oczywisty sposób)
SS: Podoba mi się to. Każdy zespół potrzebuje dziwek. (krztusząc się ze śmiechu)
JH: Nie! Oni są – oni są sobą. Nie odgrywają ról. Nie mają potrzeby bycia na szczycie grupy. Wiedzą, że są dobrzy w tym, co robią, koniec pieśni. Ja i Lars cały czas musimy, co by to nie było – strach, brak poczucia bezpieczeństwa, musimy odgrywać ten teatrzyk. I tak też robimy. Czy to, wiesz, może to być zaledwie kilka słów … „Ok, udław się”. Wiesz.
SS: Wyobrażam to sobie.
JH: I nawet pomimo tego miłego „Hej, jak się masz?” i tym podobnych rzeczy, choć są niesamowicie miłe, niesamowicie, to zawsze będzie to podszyte napięciem. Zawsze tak jest. Wiem, że zawsze tak będzie.
SS: Więc gdy będziecie już starszymi dziadkami w bujanych fotelach, będziecie siedzieć sobie z małymi kocykami na kolanach i kłócić się o to?
JH: Taa. „Taa, mój koc jest fajniejszy niż twój!”, „Mój wózek jest szybszy!” Bałbym się gdyby mi tego kiedyś zabrakło. Wydaje mi się, że jest we mnie coś, co mówi mi, że wszystko się układa a ja i Lars znacznie łatwiej się ze sobą dogadujemy niż wcześniej a ten dialog przebiega w łagodniejszy sposób. Nadal jednak czasami jest tak, że „ Wydaje mi się, że tak powinno być. Ta piosenka powinna tak brzmieć” a on ma swoją wizję tego.
Jesteśmy dwójką różniących się ludzi z tym samym celem, nad którym pracujemy. Pracujemy nad tym celem a im większe jest napięcie pomiędzy nami tym lepiej. Ja chcę krótszych utworów. On chce dłuższych. Ja chcę więcej melodii. Lub chcę śpiewać w tej części utworu. „Nie, to jest część bez śpiewu”. Tak jest cały czas. Chcę, aby Lars grał coś trochę łatwiejszego w balladzie. Nie, on musi zrobić nić unikalnego, tylko po to, aby być unikalnym. I tak w kółko.
SS: Wracając do pracy z Rickiem Rubinem. Kolejną sprawą jest to, że Rick jest bardzo uduchowiony. Zastanawiałam się, skoro w dzieciństwie miałeś całkiem spore problemy z religią, czy jego uduchowienie i przebywanie w jego pobliżu nie sprawiało ci problemów?
JH: Cóż, wierzę w to, że duchowość jest częścią każdego z nas. Myślę, że jest to część… to jest sposób, w jaki należy żyć. Wiem to teraz. Religia jest… wydaje mi się, że religia i uduchowienie mogą żyć ze sobą, lecz mogą również być od siebie odseparowane. Wydaje mi się, że była we mnie część, która uważała, że, wiesz, że religia, jej zasady, są bez sensu, więc odrzuciłem religię. Teraz mogę się odnieść do tej duchowej części. Umiejętność do, wiesz… umysł nad materią, moc samoleczenia, rzeczy tego typu, bycie lepszym niż się jest. Religia dla mnie jest trochę zbyt wąska, zbyt klaustrofobiczna. Jest zbyt mała i narzucająca swe zdanie. Wiesz, duchowość nie wymaga innych ludzi, przynajmniej dla mnie.
SS: Religia jest niczym zespół, bardzo hierarchiczna. Jest wokalista, gitarzysta prowadzący, Ojciec, Syn i Duch Święty.
JH: Taa, być może. Niektóre religie takie są. Lecz te, które takie nie są, są moim zdaniem znacznie bardziej oparte na warstwie duchowej. A to, że Rick jest uduchowioną osobą to akurat bardzo mi pasuje. Wiesz, nie popadamy w skrajność o to czy o tamto, wiesz…
SS: Lubię te skrajności.
