Portal GeeksOfDoom.com przeprowadził długi i interesujący wywiad z perkusistą Slayera, Dave’em Lombardo. Muzyk jest w bardzo dobrym nastroju i sporo opowiada m.in. o tym, dlaczego perkusiści lepiej dogadują się między sobą niż gitarzyści, o projektach pobocznych które tworzył na przestrzeni lat, jaki miał stosunek do albumów Slayera wydanych, gdy nie był w zespole. Zapraszamy do lektury!

Geeks Of Doom: Już od jakiegoś czasu grasz koncerty w ramach Big 4. Jakie masz o nich zdanie?
Dave Lombardo: Są ekscytujące! Za każdym razem mamy coraz więcej pary. Przynajmniej ja wyczekuję kolejnych występów i możliwości spędzenia czasu z resztą podczas świetnych festiwali. W ten sposób europejski klimat dociera do Stanów, ma się takie wrażenie przy wielkich tłumach i w ogóle. Dobra zabawa, podoba mi się.
Czy z dotychczasowych koncertów masz jakiś ulubiony?
[Chwila zastanowienia] Nie, jeszcze nie!
Jak było w Indio w Kalifornii, skąd pochodzą trzy z waszych zespołów?
To była świetna impreza! [śmiech] Wielu znajomych, tamtejszych, wiesz, ludzi z którymi wychowaliśmy się, których nie widzieliśmy już od jakiegoś czasu.
Wszystkie zespoły Wielkiej Czwórki wydają się być całkiem wyluzowane, odnosicie duże sukcesy i, wbrew temu co może twierdzić prasa, macie bardzo dobre relacje. Jakie byłyby wasze wspólne koncerty 20-25 lat temu, gdy rywalizacja była nieco silniejsza?
Mogę mówić tylko za siebie, ale z mojej strony nie było nigdy żadnej rywalizacji. Nigdy nie miałem problemów z pozostałymi. Być może z innymi gitarzy…, tzn. z muzykami w obrębie samych zespołów, może, oczywiście byłyby… Dwadzieścia lat, rany, można wyobrazić sobie ego, arogancję i nastawienie jakie muzycy ciągną ze sobą jeśli nie udało im się dorosnąć.
Prawie powiedziałeś, że miałeś problem z gitarzystami! [śmiech]
Prawie tak powiedziałem, yeah! [śmiech] Bo wiesz, uważam, że perkusiści… dogadujemy się ze sobą lepiej niż gitarzyści… Uczestniczyłem już w festiwalu Modern Drummer, różnych klinikach (warsztatach) perkusyjnych, i widzę, że mamy pewną cechę wspólną – lubimy dzielić się tym, co robimy. Nie ma tajemnic. Wydaje mi się, że gitarzyści bywają raczej trochę bardziej skryci jeśli chodzi o sztuczki czy cokolwiek tam robią. A dwadzieścia lat temu… stary, było tak samo.

Czy przy okazji koncertów perkusiści trzymają się z perkusistami, a gitarzyści z gitarzystami?
Tak, przez większość czasu. Perkusiści zawsze dzielą się wiedzą. Tak jak Lars [Ulrich, Metallica] – podchodzi do mnie i rozmawiamy o perkusji i tak dalej. To samo z Charliem [Benante, Anthrax] i Shawnem [Droverem, Megadeth]. We czwórkę siedzimy i rozmawiamy bardzo długo o doświadczeniach związanych z graniem i o tym co u nas. Jest cool i zauważam to.
Powiedziałeś, że największą inspirację stanowili dla ciebie Mitch Mitchell [Jimi Hendrix Experience] i John Bonham [Led Zeppelin]. Co w nich podziwiałeś?
Ogień podczas gry. Potrafili wyrażać emocje grając na perkusji. To bardzo trudne gdy nie można grać nut, a w przypadku perkusji mówimy o… Jak to było? O dynamice! Muzykalność perkusji nadaje dynamikę za pomocą crescendo i decrescendo. Wiesz, uderzasz naprawdę mocno gdy robi się intensywnie i lekko gdy utwór przechodzi w nową sekcję – wtedy grasz delikatniej niż w przypadku refrenu, kiedy trzeba solidnie walnąć, więc… Przepraszam, jakie było pytanie?