JH: Z jakiegoś powodu, sprawiają, że boli mnie głowa. Lubię świeżość. Lecz może pojawić się ta duchowa część, która jest trochę… musisz mieć swój ołtarz lub kadzidło, lub swojego Buddę, jakkolwiek by to się nazywało. Lecz bycie uduchowionym, poczucie bycia połączonym ze światem, poczucie bycia połączonym z jakąś wyższą mocą, dla mnie to jest ważne. Odczuwam to czasami w Ricku. Czasami nie jestem pewien. Prawie na pewno Rick ma dwie strony. Jedną jest ten głaszczący się po brodzie, chodzący boso gość siedzący na kanapie słuchający naszej muzyki, starający się być tak otwartym jak to tylko możliwe, a z drugiej strony jest gość w rodzaju „Zrobimy to po mojemu”.
SS: Alfa Zen.
JH: Taa. Alfa Zen, trochę to śmieszne. Wiesz, on nie dotarł do tego miejsca w swym życiu, w którym teraz się znajduje, dzięki latającemu dywanowi. A jednak mu się udało. Na przykład ja, gdy jadę do Malibu nagrywać wokale, wchodzę i od progu mówię „Kto tu jest gwiazdą rocka?”. Jadę do miejsca położonego blisko jego domu. Ani trochę mi to nie przeszkadza, lecz pomieważ czasami lubię się stąd wydostać. Mam na myśli to, że problemem jest fakt, iż mogę śpiewać tylko przez kilka godzin przez trzy dni z rzędu. I tak w kółko. Lecz, taa, wiesz lubię zapukać i przyjrzeć się tej jego duchowej części, z nadzieją, że to jest jej źródło.
Wiesz, jego otwartość na muzykę jest niesamowita. Przytłacza mnie tym swoim „Tak widzę początek utworu, a tak widzę go w tej części”. Muszę się zmusić do pracy a on po prostu przyjdzie i powie „Czy to tak musi być? A gdybyś tak powtórzył to lub tamto?” a ja na to „Jak ty możesz mówić to tak łatwo i nonszalancko?”. Mówi tak, ponieważ nie jest to przypięte łańcuchami do jego serca, tak jak jest przypięte do mojego. Jest w tym lekki jak albatros. Postaram się to wytłumaczyć w najprostszy sposób. On ma takie swobodne podejście do tego i w nim kocham – tą jego wolność, pojawia się w studiu i mówi „Wiesz, co? To nie jest zbyt dobre. A gdybyś tak to zrobił?” Człowieku, to otworzyło mi oczy na to, aby nie być tak przywiązanym do tego, czym to będzie dla Metalliki. Więc tak na poważnie, wiesz, czym jest teraz Metallica? Metallica jest tym, czym będzie następny album. Jeżeli coś będzie miało stempel „Metallica” to możesz być pewna, że to będzie Metallica.
SS: Wracając do ideologii Zen, wcześniej mówiłeś o życiu teraźniejszością, o tym, co jest teraz, jest to bliskie Buddyzmowi. W Chrześcijaństwie chodzi bardziej o przyszłość przed nami, lecz Buddyzm nie koncentruje się na przyszłości lub przeszłości.
JH: Taa. Przyszłość i przeszłość są dla mnie kłopotliwe. Przeszłość jest dla mnie… gdy myślę o przeszłości to zazwyczaj pojawia się żal, uraza, myślę o rzeczach takich jak np. to, że zostało mi odebrane. Albo, że wypijam truciznę, aby zranić innych ludzi, lecz to nie działa w taki sposób. Przyszłość jest dla mnie niepokojem. Zniosę obawę o coś, lecz ten niepokój nie jest dla mnie dobry. Chcę pozostać tu i teraz. Pójdę na przód, lecz nie za daleko. Taa, Buddyzm i Amerykańscy Indianie także. Dla nich nie ma przeszłości, nie ma przyszłości. Jest jedna ciągła teraźniejszość. I naprawdę… przeszłości tu nie ma. Ona nie istnieje.
SS: A teraźniejszość jest dobrym miejscem do egzystencji. Jeżeli jest zła, to nie przetrwa zbyt długo.
JH: Taa. Przeminie. Będzie dobrze. Wszystko znów się polepszy a potem pogorszy.
(Zrobiliśmy krótką przerwę na herbatę. Tym razem to ja zaparzam herbatę. James decyduje się na drugi kubek herbaty miętowej.)

Dzięki. Taa, to jest wygodne. Lecz w tym samym czasie, jeżeli nie podoba mi się teraźniejszość, to muszę być aktywny i starać się ją zmienić. Więc muszę ruszyć tyłek.
SS: Twoja praca z Rickiem Rubinem nasunęła mi na myśl Ricka i Jehnny’ego Cash’a. A to z kolei przypomniało mi o czymś, co zapisałam w swym notesie, gdy ujrzałam cię w Neil Young Bridge School rok temu, gdy Metallica grała tam akustyczny set. Zapisałam sobie, że gdy śpiewałeś to brzmiało to tak jakbyś chciał się zmierzyć z swoim wewnętrznym Johnnym Cashem.
(James się śmieje)
SS: Czy James Hetfield ma w sobie tą sekretną cząstkę, która śpiewa piosenki country pod prysznicem?
JH: Znam te kawałki, lecz nie jestem typem człowieka, który często śpiewa piosenki innych ludzi. Lubię śpiewać swoje utwory.
SS: Śpiewałeś wiele coverów w Bridge School.
JH: Taa. Lecz, wiesz, siedząc w domu, mam na myśli to, że wiesz, nie siedzę pragnąc być jak Johnny Cash. Podziwiam go i Walona i Williego, wszystkich tych ludzi. Ich usposobienie. Cholera, ich osobowość i to, że… wiesz, chciałbym być takim jak oni. A ludzie mówią, cóż to sobie chciej. To tak jakby przestać starać się być kimś takim jak oni, ponieważ ani trochę się nie udaje, jeżeli to ma jakikolwiek sens. Wiesz, siedzieć i próbować… „Ta partia śpiewu na początku utworu, ja i moja gitara, ja tylko śpiewam. Trzeba temu nadać treści”, „Co masz na myśli? Śpiewasz to, w tym tkwi cała treść”. Lecz ja nie jestem tak dobry… tzn. mam na myśli wszystkie te odzywki w stylu „Koleś, zamknij się!”. Oczywiście, że chciałbym usiąść z gitarą akustyczną i coś zaśpiewać. Już kilka razy to robiłem. W szkole moim dzieci, występowałem też na Music Cares MAP – a także w Bridge School, wszystko to było na zasadzie zabawy. Taa, lubię to, lubię tak grać.
SS: Byłeś kiedyś w takim momencie swego życia, że – wracamy do motywu samotnego wilka – myślałeś o rozpoczęciu kariery solowej? Nie mówię o typie wokalisty, który samemu pisze swe teksty jak np. James Taylor, lecz czy zdecydowałbyś się na taki krok?
JH: Nie. Nie. Nigdy, przenigdy. Chodzi o zespół. Mam na myśli to, że dorastałem słuchając zespołów.
SS: Wymieniając zespoły z plakatów z twoim pokoju, o jakich zespołach myślisz?
JH: Aerosmith, LED Zeppelin, Ten Nugent.
SS: Nugent jest solowym artystą.
JH: Taa. Cóż, Alice Cooper też. Można rozważać ich jako solistów. Mieli swoje zespoły. Mówiłem sobie „Będę grał w zespole”. W zespole. Nie mam zamiaru zostać solistą. Nie kręci mnie muzyka ludowa. Dla mnie granie solo wiąże się z muzyką ludową. Może podam kilka nazwisk. Tak jak powiedziałaś James Taylor lub Jim Croce. Lub Bob Dylan.
Nie miałbym nic przeciwko robieniu czegoś samemu, pewnie. Mam trochę wolnego czasu w życiu, aby samemu coś napisać, dla zabawy, jakkolwiek to brzmi, Metallikowo czy nie, co w sumie nie ma większego sensu. Lecz, tak, mam w sobie taką chęć. To mogłoby być zabawne. Lecz nie mam pragnienia by być jak Sting, samotny koleś na scenie. Lubię się inspirować innymi. Lubię ten rodzaj koleżeństwa.
Wydaje mi się, że jestem wilkiem, gdy stoję na scenie. Kręcę się wokół, robię różne rzeczy, wiesz, oni [fani – red.]podążają za mnie przez las, gdziekolwiek się udajemy. Nie wiemy gdzie zmierzamy, lecz oni idą razem ze mną. Czuję to będąc na scenie i to mi wystarcza. Wydaje mi się, że to mi wystarcza.