Co podziwiałeś w grze Mitcha Mitchella i Johna Bonhama?
To właśnie od nich nauczyłem się grać z dynamiką i uczuciem. Byli niesamowitymi muzykami, którzy mieli duży wpływ na muzykę swoich zespołów. Wolę takich perkusistów od tych, którzy mają tylko pilnować rytmu. W przypadku perkusji, dokładanie czegoś do muzyki wymaga stylu i charakteru.
Zgadzam się z tym. Wróćmy na chwilę do Wielkiej Czwórki – który zespół wybralibyście, gdyby w grę wchodziło stworzenie Wielkiej Piątki?
Na pewno Exodus.
Dobry wybór! Wcześniej tego roku Jeff Hanneman musiał tymczasowo opuścić zespół po tym, jak zaraził się zespołem cieśni przedziału powięzowego. Jak on się miewa?
Znacznie lepiej. Wraca do zdrowia. Zagrał dwa kawałki podczas występu Wielkiej Big Four [Indio, Kalifornia, 23 kwietnia]. Wyszedł tam i skopał tyłki. Ale wciąż potrzebuje sporo leczenia, musi znacznie więcej popracować nad tą ręką.
[Po wywiadzie okazało się, że Hanneman najpewniej opuści następną trasę Slayera – red.]

Podczas nieobecności Jeffa mieliście zastępstwo w osobach Gary’ego Holta [Exodus] i Pata O’Briena [Cannibal Corpse]. Jak się grało z nimi?
No więc, trochę dziwnie było mieć na scenie innego gitarzystę, ale chłopaki świetnie się spisali, wykonali dobrą robotę ratując nas. Wywiązali się z zadania, odrobili pracę domową, szczególnie Pat O’Brien. Pat pojawił się w ostatniej chwili, bo oczywiście Gary musiał zagrać z Exodusem kilka koncertów w Ameryce Południowej, do których wcześniej się zobowiązał. Naprawdę byliśmy niezdecydowani, kogo wziąć, a czas uciekał. Zadzwoniliśmy więc po Pata, a on miał ograniczony czas na nauczenie się wszystkich kawałków, więc musiał się sprężać. Gary również, z tym że miał trochę więcej czasu.
Pamiętam, jak podczas europejskiej trasy Pat O’Brien po prostu… siedział w przebieralni i czasem nawet nie szedł do hotelu, po prostu cały czas ćwiczył – aż bezbłędnie opanował materiał. Był bardzo rygorystyczny wobec siebie, bo chciał, by wszystko grało perfekcyjnie. Nie słyszałem, by się pomylił. Nic. Jest perfekcjonistą, jak większość z nas, a muzycy nigdy nie są zadowoleni ze swoich wykonań. Jesteśmy bardzo krytyczni, ale to dzięki temu tyle dokonaliśmy. On i Gary spisali się doskonale.
Jak przyjęła ich publiczność? Sprawdzili się?
Absolutnie, tak. Nikt nie buczał. Jeśli występujemy, to wszystko jest w porządku, ludzie są zadowoleni. Wszystko się udało.
Ty i Kerry King spędziliście jakiś czas grając z innymi muzykami i mówiliście, że to pomogło waszej kreatywności, możliwość wyrażenia siebie w inny sposób. Ale Jeff Hanneman nie robił tak, a Tom Araya przyznał, że nigdy by nawet nie chciał. Zachęciłbyś ich do spróbowania?
Oczywiście, ale wiesz, to ich wybór. Nic nie muszą. Czują się komfortowo tam, gdzie są i jeśli tego chcą – to w porządku. Ale na pewno ich zachęcam. Idźcie pograć z innymi ludźmi, to pomaga stać się lepszym muzykiem.
Gdy nie byłeś w zespole, pracowałeś z Fantomasem. Jak pracowało ci się z Mike’em Pattonem i resztą?