SS: Jakie masz odczucia co do aspektów bycia frontmanem, co sprawia, że jesteś rozpoznawalny, że ludzie podchodzą do ciebie na ulicy. Gwiazdorstwo ci nie przeszkadza?
JH: Taa, wydaje mi się, że, coś w tym jest… cóż, najwidoczniej dzięki odwykowi i terapii uzmysłowiłem sobie, że wiele z tego, kim jestem należy do nich.
SS: ‘Do nich’ znaczy do fanów?
JH: Tak. Fanów, których nigdy wcześniej nie widziałem, lecz oni mnie znają. Ty na ulicy jesteś zwykłym przechodniem i nie musisz się z tym męczyć. Radar włączony, ludzie się schodzą, znają mnie. Powiedziałbym, że trudniejsze by to było dla aktora – ludzie myślą, że ich znają, ponieważ widzieli ich w filmach. My też do pewnego stopnia gramy swoje role na scenie, lecz podczas wywiadów, lub podczas trasy, jesteśmy sobą. Lub podczas uroczystej kolacji z rodziną na mieście, to znów my. Znacznie łatwiej jest mi powiedzieć „Nie teraz”. Albo, gdy ktoś podchodzi i mówi „Muszę mieć zdjęcie z tobą…” wszystko jest zależne od różnic kulturowych, ich agresywności lub jej braku, lub od ich świadomości tego, o czym myślisz.
Nie zagraża mi to tak bardzo jak jeszcze jakiś czas temu. Ci ludzi nie muszą mnie lubić. Chciałbym, aby tak było – każdy artysta tego chce, w tym także ja – lecz jeżeli denerwuje ich to, że nie wstałem od stołu, będąc w połowie posiłku i nie zrobiłem sobie z nimi zdjęcia, to niech się wkurzają, mi nie przeszkadza to, że ktoś nie jest moim fanem. Chciałbym wspólnego szacunku, dla mnie i dla nich, a jestem pewien, że oni też tego by chcieli. Tak, więc nie mam problemów konfrontując się z tego typu sytuacjami.
SS: Jest to jednym z powodów, dla których z początku nie chciałeś być wokalistą? Chciałeś być gitarzystą rytmicznym, lub nawet i perkusistą – jestem pewna, że Larsowi by się to spodobało! – ponieważ nie chciałeś skupiać na sobie uwagi ludzi?
JH: Tak, o tak. Pamiętam, że w szkole byliśmy dzieleni na 5-cio osobowe grupy, pracując nad projektem filmowym czy czymś takim i wskazano mnie na producenta, lub lidera grupy, od razu pomyślałem o tej całej odpowiedzialności „Nie wydaje mi się abym się do tego nadawał. Nie chcę tego robić. Nie chcę tu dowodzić”. Lecz drugiej strony nie przeszkadzało mi to będąc w domu, lub gdziekolwiek indziej. Choćby jeżdżąc z dzieciakami z sąsiedztwa na rowerach.
Nie przeszkadzało mi to, lecz gdy sprawa polegała na podjęciu odpowiedzialności, wówczas robiło się nie fajnie, starałem się oddalić to od siebie „ Nie, ty to zrób”. Tak więc, jest to bardzo możliwe. Chcę mieć możliwość przewodzenia, a jednocześnie chcę być rozpieszczany jak dziecko i traktowany jak bóg, (śmiech) jak każdy inny normalny chłopak.
SS: Aha, mam cię, chcesz być rozpieszczany! Teraz wszystko ma sens. (śmiech)
JH: Cóz, tak. Lubię mieć wszystko pod swoją kontrolą, lecz… ta, no wiesz.
SS: Co czujesz kiedy patrzysz wstecz na osiemnasto-, dziewiętnastoletniego Jamesa, formującego Metallikę? Krytykujesz go?
JH: Mam dużo współczucia dla tego młodego człowieka. To było trudne, bardzo trudne. Wiesz, tu w studiu mamy porozwieszane zdjęcia. Tam jest to zdjęcie z kibla, albo tam było – nie chcę patrzeć na zdjęcia, na którym szczam! – patrzę w te oczy i widzę młodzieńcze podniecenie lecz widzę także „Człowieku, to jest naprawdę smutny dzieciak”. Jest smutny. I trzyma się z Larsem i Davem i innymi przyjaciółmi, aby ci mu pomagali, aby miał trochę zabawy w życiu. Był trochę przybity.
Widać w tym ufność, lecz także dużo strachu. Wszystko to przykryte piciem. Więc gdy patrzę na te zdjęcia, przepełnia mnie współczucie, a jednocześnie wdzięczność za to, że już mnie tam nie ma, wdzięczność dla tych wszystkich ludzi, którzy pomogli mi się tam dostać, jednocześnie jestem dumny z siebie, ponieważ wyczołgałem się z tego dołu.
SS: Dorastanie w tak dysfunkcyjnej rodzinie, przesiąkniętej religią, nie zakłóciło twego postrzegania dobra i zła, gdzie byś się umieścił?
JH: Taa, me postrzeganie dobra i zła, wydaje mi się… teraz nie mam problemu z rozróżnianiem dobra i zła. Wszyscy to umieją. Kij ma dwa końce. Chodzi o balans, yin – yang itp.
SS: Znów zaczynasz z ideologią Zen.
JH: Cóż, tak powinno być. Rozumiem to, że jeżeli siedziałem po uszy w czymś złym, to mogę sobie teraz pomyśleć „Wow, to było coś paskudnego”. Mogę za to zadośćuczynić. Mogę zobaczyć, że to nie było nic dobrego. Dzięki temu nauczę się czegoś i będę mógł iść naprzód i nie będę musiał myśleć o tym, że „Taki jestem, jestem zły!”. Lecz będąc dzieciakiem… no nie wiem.
SS: Nie potrafisz określić czy byłeś dobrą osobą w złej rodzinie, lub złą osobą w dobrej rodzinie? To musiało być ciężkie.
JH: Rodzina składa się z indywidualności, z ludzi, którzy mają swoje własne problemy. Ot dynamika rodziny. Moi rodzice byli swoimi przeciwieństwami: matka była bardzo liberalna, otwarta, miała artystyczną duszę, śpiewała; ojciec był republikaninem, zawsze wyprostowany, wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik, był kierowcą ciężarówki. Jasne było, że to długo nie pociągnie. Wracał do domu, wszystkim udzielał upomnień. Mama na to tylko „Oh, będzie dobrze”. Trudno mi jest ocenić, co w tym było dobre a co było złe… nie wiem.
Mógłbym już to sobie odpuścić na dobre, ale wiesz, myślałem sobie, przynajmniej dziesięć lat temu, lub mniej niż dziesięć lat, może siedem lat temu, że nie miałem kręgosłupa moralnego. Nie miałem granic. Nie miałem nic takiego. Nie nauczyłem się tego. To samo do mnie przyszło, musiałem jedynie pozwolić temu przyjść do mnie. Człowiek gubi się w życiu, w swym zachowaniu. Zaplątuje się.
SS: W programie Fresh Air, powiedziałeś Terremu Grossowi, że twój ojciec musiał wrócić z Europy, by ujrzeć ciebie – mającego mały kryzys wieku średniego. Masz 45 lat, co według podręczników jest idealnym wiekiem na kryzys wieku średniego. Przechodzisz przez takowy, a może dopiero go planujesz?
JH: (śmieje się) Planuję!
SS: Wydaje mi się, że chociaż całe życie spędziłeś w jakimś dziwnym zdeformowanym procesie dojrzewania wraz z zespołem, to zaliczyłeś wszystkie standardowe przystanki dla kryzysu wieku średniego, takie jak; szybkie samochody, dziewczyny i źle wyglądające skórzane spodnie. Pozostało coś jeszcze?