Gdy pracujesz z innymi muzykami, poznajesz ich metody – jak uczą się utworów, jak współpracują w studio i ćwiczą kawałki. Praca z Pattonem pokazała mi zupełnie nową stronę muzyki, o której wiedziałem, że istnieje, ale której nigdy wcześniej nie doświadczyłem. A gdy już to się stało – było niesamowicie. Mówię o sztuce improwizacji, sposobie tworzenia muzyki bardzo, nie niekonwencjonalnej, tylko nietradycyjnej. Wiele metalowych zespołów, w ogóle wiele zespołów mówi: „Nie sprzedamy się, nie tworzymy mainstreamu”. Ale tak naprawdę, technicznie, mnóstwo kapel metalowych podąża za tym samym formatem utworu metalowego, który w pewien sposób w swoim gatunku jest właśnie mainstreamem. Wychodzisz więc poza to i tworzysz coś, co przyciągnie małą liczbę fanów, badasz różne kierunki w awangardowej stronie muzyki. Takie coś wymaga dużej odwagi i kreatywności. [Patton] jest niesamowity, tyle można o nim powiedzieć, że zajęłoby mi to wieczność.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=eXI47_URvmE
Jak powstał Fantomas?
Wybrałem się na zdaje sie ostatni koncert Faith No More przed rozpadem. To było, ile, jakieś 15 lat temu? Znaliśmy nawzajem swoje dokonania. Prawdę mówiąc, to był tam wtedy również Robert Trujillo, jeśli dobrze pamiętam. Rozmawiałem z Pattonem i on wiedział, że mam jakiś awangardowy zespół. Odpowiedziałem: „Nie powiedziałbym, że awangardowy, ale próbujemy stworzyć nieco odmienną formę metalu”, którym była właśnie Grip Inc.. Każdy poszedł w swoją stronę, a kilka miesięcy później on dzwoni do mnie z propozycją stworzenia projektu. Gdy mi objaśniał to, dokładnie rozumiałem o co mu chodziło. Powiedziałem, żeby po prostu mi to wysłał, bo wiem co ma na myśli. Nauczyłem się tej muzyki, musiałem wykonać sporo transkrypcji. Czułem się zaszczycony. Nagraliśmy cztery albumy i płytę Melvins Big Band.
Zagraliśmy też wspaniałe trasy. Takie coś dodaje ci pokory, bo nie jeździsz specjalnym autobusem, nie jesteś rozpieszczany. Występowaliśmy w małych klubach, sam składałem swój zestaw, wszystko. Później sami ładowaliśmy swój sprzęt i podróżowaliśmy vanem. Ale powiem ci, że nigdy się tak nie bawiłem. To było lepsze od rozpieszczania na jakiejkolwiek innej trasie. Tamte trasy były świetne, samodzielne jeżdżenie po kraju. Cała nasza siódemka jeździła razem. Było dobrze, wspaniałe przeżycie.
Czy macie plany na ponowne zejście się i nagranie nowego albumu?
On [Patton] ma kilka pomysłów, chce zmontować nowy album. Ale kiedy? Tego nie wiem. Myślę, że moglibyśmy niedługo coś skręcić. Ostatnim razem tak właśnie ustaliliśmy i teraz czekam na informacje od niego. Jest zajęty, ja zresztą też, więc…
httpvh://www.youtube.com/watch?v=0BNb0osbQAE
Twój ostatni zespół – Philm. Jak powstał?
Gerry [Nestler] i ja, on grał w kapeli zwanej Civil Defiance, znaliśmy się od ’95. Chciałem rozkręcić tamten zespół już wtedy, ale miałem jeszcze Grip Inc., pracowałem dodatkowo nad innymi projektami. W 2001 zadzwonił do mnie Slayer, byłem też zajęty Fantomasem i… naprawdę nie miałem jak pracować z Philm. Ostatnio, po rozwodzie, mam więcej wolnego czasu, a zespół zebrałem gdy dowiedziałem się, że Tom Araya musiał być operowany i Slayer odwołał koncerty. Gdybym miał cztery miesiące wolnego, nie miałbym co robić! Więc zebraliśmy się i graliśmy.