JH: Taa, wiele tego było. Cóż wydaje mi się, że moja żona mogłaby kilka wymienić, lecz ja, odkąd się ożeniłem, kupiłem kilka motocykli, zainteresowałem się samochodami. Zrobiłem sobie kilka tatuaży. Część mnie wciąż się kotłuje, chce być młoda, chce pokazać mej żonie, że „Hej, nie jestem twoją własnością”. Ot takie głupie rzeczy. Jednakże, kilka takich rzeczy prawdopodobnie jeszcze nadejdzie. Wiesz, tak długo jak mam kotwicę w domu z rodziną…
Dla mnie, dobrą wizją kryzysu wieku średniego jest człowiek, który miał swe marzenia przez całe życie i zdaje sobie sprawę z tego, że „Jestem stary, moje ciało jest w rozsypce, lepiej zrobię to teraz, lub nigdy”. Wiesz, to jest jak zrobienie sobie irokeza, zanim zacznie się łysieć (śmiech), nie można mieć tego i tego. „Wskoczę na swój motocykl, objadę cały kraj i będę miał was wszystkich w dupie”. Wiesz? „Zapomnij, zasnę w drodze. Nie dbam o to”. Rozumiesz?

SS: Może to się stać trochę niegodne lub niebezpieczne, jeżeli ma się sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt kilka lat.
JH: Ludzie to robią, taka jest ich życiowa ścieżka. Lecz wiesz, bywa tak, że zabierasz się za coś, nagle uświadamiasz sobie, że nie wygląda to tak jak sobie to wyobrażałeś. Myślę, że mój ojciec też to rozumiał, miesiącach szukania rozrywki w Europie i ogoleniu swojej brody, co było dla mnie dziwne. Po tym jak przez całe życie widziałem go z brodą i nagle ją zgolił?
SS: To tak jakby Bóg zmieniał fryz.
JH: Taa, w sumie, to nie wiem. Wydaje mi się, że wszystko zależy od tego jak radykalnie do wszystkiego podchodzisz, dzięki Bogu nie jestem radykalną osobą. (śmieje się długo i głośno)
SS: Stevie Nicks była tydzień temu w L.A. więc miałam okazję z nią porozmawiać.
JH: Przykro to słyszeć – nie to, że rozmawiałaś z Stevie, a że byłaś w L.A.
SS: Powiedziała coś interesującego. Mówiła o jej uzależnieniu od kokainy i o tym jak zdecydowała się pójść do kliniki Betty Ford, zanim jeszcze powstały kliniki odwykowe. Powiedziała, że najtrudniej było, gdy wychodziła, ponieważ wszyscy – przyjaciele, koledzy ludzie z branży muzycznej – obawiali się, że się jej pogorszy. Ona się tego nie bała, lecz wszyscy obchodzili się z nią bardzo ostrożnie, co doprowadzało ją do szaleństwa. Powiedziała, że w końcu doprowadziło to ją do faszerowania się środkami uspokajającymi.
JH: To jest interesujące, ponieważ życie dla wszystkich tych ludzi wokół nas… ja jestem pacjentem, a oni ofiarami. Chodzi o to, aby się wzajemnie zrozumieć.
SS: Kiedy udałeś się na odwyk, jak odnosili się do ciebie wszyscy twoi znajomi gdy już wróciłeś? Chodzili wokół ciebie na palcach i chowali butelki jak tylko cię zobaczyli?
JH: Tak właściwie to raczej na odwrót. Nie w sensie „Chodź na drinka!”, bardziej w stylu, „Dobra, skoro jesteś, to zaczynamy pisać i jedziemy w trasę”. A ja na to tylko, „Wow”.
SS: Więc chciałeś, aby obchodzono się z tobą jak z jajkiem, „Spójrzcie, jestem delikatny”.
JH: Zdecydowanie. Cóż, wiesz… chciałem – raczej perfekcjonista we mnie tego chciał – aby to zadziałało. Czułem, że to miało zadziałać i że przyczynię się do tego, aby to zadziałało. Nie chcę znów tam wracać. Widzę ludzi, którzy byli w tym stanie trzykrotnie „Mój ojciec zapłacił za to”, jest to dla nich niczym wakacje. Poniekąd zostałem zobowiązany by przez to przejść. Stąd też oni nie byli, wiesz… wydaje mi się, że byłem czymś w rodzaju taranu w zespole, w pewnym sensie przeczyszczającym swą drogę do rodziny. To byłem ja. Odstawiłem gorzałę, pornosy, wszystkie te rzeczy, które nie były dobre dla moich dzieci, dlaczego więc miałyby być dobre dla mnie?