To klasyczny zespół kalifornijski. Niedługo mamy podpisać kontrakt z Southern Lord Recordings i nagramy album w sierpniu, a wypuścimy go parę miesięcy później. Nie mogę się doczekać ujawnienia z tym zespołem, bo to naprawdę coś innego. Gram w jednym z największych zespołów metalowych – w Slayerze. Nie potrzebuję zbierać drugiego zespołu metalowego. Gram więc na czteroczęściowym zestawie podobnym do tego, jakich używali John Bonham i Mitch Mitchell, z dużą ilością talerzy. Żadnej podwójnej stopy ani podwójnej centrali, po prostu jeden bas.
Specjalnie zmniejszyłeś swoją perkusję – żeby być bardziej twórczym?
Tak, to znaczy, ograniczasz możliwości, więc zastanowisz się dwa razy zanim coś zrobisz. Musisz mocno skupić się na swoich pomysłach i tworzyć wykorzystując to, co masz. Takie ograniczenie jest dobre dla muzyka. Nie wiem, jak by to wyglądało u gitarzystów – może granie akustyczne.
Mniej efektów!
Tak, mniej efektów. Mniej przesteru! [śmiech] Na czymkolwiek byś grał, chodzi o zmniejszenie liczby rzeczy, z których korzystasz. Właśnie szykujemy się do próby. Dzisiaj mam podwojone obowiązki… popołudniu próba ze Slayerem, a wieczorem z Philm. W niedzielę gramy koncert z Philm w Roxy. To będzie w niedzielę, a we wtorek wyjeżdżam ze Slayerem! [śmiech]
Wróćmy do Slayera: jak się czułeś obserwując kolegów, gdy nie byłeś w zespole?
W ogóle ich nie oglądałem! [śmiech] Życzyłem im dobrze. Robiłem swoje, więc nie przejmowałem się wcale.
Co myślisz o albumach, które nagrali w tamtym czasie?
Nie byłem fanem tych płyt. Trochę ich posłuchałem, nie żeby poznawać całe kawałki czy coś, poskakałem po utworach, wsłuchałem się w mix, w perkusję i już wszystko wiedziałem. Nie musiałem słuchać całego albumu, żeby wyłapać sedno całości. Był dość dobry, ale po prostu nie byłem fanem. Obecnie wykonuję te kawałki i lubię je, dodałem własną perkusję więc uwielbiam je grać.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=xYF8Op6V7vg
Uważałeś, że były zbyt proste?
Nie, nie. Paul [Bostaph, były perkusista] naprawdę postarał się je skomplikować, próbował kreatywnego podejścia, świetnie. Ale dla mnie osobiście to nie był Slayer jakiego znałem. Czasami gram poza zespołem i w ten sposób mogę wszystkiemu przyjrzeć się z boku, z innej perspektywy – to nie był ten sam zespół.
Jak było na pierwszej próbie i koncercie po powrocie do zespołu?
Pierwsza próba była niesamowita. Było tak, jakbyśmy nigdy nie rozchodzili się, jakbyśmy nie stracili nawet chwili. Było dobrze, to właśnie pokazuje chemię zespołu. Kerry czuł to samo.
To dobrze. Czy są już plany na nowy album Slayera?
Absolutnie, tak. Chociaż nic jeszcze nie napisaliśmy, ale planujemy. Oczywiście. Musimy! Czemu nie? [śmiech] Nie odchodzę na emeryturę, Kerry raczej też nie, więc.. Charlie Watts [perkusista Rolling Stones]jest dla mnie wzorem – ktoś grający tak długo, też tak chcę! Niewiele mi do niego brakuje! [śmiech] Jestem jednym z takich. Lubię trwałość, a prawdziwy muzyk nigdy nie porzuca swojej sztuki.
Myślę, że to bardzo dobry sposób na zakończenie.
Tak! Będę cytował samego siebie! [śmiech]
[śmiech] Dziękuję bardzo za twój czas.
Proszę bardzo. Trzymaj się.