Zanim wyruszaliśmy w trasę, musiał nastać pewien rodzaj zrozumienia pomiędzy nami, rozmawialiśmy na ten temat – „Hej, jeżeli chcecie pójść na piwo lub na drinka, to idźcie. To wasze życie. Jeżeli będzie mi to przeszkadzać to wam o tym powiem i znajdę sobie miejsce, do którego będę mógł się udać. Mam swoją bezpieczną kryjówkę”. I to się sprawdziło. Byli pełni zrozumienia, lecz nie prześlizgiwali się ukradkiem, nie kryli się z tym – trochę to głupie. Albo to, że nie mamy zamiaru mieć „trasy bez picia” bla bla bla, to jest niedorzeczne, gdy roadie złapany w barze i zostaje wyrzucony z pracy. Czy to jest musztra, jak w wojsku? Ludzie, dajcie sobie siana!
SS: Lecz wydanie tak donośnego oświadczenia, bycie dojrzałym i szlachetnym w każdym aspekcie… było to łatwe? Nie kusiło cię, aby odpuścić?
JH: W sensie powrotu do tych złych nawyków? Wiesz, taa.
SS: Nie mam na myśli czegoś w stylu, ‘Gdzie są moje pornosy?’. Pytam o stan z rodzaju, „Czuję się dobrze, nie miałbym nic przeciwko drinkowi”. Wiesz, nie ponieważ twe demony mówią ci byś tak zrobił, lecz ponieważ czujesz się świetnie.
JH: Taa. Mówisz jak być coś na ten temat wiedziała. To prawda – „Hej, bawmy się, życie jest wspaniałe, rozwalmy je w drobny mak”. Z całą pewnością jest we mnie część, która pragnie samozniszczenia. Lub „To jest do kitu, potrzebuję pomocy”. Jednakże będąc tu i teraz, jestem w stanie wyjść z siebie i przyjrzeć się sobie, mogę powiedzieć, „Twój następny ruch nie będzie dobry. Nie ważne jak zły dzień masz, zawsze możesz jeszcze bardziej to spierdolić”. I było gorzej. Taa, krótko terminowe szczęście było fajne, lecz odkrywam, że długoterminowe szczęście, choć o słabym natężeniu, też może być porządku.
SS: Czy w twojej terapii i odwyku doświadczyłeś czegoś, co nie było tylko oczyszczeniem? Jak malowanie, sztuka itp.?
JH: Pokochałem sztukę. Byłem artystą nawet zanim zająłem się muzyką. Moja mama malowała. Moja mama byłą artystką. Grała również w sztukach. Po pierwszym rozwodzie, udzielała się w lokalnym teatrze śpiewając, była malarką, zajmowała się wystrojem wnętrz, projektowała również loga i inne takie rzeczy… zdaje się, że mam to po niej. Ja zaproponowałem projekt logo Metalliki, również ninja star. Myślę, że gdybym nie był muzykiem, to prawdopodobnie zająłbym się tym.
SS: Wiem, że masz bardzo mało czasu i jesteś zajęty, więc zadam ci ostatnie pytanie. Jak opisałbyś teraz swoje relacje z członkami zespołu, kod czerwony – możliwie najgorsze, czy kod biały – anielsko słodkie? A skoro mowa o malowaniu, to sam wiesz ile jest odcieni pomiędzy czerwonym a białym…
JH: Teraz jest prawdopodobnie trochę pochmurnie. Mam na myśli ‘różowe’ chmury, wydaje mi się, że jest trochę za fajnie.
SS: Słonecznie?
JH: Taa… najpewniej jest tak, ponieważ nie przebywamy ze sobą tak często i szczerze mówiąc pasuje nam to i wiemy, że tak czasami jest. Nie jesteśmy cały czas razem, pozwalamy sobie na pracę przy nagrywaniu, lecz gdy nadejdzie czas by się zebrać, to pojawią się nad nami czarne chmury! Teraz jest tak, „Spróbuj tego”, „Taa, jest nieźle, bla bla bla”. Jest trochę za dobrze, atmosfera końcu zgęstnieje i zrobi się ciasno.
SS: ‘Ciasno’ oznacza ostro?
JH: O tak. Pokój się skurczy i zaczniemy szturchać się łokciami, tak będzie.
